„Zawsze starałem się łączyć piękno wielkiej muzyki z harmonią życia. Jako dziecko wierzyłem, że gdyby udało mi się wystarczająco doskonale zagrać Chaconnę Bacha w kaplicy sykstyńskiej pod wspaniałymi freskami Michała Anioła, wówczas wszelkie zło w cudowny sposób zniknęłoby z tego  świata” – to mocne wyznanie wiary w moc muzyki niespełna osiemdziesięcioletni Yehudi Menuhin wypowiada w ostatnim kadrze filmu Brunona Monsaingeona Yehudi Menuhin. The Violin of the Century (1994). I choć na ekranie widzimy starszego pana, który przeżył najstraszliwsze lata XX wieku, w jego oczach wciąż widać tę niezwykłą ufność w potęgę skrzypiec, które pod jego palcami bez wątpienia mogły wydobyć z siebie dźwięki będące w stanie odmieniać serca milionów słuchaczy.

Splot wielu sprzyjających okoliczności, które pozwoliły zdolnościom Menuhina rozwijać się w tak harmonijny sposób z dzisiejszej perspektywy wydaje się zupełnie nieprawdopodobny. Piecza, jaką nad jego edukacją i karierą sprawowali troskliwi i chroniący go przed negatywnymi skutkami sławy rodzice, mądrość nauczycieli, od początku zdających sobie sprawę ze skali talentu, który został im powierzony i bezinteresowna hojność mecenasów dyskretnie dbających o jak najlepsze warunki materialne całej rodziny pozwoliły małemu Yehudiemu na całkowite poświęcenie się skrzypcom, które tak bardzo pokochał już jako czterolatek.

Skrzypce bez duszy

Urodził się 22 kwietnia 1916 roku w Nowym Jorku, mieście, które stało się pierwszą amerykańską przystanią dla jego rodziców – żydowskich imigrantów z terenów dzisiejszej Białorusi i Krymu. Kiedy miał przyjść na świat ich pierwszy syn, młodzi małżonkowie szukali nowego domu dla powiększającej się rodziny. Właścicielka mieszkania, które zamierzali wynająć, chcąc podkreślić swą wiarygodność, zapewniła ich, że nie przyjmuje żydowskich lokatorów. Maruta Menuhin, bardzo czuła na punkcie wszelkich przejawów uprzedzeń religijnych i rasowych, grzecznie podziękowała rozmówczyni, wyrażając obawę, że w takiej sytuacji oboje z mężem nie mogą stać się najemcami lokalu. Wtedy właśnie, jak wspomina skrzypek, zrodziło się w niej pragnienie, by pierworodnemu synowi nadać imię, które nie będzie pozostawiało wątpliwości co do swej proweniencji. Yehudi to tyle co Żyd. Nic prostszego i nic bardziej znamiennego.

Od najmłodszych lat Yehudi uczęszczał ze swymi rodzicami na koncerty Orkiestry Symfonicznej San Francisco, które niedługo po jego narodzinach stało się najważniejszym domem Menuhinów. W swojej autobiografii Niedokończona podróż tłumaczy, że rodzice prawdopodobnie nie mieli go z kim zostawić, a poza tym jak ognia unikali rozstań między sobą, w związku z czym przemycali swojego małego synka do sali koncertowej, nie mając jeszcze świadomości, co z tych wieczornych wizyt wyniknie. A wyniknęło coś, co  byłoby spełnieniem marzeń każdych rodziców, którzy marzą o karierze muzycznej swojego dziecka: całkowicie absorbująca młody umysł fascynacja muzyką i pragnienie, by samemu stać się częścią tego niezwykłego świata. Yehudi, zanim zdążył osiągnąć imponujący wiek czterech lat,  doskonale wiedział, co jest jego życiową drogą: chciał grać jak koncertmistrz orkiestry, której miał okazję regularnie słuchać. Choć początkowo mogło to wyglądać na kaprys kilkulatka, wiedzieni trafną intuicją Menuhinowie, postanowili spełnić życzenie syna i na początek wiolinistycznej przygody podarowali mu metalowe skrzypce-zabawkę. Dzieci rzadko jednak zadowalają się półśrodkami i przyszły skrzypek przeżył ogromne rozczarowanie, nie mogąc wydobyć z instrumentu dźwięku choć trochę przypominającego ten, który znał z koncertów. Zabawka została odrzucona z impetem, a tęsknota za własnym instrumentem nie dawała o sobie zapomnieć.

Lata nauki

Z pomocą przyszła tym razem babcia z Palestyny, która przeznaczyła osiemset dolarów na zakup prawdziwych skrzypiec dla wnuka. Teraz Yehudi mógł wreszcie rozpocząć swoją edukację. Po półrocznej nauce u Sigmunda Ankera, Maruta Menuhin postanowiła powierzyć swe dziecko najlepszemu nauczycielowi, z jakim mogła wówczas nawiązać kontakt. W ten sposób pierwszym naprawdę istotnym mistrzem Menuhina stał się Louis Persinger, koncertmistrz Orkiestry Symfonicznej San Francisco, którego skrzypek wspominał w ciepłych słowach do końca swych dni.

Już w pierwszych latach nauki Yehudi zaczął odkrywać tajemniczą moc muzyki, którą ożywiał swoimi małymi dłońmi. W Niedokończonej podróży wspomina, jak ćwiczył Koncert E-dur J.S. Bacha w czasie gdy matka gotowała obiad: „Imma [matka], zwykle zmarszczona, gdy otwierała drzwi, tym razem otworzyła je z radością i o mały włos nie wzięła mnie w ramiona, w ostatniej chwili ratując twarz nieokreślonym gestem dłoni w powietrzu. Po powrocie z pracy Aba [ojciec] zastał w domu tak wielkie pokłady radości i serdeczności, że podtrzymywały go na duchu przez kilka ładnych miesięcy”.

Ani Yehudi, ani jego młodsze siostry: Hephzibah i Yaltah nie chodzili do szkoły. Podstawową edukację, z dużym naciskiem na naukę języków obcych, odbierali w domu, a ich głównym kierunkiem kształcenia zawsze była muzyka. Ten układ okazał się pomocny zwłaszcza wtedy, gdy mały skrzypek niemal z dnia na dzień stał się sławny i jego życie zaczęły wypełniać coraz liczniejsze występy, a potem także dalekie podróże.  Jako swój oficjalny debiut Menuhin wymienia koncert w Oakland Auditorium (1924), gdzie przy akompaniamencie Persingera wykonał Scène de Ballet Bériota, rok później dał, również z towarzyszeniem swego nauczyciela, pełny recital w Scottish Rite Hall w San Francisco. Niedługo potem, w ślad za mistrzem, odwiedził Nowy Jork, gdzie  jego talent obudził czujność bogatych mecenasów kultury i artystów: doskonałe włoskie skrzypce podarowali mu Rosenbergowie z Chicago, kolejny instrument dostał w prezencie od samego Fritza Kreislera, który przekazał chłopcu jedne ze swoich skrzypiec w czasie koncertu w Carnegie Hall.

Po powrocie do San Francisco, gdzie Yehudi po raz pierwszy usłyszał grę George’a Enescu, Menuhinowie spotkali na swej drodze kolejnego dobroczyńcę: Sidney’a Ehrmana, który bez wahania sfinansował podróż całej rodziny do Europy. Celem podróży było poszerzenie horyzontów młodego skrzypka przez kontakt z ówczesnymi mistrzami wiolinistyki: Eugène’em Ysaÿe’em oraz George’em Enescu. I o ile temu pierwszemu, mimo jego sławy i wirtuozerii, nie udało się przekonać do siebie małego Yehudiego, o tyle drugi stał się jego najważniejszym nauczycielem, mimo że wcześniej nie przyjmował żadnych uczniów. Menuhin pisał: „Enescu nie był po prostu nauczycielem, nigdy też nie określał siebie w taki sposób. Był pomocną dłonią opatrzności, natchnieniem, które wyniosło mnie wysoko w górę, dokąd Ysaÿe, mimo swojej siły, nie byłby w stanie mnie doprowadzić. (….) Komponowanie, dyrygowanie, doskonalenie gry na fortepianie i wiolonczeli to nieliczne przykłady samorealizacji niesamowicie bogatego człowieka, który zawsze czuł się nieco zubożony ograniczeniami czasu i przestrzeni nałożonymi na nasze krótkie życie”.

Paryż stał się nowym domem Menuhinów, także siostry Yehudiego odnalazły tu dalsze możliwości kształcenia: pod swą opiekę przyjął je pianista Marcel Ciampi, który w zachwycie nad talentem całej trójki miał zakrzyknąć w te słowa: „Łono pani Menuhin to prawdziwe konserwatorium!”. Finałem pierwszej podróży europejskiej stała się wizyta w Rumunii, spowodowana wyjazdem Enescu do jego ojczyzny. To pierwsze zetknięcie Menuhina z odmienną kulturą na zawsze pozostało dla niego żywym wspomnieniem. Ostatni dzień pobytu był burzliwy i jedenastoletni chłopiec postanowił przy akompaniamencie piorunów ćwiczyć Chaconnę z II Partity J.S. Bacha: „Zagrałem Chaconnę trzy razy i przeżyłem”.

Burzliwa kariera

Po powrocie do Stanów, 27  listopada 1927 roku Menuhin debiutował w Carnegie Hall pod batutą Fritza Buscha, w 1928 dokonał pierwszego nagrania dla wytwórni Victor, by zaraz po nim mieć okazję obejrzeć pierwszy film dźwiękowy w historii – Jazz Singer. Od tej chwili życie cudownego dziecka nabrało coraz większego tempa. Wraz z ojcem odbył pierwszą trasę koncertową, otrzymał kolejne skrzypce – tym razem od Henry’ego Goldmana – „Księcia Khevenhüllera”, Stradivariusa z 1733 roku. W 1929 roku zadebiutował w Berlinie, gdzie z tamtejszą orkiestrą pod batutą Brunona Waltera wykonał koncerty Bacha, Beethovena i Brahmsa. To właśnie na tym koncercie mieli być obecni najwybitniejsi ówcześni muzycy, między innymi Fritz Kreisler, Bronisław Gimpel i Carl Flesch, a także Albert Einstein, który po występie zakrzyknął: „Teraz wiem, że jest Bóg na niebie!”. W kręgach niemieckojęzycznych Menuhinowie znaleźli kolejnego nauczyciela dla swego syna – Adolfa Buscha, dla którego sprowadzili się do Bazylei, by w 1931 roku znów powrócić do Francji.  W tym czasie, w ślad za bratem, w życie koncertowe wkroczyła Hephizibah, która stała się jego ukochaną towarzyszką w repertuarze kameralnym. Oboje odnajdywali we wspólnym graniu ogromną radość, a porozumienie, które jako rodzeństwo osiągali bez słów dla wielu byłoby nieosiągalne.

Lata trzydzieste to okres debiutów w kolejnych krajach Europy i na kolejnych kontynentach (Australia, Ameryka Południowa, Afryka) oraz intensywnego poszerzania repertuaru: do stałych pozycji koncertowych dołączyły między innymi koncerty skrzypcowe Elgara oraz Schumanna. To właśnie Menuhin w 1937 roku otrzymał od Schotta nuty niedocenianego wcześniej późnego dzieła twórcy Karnawału i to on właśnie miał być jego pierwszym wykonawcą, jednak nie dopuszczono do tego ze względu na antysemickie nastroje w ówczesnych Niemczech (wystąpił w prawykonaniu amerykańskim).

Mocne wejście w dorosłość

Wiele zmieniło się wówczas także w jego życiu rodzinnym: w 1938 roku poślubił Nolę Nicholas (w tym samym czasie Hephzibah wyszła za jej brata, Lindsay’a). Już po wybuchu II wojny światowej z tego związku przyszło na świat dwoje dzieci: Zamira (ur. 1939) i Krov (ur. 1940). Kiedy Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny, Menuhin postanowił wcielić w życie swoje przekonanie o uzdrawiającej mocy muzyki, dając setki koncertów dla żołnierzy alianckich i organizacji pokojowych zarówno w Ameryce Północnej i Południowej, jak i w Europie i na Pacyfiku. W swej autobiografii wspominał: „ Zanim zacząłem grać dla żołnierzy, muzyka (chociaż jej celem jest sprzyjać porozumieniu) wytworzyła wokół mnie skorupę, którą zabierałem ze sobą na scenę i poza nią; odbywało się to przy współudziale słuchaczy, którzy znali swoje i moje miejsce w całym przedsięwzięciu. (…) Teraz miałem dostarczyć atrakcji mężczyznom, którzy nigdy nie byli na koncercie (…) Było to pożyteczne, uczące pokory, a nade wszystko radosne przeżycie”. I choć wyznanie skrzypka może się wydawać idealistyczne i niepozbawione charakterystycznej naiwności, nie da się ukryć, że w tych ciężkich chwilach obdarował cierpiących ludzi najlepszym, co mógł od siebie dać, a jego intencje były bez wątpienia szlachetne. W filmie Monsaingeona wspomina ponadto, że niemal za każdym razem do programu występów włączał Ave Maria Schuberta – utwór, który w tych okolicznościach stawał się wyjątkowym przeżyciem dla słuchaczy.

Lata tuż po wojnie nie były dla Menuhina łatwe: jego jawny sprzeciw wobec związków zawodowych, które miały ambicję chronić interesy amerykańskich muzyków przed napływem imigrantów z Europy przerodził się w walkę o niezależność. W tym czasie doszło także do rozstania z żoną, z która oficjalny rozwód wziął dopiero w 1947 roku. Jego kariera muzyczna rozwijała się jednak nadal w zawrotnym tempie. W 1944 roku poznał Bartóka, który zadedykował mu swą Sonatę na skrzypce solo, w 1945 spotkał się z Benjaminem Brittenem, z którym odbył powojenną trasę koncertową po ruinach Trzeciej Rzeszy. Grali między innymi w świeżo wyzwolonym obozie w Belsen. W tym samym roku Menuhin odwiedził Moskwę, gdzie doszło do spotkania z Dawidem Ojstrachem. Rosja wzbudziła jego zachwyt, którego nie zdołały przyćmić symptomy reżimu, które słabo docierały do jego ówczesnej świadomości.

Osłodą tych trudnych miesięcy okazały się coraz częstsze spotkania z Dianą Gould, którą poznał jeszcze w czasie wojny i która stała się jego dozgonną miłością. Pobrali się w 1947 roku, rok potem na świat przyszedł ich pierwszy syn – Gerard, a w roku 1951 – Jeremy. Te lata to również początki fascynacji Menuhina zdrowym odżywianiem (przeczli z Dianą na dietę eliminujacą cukier i białą mąkę) oraz jogą, którą praktykował do końca życia. W 1952 roku odbył trasę koncertową po Indiach, gdzie poznał swojego mistrza jogi – B.K.S. Iyengara, którego uczynił jednym z najbardziej znanych nauczycieli tej praktyki na świecie.

Muzyka otwiera wszystkie drzwi

Menuhin był także czynnym organizatorem życia muzycznego. W 1957 roku założył Festiwal w Gstaad, w 1959 został dyrektorem Festiwalu w Bath, gdzie powołał do istnienia orkiestrę festiwalową. W roku 1963 stworzył Yehudi Menuhin School w Londynie, istniejącą do dziś szkołę, która jako cel stawia sobie kształcenie wszechstronnych muzyków, których talent nie byłby skrępowany ścisłymi wymaganiami, ale dyskretnie wspierany i szlifowany przez światłych nauczycieli, wykłady z filozofii, ćwiczenia fizyczne i zdrowy tryb życia. Pełnił także funkcję prezydenta International Music Council przy UNESCO. Po przyjęciu brytyjskiego obywatelstwa w 1985 roku otrzymał tytuł Lorda, a w 1993 roku – Barona. W roku 1991 odebrał Nagrodę Wolfa i wygłosił pokojową mowę w izraelskim Knessecie. Niejednokrotnie odwiedzał też RPA, gdzie stanowczo sprzeciwiał się apartheidowi. W 1995 roku na uczczenie uwolnienia Nelsona Mandeli zadyrygował Mesjaszem Händla pod Johannesburgiem.

Nie sposób wymienić wszystkich znakomitych muzyków, z którymi koncertował Menuhin. Jako solista występował pod batutą najwybitniejszych dyrygentów: Artura Toscaniniego, Wilhelma Furtwänglera czy Herberta von Karajana. Jako dyrygent prowadził najlepsze orkiestry świata: Filharmoników Berlińskich (którymi zdarzyło mu się dyrygować – dzięki długoletniemu praktykowaniu jogi – nawet stojąc na głowie) czy Royal Philharmonic Orchestra. Występował u boku Dawida Ojstracha, Glenna Goulda, Wilhelma Kempffa, a jego uczniami byli  także między innymi Nigel Kennedy, Nicola Benedetti i Paul Coletti. Menuhin nie pozostał jednak zamknięty na muzykę innych kultur – grał jazz ze Stéphane’em Grappellim oraz z Duke’em Ellingtonem, uczył się hinduskiej muzyki klasycznej pod kierunkiem Raviego Shankara, by wystąpić z jego tradycyjnym zespołem, włączał się w grę Romów, Żydów, muzyków country, orkiestr amatorskich. Nigdy nie tracił okazji, by poprzez mowę skrzypiec nawiązać relację z innymi ludźmi, czego wspaniałym śladem są liczne fotografie, na których uwieczniono jego pozaestradowe przygody. W filmie Monsaingeona podkreśla, że muzyka otwierała mu każde drzwi.

Niedokończona podróż

W 1984 roku losy Yehudiego Menuhina zostały ściśle splecione z losami grupy polskich muzyków. 27 kwietnia owego roku, w Filharmonii Narodowej, Polska Orkiestra Kameralna w nieco poszerzonym składzie zagrała koncert, na którym Menuhin wystąpił zarówno jako skrzypek (wraz z Lelandem Chenem w Koncercie d-moll na dwoje skrzypiec J.S. Bacha), jak i dyrygent. Program, w którym znalazła się także Symfonia „Haffnerowska” Mozarta, Divertimento Bartóka oraz Introdukcja i Allegro Elgara powtórzono kilka razy, a już 30 kwietnia znakomity gość zgodził się zostać głównym dyrygentem gościnnym orkiestry, która niebawem miała otrzymać nowe imię: Sinfonia Varsovia. Menuhin wraz z zespołem, który po rozstaniu z Jerzym Maksymiukiem miał w nim drugiego ojca, odbył wiele światowych tournées (jeszcze jako Polska Orkiestra Kameralna po serii koncertów w Gstaad, w 1983 roku wystąpili wspólnie przed papieżem Janem Pawłem II w Castel Gandolfo) i nagrał kilkanaście płyt. Płyt znakomitych, które nieodmiennie zajmują w mojej fonotece szczególne miejsce – zwłaszcza komplet symfonii Schuberta (1997) i ukochane nagranie dwóch ostatnich symfonii Mozarta (1990). Migotliwe brzmienie smyczków w pierwszych taktach Symfonii „Jowiszowej”, jakie przyzwyczajona do precyzji i szybkich temp Sinfonia Varsovia osiąga pod batutą Menuhina nie ma sobie równych wśród setek nagrań tego kanonicznego dzieła. To bez wątpienia jedna z płyt, które nie mają szans się zestarzeć.

Dla muzyków orkiestry współpraca z tym wybitnym artystą (w tamtych latach raczej dyrygentem niż solistą) była nie tylko niezrównaną szansą udoskonalenia warsztatu muzycznego, lecz także spotkaniem z niezwykłym człowiekiem, który swoją humanistyczną postawą oraz pełnym elegancji i taktu sposobem bycia zdobywał niegasnącą sympatię. Jeśli można mówić o przyjaźni między jednostką a grupą, z pewnością taka relacja zaistniała między Menuhinem o Sinfonią Varsovią. Z początkiem marca 1999 roku muzycy wyruszyli na kolejne tournée, tym razem po Niemczech. Występowali codziennie w innym mieście między innymi z symfoniami Brahmsa i Mendelssohna. Ostatni wspólny koncert zagrali 7 marca w Düsseldorfie. 10 marca członkowie orkiestry wrócili do Warszawy – trasa została przerwana z powodu nieoczekiwanej choroby maestra. Nie zapomnę tego dnia, kiedy jako mała dziewczynka cieszyłam się, że szybciej zobaczę tatę. Jakież było moje zdziwienie, gdy wyszedł z lotniska ze skrzypcami i walizką przygnębiony i nieskory do radości. Wtedy orkiestra nie wiedziała jeszcze, że ta podróż na zawsze zostanie niedokończona, tournée miało być wznowione, gdy tylko Menuhin poczuje się lepiej. 12 marca świat obiegła jednak wiadomość o jego śmierci. Niedługo potem do biura Sinfonii Varsovii dotarł list datowany na 11 marca, w którym dyrygent pisał: „Jestem tak szczęśliwy, że koncerty postanowiono przełożyć, a nie odwoływać. Wszyscy graliście tak cudownie, a wiem, że będzie jeszcze lepiej, kiedy wznowimy pracę. Z serdecznymi pozdrowieniami od oddanego Wam – Yehudi Menuhin”.

Remedium na zło świata

Dziś, siedemnaście lat po śmierci i dokładnie sto lat po narodzinach jednego z najwybitniejszych muzyków XX wieku, słucham Chaconne z II Partity d-moll BWV 1004 J.S. Bacha i jestem pewna, że w świecie muzyki nie ma lepszego podsumowania tak pięknego życia. Porównuję nagrania – a Chaconne Menuhin grywał przez całe życie, nie tylko rejestrując ją na płytach, lecz także często wykonując ją na bis – i w każdym odnajduję nieco inne emocje, nieco inne tempa, lżejszą bądź cięższą artykulację, z biegiem lat coraz ostrzejszą barwę. Wsłuchuję się w rozpoczynający się mniej więcej w jednej trzeciej utworu fragment intensywnych arpeggiów – Menuhin za każdym razem trochę inaczej wydobywa kontrapunkt w dolnym głosie, inaczej doprowadza też do kulminacji, dzięki czemu następujące potem znacznie spokojniejsze takty wydają się bądź to radosnym spełnieniem, bądź pełną namysłu zadumą nad burzliwym rozwojem wcześniejszych wypadków. I choć cenię sobie głęboką, aksamitną barwę wczesnych nagrań, porusza mnie emocjonalność i żywiołowość tych późniejszych. Jest w nich siła kształtowanej od najmłodszych lat dojrzałości muzycznej, która musiała dotrzymać kroku tak wcześnie rozwiniętej perfekcji technicznej.

W różnicach między tymi nagraniami ujawnia się imponująca mądrość Menuhina, który uczył się przez całe życie, by z każdym koncertem ubogacać zarówno samego siebie, jak i zasłuchanych w jego grę melomanów. Kilkunastominutowa Chaconne kończy się długo przytrzymanym dźwiękiem „d” zdwojonym przez przytrzymanie pustej struny D i skrócenie palcem struny G. Ta dwoistość jest dwoistością wybitnych wykonań: to, co ziemskie znajduje swój finał w dźwięku osadzonym, poddanym dyktaturze palca, to, co boskie, wyrywa się ku górze, dopuszczając do głosu same skrzypce. I może skrzypcom Menuhina nie udało się zagłuszyć wszelkiego zła tego świata, ale z pewnością jego muzyka wniosła w życie tysięcy ludzi wiele dobra, którego owoce jeszcze długo zbierać będą kolejne pokolenia.

 

Bibliografia

Yehudi Menuhin, Niedokończona podróż. Dwadzieścia lat później, przeł . R. Śmietana, Warszawa 2003.

Yehudi Menuhin, Skrzypce i ja, przeł. B. Umińska, Warszawa 2000.

Bruno Monsaingeon, Yehudi Menuhin. The Violin of the Century (film dokumentalny), 1994.

Książeczka dołączona do jubileuszowego albumu CD na 25-lecie Sinfonii Varsovii.

http://culture.pl/pl/artykul/yehudi-menuhin-1916-1999-dyrygent-sinfonii-varsovii [dostęp 22.04.2016].

 

Kwiecień 2016