Muzyka współczesna nie jest martwa, ona tylko pachnie dziwnie. Żeby nie powiedzieć – komicznie. „Komicznie” powiedziałby Frank Zappa, gdyby w roku 1973, mówiąc to właśnie o jazzie, miał na myśli muzykę współczesną. Ale nie miał. Nie mógł mieć, bo przecież w roku 1973 nie mógł przechadzać się korytarzami jednego czy drugiego wielofunkcyjnego centrum kongresowego, dobrze zlokalizowanego i nowocześnie wyposażonego, na tym czy innym festiwalu muzyki współczesnej, który akurat szczyciłby się wychodzeniem z hermetycznego kręgu znawców i otwieraniem się na ciągle powiększające się grono odbiorców tego czy innego miasta, akurat stającego się bijącym sercem europejskiej kultury, bo choć muzyka współczesna już istniała te czterdzieści kilka lat temu, kiedy Zappa mówił o jazzie, to przecież nawet Zappa nie mógł przewidzieć tego, że współczesne oblicze muzyki współczesnej zaprowadzi go w te nieskazitelnie współczesne korytarze prowadzące na scenę, gdzie odbywa się premiera najnowszego utworu napisanego przez tego czy innego niepokornego adepta tej czy innej uczelni wyższej przygotowanego na to czy inne zamówienie i ten czy inny skład muzyków.

A skoro Zappa nie mógł tego przewidzieć, to nie mógł też naturalnie wiedzieć, jaki komiczny zapach będzie towarzyszył nie jazzowi, ale muzyce współczesnej, która nie była martwa ani wówczas, ani czterdzieści parę lat po tym, jak wypowiedział te słowa, muzyce, która tylko pachnie komicznie, choć nie nieświeżo, wręcz przeciwnie, chyba właśnie pachnie komicznie dlatego, że pachnie zbyt świeżo jak na swoją, bądź co bądź, kilkudziesięcioletnią historię, co mogłoby może świadczyć o tym, że zalicza swoją kolejną młodość, gdyby tylko jej głos nie brzmiał tak nieznośnie słabo, przez co mogłoby się wydawać, że dochodzi zza grobu.

To zapach wprowadza zamieszanie. Zappa nie mógł znać tego zapachu, bo nigdy nie wchodził na koncert muzyki współczesnej do wielofunkcyjnego centrum kongresowego, a więc nie trafiał momentalnie do korytarza skromnie ograniczonego słupkami hotelowymi z taśmą odgradzającą w kolorze identyfikacji wizualnej, który wiedzie przez takie atrakcje jak nowo otwarta szatnia z elegancką ladą na wysoki połysk zrobioną czy niepozorna scena z lśniącym BMW, do kupienia albo do obejrzenia, choć najlepiej jedno i drugie, a więc nie dotarł też nigdy do hotelowego pulpitu wysokość jeden metr i siedemdziesiąt dwa centymetry, na który zatknięta jest świeżo wydrukowana kartka A4 z logotypem festiwalu, słowem „CONCERT” oraz strzałką skierowaną w lewo, a więc nie skręcił nigdy w lewo i nie skręcił też nigdy w prawo, bo gdyby skręcił w prawo doszedłby na poziom „+1”, gdzie akurat w tym samym czasie odbywałaby się konferencja pod tytułem Postępy w gastroenterologii, a pomimo tego, że nie skręcił ani w lewo, ani w prawo, nie poszedł też prosto, gdzie pewnie znalazłby przenośny barek oferujący szpinak z gruszką w sosie balsamicznym, wodę mineralną i brownie.

Ale koniec końców to nie ma znaczenia, którą drogę by wybrał, dlatego, że tak czy inaczej pozostałby w tym komicznym zapachu elegancko panoszącym się od wejścia, który jest tym samym zapachem po lewej, po prawej i na wprost – neutralnym, nijakim, wszędzie takim samym, a więc zachowującym swoją integralność i autonomię, nie nachalnym, o nie, ale takim, o którym jednak nie da się zapomnieć, takim, który sprawia, że muzykę współczesną można jednak pomylić z kolonoskopią, a przynajmniej z targami przyrządów do kolonoskopii, dość słodki to zapach, jeśli już jakiś, raczej słodki niż palący, matowy, gdzieś w tyle jednak zdradzający plastik, ale nie do przesady, trudno się nim udusić, a może odrobinę coś innego niż plastik, w każdym razie to, co zwykle czuje się w nowym samochodzie albo w nowym banku, a więc zapach, który dowodzi ich nowości, tak jakby wielofunkcyjne centra kongresowe z kolei miały dowodzić, że nowa muzyka tam prezentowana pachnie nowością, a więc jest nowa, musi być nowa, nie może pachnieć niczym innym niż nowością, zwłaszcza że dopiero co wskrzeszona, odnaleziona ponownie, jeśli nie po prostu zmartwychwstała, udało się ją obronić, już miała umrzeć, ale jeszcze nie nastał jej czas, powstały nowe podpórki, nowe teksty, nowe manifesty, parę nowych utworów, dzięki którym ma szansę jeszcze trochę pożyć, a my wraz z nią. No nie, muzyka współczesna dziś nie jest martwa, jest chyba nawet mniej martwa niż parę lat temu, nie pachnie nieświeżo, przeciwnie, pachnie komicznie, bo pachnie właśnie świeżo, to już pisałem, nową architekturą, nowymi rondami dojazdowymi, nowymi parkingami, nowymi instytucjami, instytucjami na kraj i instytucjami na zagranicę, nowymi festiwalami, bardziej i mniej progresywnymi, nową kadrą, młodszą, bardziej otwartą, bardziej kreatywną, nowym marketingiem, nową publicznością i nowym dziennikarstwem.

A skoro tym właśnie pachnie, to jest to dobra wiadomość dla młodych kompozytorów i młodych wykonawców – są nowe sale, a więc będzie i nowa muzyka, którą trzeba będzie te sale wypełnić, bo przecież nie może być ani tak, że te sale będą niewypełnione, ani tak, że będą wypełnione tym, czym dotychczas wypełnione były filharmonie, a więc będą zamówienia i będą festiwale i będzie nowa muzyka, będą nowe szkoły, to tylko kwestia czasu, już powoli wszystko się zmienia, i one będą kształcić muzyków współczesnych, oni będą wchodzić na rynek i na tym rynku będą potrzebowali pracy, nikt nie chce być bezrobotny, i tylko niektórzy będą musieli zrezygnować, trzeba będzie może wprowadzić jakieś systemy osłonowe dla kompozytorów, którzy nie zyskają poklasku, pensje może, zasiłki może, emerytury może, to wszystko trzeba będzie rozważyć, choć niektórzy absolwenci i tak się obrażą i zajmą gastronomią, część zrobi karierę w telewizji, dogrywając nowe melodie do znanych słów, tylko paru zrobi międzynarodowe kariery, bo większość tak czy inaczej skończy w nowych budynkach szkół średnich i wyższych, przygotowując kolejne osoby do tego, aby umiały się odnaleźć w tej nowej muzyce, która będzie nowa, ale nowa na nowo, a więc znów nikt nikogo niczego nie nauczy, a więc nowi adepci będą mogli się buntować przeciwko przebrzmiałym adeptom nowej muzyki.

Nie ma się czym martwić, nie będzie źle, bo architektura, administracja i edukacja zawsze idą razem, tylko trochę sztuki potrzebują, żeby się ogrzać, bo w tym zapachu nowości nie powinno być zbyt zimno, a ostatecznie jakiej muzyki może potrzebować ta nowa architektura, która powstaje z nowej administracji, jeśli nie właśnie muzyki nowej i w dodatku muzyki dobrze wykształconej, żeby nie powiedzieć wyedukowanej, a jakiej innej muzyki uczy się dziś w systemie edukacyjnym, mniejsza z nazwami, muzyka klasyczna czy jazz mają być kompetentne i uzasadnione, a może nawet bardziej uzasadniające niż uzasadnione, w każdym razie muzyka, która ma prawo tam być, która nie zburzy tego wspólnego wysiłku wznoszenia nowego świata, muzyka, która nie będzie zbyt głośna, będzie co najwyżej fff, to duża różnica, trzeba wielu lat uczenia, aby zapomnieć, co to znaczy „głośno”, a właściwie głośno bez cudzysłowu, wielu lat, aby głośno bez cudzysłowu stało się fff, trzeba wielu lat, aby nauczyć się tego języka, który dojdzie do granic fff i może zmieni fff w fffff, ale nigdy nie będzie umiał znaleźć symbolu, który później wykonawcy przeistoczą w głośno bez cudzysłowu, a więc nigdy nie zburzy, najwyżej tylko donośnie podkreśli nowość tej nowej architektury i nowej administracji i całego nowego świata, a więc muzyki nowej, która kiedyś w opowieści o starzeniu się nowej muzyki nazwana została muzyką festiwali muzycznych, a którą dziś można by nazwać wystrojem dobrze ufundowanego sektora sztuki albo może muzyką promującą kulturę albo muzyką promującą różnorodność albo muzyką promującą kraje członkowskie, a może po prostu supermarketem muzyki współczesnej, gdzie na jednej półce festiwalu muzyki współczesnej mamy do wyboru kilka kompozycji muzyki współczesnej, minimalistycznych na przykład na półce na lewo, w innym dziale jest teatr muzyczny, a na samym końcu i w rogu powiedzmy nowa złożoność, każdy przyjdzie i weźmie to, co chce, to znaczy wybierze sobie to, czego chce, i będzie wiedział, co tam słychać w kulturze tego czy innego kraju członkowskiego, ale to nie potrwa zbyt długo, bo przecież jutro ta nowa muzyka będzie się mogła nazywać muzyką lotnisk, ale nie takich zwykłych, bardziej aerotropolis, czemu nie, lotnisk przyszłości, takich, które nie są przyczepiane do metropolii, ale wokół których powstają nowe metropolie, bądźmy na czasie, jeśli mamy być współcześni, cóż nam pozostało niż być na czasie, skoro nie umiemy tego czasu wyprzedzić, jeśli naukowcy są dwa kroki przed czasem, my może jednak spróbujmy być choć jeden krok przed czasem, może jednak się uda, a więc bądźmy świadomi, że nowe wielofunkcyjne centra kongresowe będą musiały ustąpić miejsca nowym wielofunkcyjnym centrom kongresowym, których jedną z funkcji będzie prezentowanie muzyki współczesnej, a inną przyjmowanie lądujących samolotów, bo przecież i muzykom i specjalistom od kolonoskopii niedługo już będzie się chciało tracić czas na dojazdy do centrum tego czy innego miasta, Frankowi Zappie z pewnością by się nie chciało, gdyby tylko żył nadal i chodził po tych salach i latał po tych lotniskach, ale nie chodzi ani nie lata. 

 

• •

 

Więc zwolnijmy. Zastanówmy się bardziej systematycznie. To też w końcu nasz obowiązek. Drugie piętro, sala „zielona”. Tak się właśnie nazywa ta sala. Konferencja po tytułem Paradoksy muzyki współczesnej w społeczeństwach późnego kapitalizmu. Albo: Muzyka współczesna na rozdrożach. Albo: Muzyka współczesna: co robić?. Byłem kiedyś na takiej konferencji o ratowaniu nowej muzyki, jednej z nich dokładniej rzecz biorąc, wtedy kiedy jeszcze słowa „muzyka współczesna” brzmiały dla mnie jak całkiem obiecujący sposób na spędzenie życia. Odbywała się w Brukseli, w ładnej, odnowionej przestrzeni, na drugim piętrze, chyba, z konferencyjnymi stoliko-krzesłami, jak w filmach amerykańskich z lat dziewięćdziesiątych, z roll-upami jakiegoś programu unijnego, bo finansowana była w całości z budżetu Unii Europejskiej. Były w tych pomieszczeniach flamastry, gąbki, takie niewygodne i brudzące, ale co tam, i były też takie tablice do pisania flamastrami i oczywiście była też grupa zaangażowanych młodych wykonawców muzyki współczesnej, profesjonaliści, bardzo kompetentne towarzystwo jednakowoż zatroskane relatywnie niskim zainteresowaniem koncertami muzyki współczesnej. Co robić?

Były prace w podgrupach i ćwiczenia na kreatywność – co robić, aby przyciągnąć ludzi? Pomysły: ciekawsze przestrzenie (basen, targ warzywny, stary dworzec kolejowy – żeby pokazać, że muzyka współczesna to nie tylko wielofunkcyjne centra kongresowe); bardziej popularny repertuar, dzięki któremu będzie można przemycić bardziej ambitne kompozycje (cover Nirvany, a potem Boulez, super, trzeba by tylko znaleźć jakieś związki między nimi, żeby nie było to zbyt arbitralne, żeby można to było uzasadnić); bardziej wyluzowana atmosfera (można rozważyć wpuszczanie ludzi z drinkami, ale z drugiej strony kto chce grać przy brzdęku kieliszków z szampanem – może plastik?, do przemyślenia); zmiana godzin koncertów (dla młodych matek małych dzieci koncerty o 19.00 są niezbyt wygodną porą, ale z drugiej strony koncerty o 21.00 to trochę za późno, w końcu wszyscy pracujemy); i najważniejsze: osobowości, ludzie autentycznie zaangażowani, autentycznie charyzmatyczni, tacy, dla których muzyka współczesna jest autentyczną pasją, tacy, którzy mogą porwać publiczność wykładem, zapowiedzią, dobrym tekstem promocyjnym, a może nawet samym wykonaniem – bo przecież publiczności nie da się oszukać i tak dalej. Zrozumiałem z tego, że muzyka współczesna potrzebuje więcej osób, które kochają muzykę współczesną. To wydał mi się nawet słuszny postulat.

 

• •

 

Są też inne dylematy i paradoksy. Na przykład: czym jest współczesność muzyki współczesnej? Czy muzyka współczesna jest dziś z definicji nie-współczesna, skoro odwołuje się do idei nowości, która sama w sobie ma już sto lat? Frapujące. Przecież odnawia się ta nasza muzyka współczesna w tej fiksacji na nowość nieznośnie już długo. Muzyka nowa czy współczesna ożywa za każdym razem, kiedy akurat coś się w świecie zmienia. Kiedy idzie nowe, to i nowa muzyka jest potrzebna! Te kolejne nowości, nowości lat dziesiątych i dwudziestych, później czterdziestych i pięćdziesiątych, później sześćdziesiątych itd., itd. – każda z tych nowości jest nieco inna. Przecież nowe dzisiaj i nowe sto lat temu to zupełnie co innego!

Nowość ostatniej dekady nie jest już rozumiana awangardowo, nie chodzi o żadne przewodzenie i wyznaczanie nowych trendów, o nie, uczymy się na błędach, trochę skromności panie i panowie, dziś nowość jest bardziej miękka, wrażliwa na otoczenie. W tym sensie charakteryzuje się świadomością ekologiczną w ogólnym rozumieniu tego określenia, jako kontakt z przestrzenią. W tym sensie zapach centrum kongresowego jest dla nas tak samo ważny jak zapach akcji miejskiej między starymi kamienicami lub w parku. W tym sensie ważna jest architektura! W tym sensie ważne jest miasto, kontekst społeczny! One muszą się stać częścią muzyki współczesnej! A co z imigrantami? Co ze Skype'em? Miękko. Uważnie. Mądrze. No jak się z tym nie zgodzić? Dyskutujmy, zmieniajmy i nie bójmy się stawać twarzą w twarz z wyzwaniami współczesności, bo jeśli nie idziemy do przodu, to zostajemy w tyle, to znaczy ludzie o nas zapomną, ludzie pójdą gdzieś indziej, a przecież my nie chcemy, żeby poszli gdzie indziej, chcemy, żeby zostali z nami, tutaj, tu gdzie my jesteśmy, bo my przecież się nie będziemy ruszać, nie po to się uczyliśmy tak długo, żeby teraz się gdzieś ruszać, jesteśmy profesjonalistami, nikt nie chce być bezrobotny. I tak dalej.

Ale kto to mówi? I gdzie? Za wcześnie na takie dyskusje czy za późno? Nigdy nie było do końca wiadomo, czy muzyka współczesna wyznacza horyzonty współczesności, czy może się w nie po prostu wpisuje; czy tworzy nowe rzeczywistości, czy raczej bezwiednie odpowiada na to, że nowe rzeczywistości potrzebują nowej muzyki do legitymizacji siebie, do udowodnienia, że w nowych przestrzeniach będzie też nowa sztuka. Zwykle te zależności bywały opisywane dopiero z perspektywy lat, dopiero później, dopiero po tym, jak ta współczesność się dokonała, dopiero wtedy pojawiały się analizy ukazujące analogie między ideologią faszyzmu i futuryzmu, między CIA a Darmstadt, między minimalizmem a IKEĄ.

Więc jak to jest: muzyka współczesna w tej swojej pluralistycznej różnorodności zapowiedziała supermarket czy po prostu ułożyła się wygodnie na półkach gotowego już supermarketu? A także: czy te sceniczne parodie komunikacji cyfrowej, coverów Queen i sonifikacji wykresów Dow Jones to dowód na to, że kompozytorzy odnoszą się do rzeczywistości, która ich otacza? Czy może te parodie dowodzą ich impotencji i pragnienia, by jeszcze nie umierać, by tchnąć nowe życie w muzykę współczesną, bo lepiej, żeby była niż żeby jej nie było, przecież nikt nie chce być bezrobotny. A może dowodzą, że nowi kompozytorzy nowej muzyki z nowych szkół i w nowej architekturze tak dawno nie mieli żadnego kontaktu z rzeczywistością, że wystarczy dosłownie cokolwiek, wideo w domu, utwór tworzony przez Facebooka, cokolwiek, żeby było trochę nowego powietrza? Albo że celowo marny cover Queen na scenie jest jednak nie tak dobrze marny jak ten z samoprzesterowującego się nagłośnienia w plastikowym barze, bo przecież trudno jest po iluś latach edukacji zrobić coś naprawdę marnego, skoro przez wszystkie te lata uczono nas jak nie robić marnie, właściwie trudno się dziwić, że ta marność na scenie jest w stosunku do marności z samoprzesterowującego się nagłośnienia w takiej samej relacji jak fff do głośno bez cudzysłowu?

A może chociaż dzięki tej muzyce poczujemy się lepiej w nowych lotniskach, wokół których zbudowane zostaną nowe metropolie, które będą musiały być wielofunkcyjne i dobrze zorganizowane logistycznie, być może właśnie takiej muzyki potrzeba aby zrozumieć, że da się żyć w nowej rzeczywistości, że słysząc dźwięk tego czy innego telefonu w tej czy innej kompozycji w momencie, gdy przelatujemy nad tą czy inną pustynią, że właśnie wtedy jesteśmy częścią tej globalnej kompozycji, jaką funduje nam ten czy inny szejk z tego czy innego emiratu i może ta właśnie muzyka sprawi, że uznamy zapach nowych wielofunkcyjnych centrów kongresowych za „całkiem OK”, właściwie nie najgorszy, uznamy fffff za głośno, w każdym razie głośniej niż fff. 

 

• •

 

W każdym razie tak – dywersyfikujmy i wymyślajmy dalej. Ważne, żeby muzyki współczesnej było więcej i więcej, nikt nie chce być bezrobotny, żeby była różnorodna, żeby były różne pomysły i różne miejsca, żeby ludzie byli różni, to dobre czasy dla muzyki współczesnej, róbmy-róbmy. Doskonały zbieg tych trzech tendencji – takie różnicowanie i rozplenianie – zbieg profesjonalizacji muzyki współczesnej z jej fiksacją na współczesności i wreszcie próby nawiązania kontaktu ze światem, który przez dekady był na marginesie muzyki współczesnej, tej hermetycznej, tej scenicznej, tej oficjalnej i nagle oto w łonie tej współczesnej, hermetycznej i oficjalnej muzyki rodzi się potrzeba wyjścia na zewnątrz, jak miło, przewietrzmy trochę, czemu nie, chodźmy. Niech tak właśnie będzie. Tak będzie lepiej. Tylko właśnie – idziemy czy zostajemy? Ja bym poszedł. Może dzięki temu to, co najważniejsze w muzyce współczesnej będzie się zaczynało tam, gdzie ona się kończy, a przynajmniej tam, gdzie kończy się jej prze-finansowany, prze-instytucjonalizowany, prze-edukowany i prze-produkowany świat. To wszystko może sprawi, że prawdziwym doświadczeniem muzyki współczesnej będzie wyjście z koncertu i odnalezienie wszystkiego tego, czego ona chce, gdzieś tuż za przestrzenią znajdującą się pod jej jurysdykcją, może właśnie w takich gestach opuszczania koncertów będzie się krył jej ostateczny sens i spełnienie jej celów i ambicji? Im więcej jej będzie, im więcej będzie jej nowych budynków i nowych kompozytorów, i nowych prób określenia tego, czym ona jest dziś, teraz, obecnie, im więcej będzie jej manifestów, im więcej tekstów, im więcej statementów, tym więcej też będzie szans na ten niepowtarzalny i nieustająco fascynujący, graniczny moment doświadczenia czegoś nowego:

Wychodzisz z sali koncertowej; podjąłeś już tę decyzję, nosiłeś się z nią przez dłuższą chwilę, ale teraz to już jest nieodwołalne, postanowione i nieodwracalne, wstajesz, wspaniały moment, już nie ma odwrotu, zabierasz te wszystkie niespełnione obietnice, już idziesz, robisz krok w stronę drzwi, po pierwszym kolejne przychodzą łatwiej, jeden po drugim, zyskujesz pewność, najpierw idziesz cicho, żeby nikogo nie urazić, żeby nie przeszkadzać, docierasz do drzwi, otwierasz je nadal możliwie cicho, żeby nikogo nie urazić, pamiętaj, żeby nikogo nie urazić, nie za głośno, ciszej niż fff, ale wiesz już, że zaraz za progiem złapiesz ten pierwszy głębszy oddech, trochę ulga, to już teraz, rozluźnione mięśnie, można trochę głośniej stąpać, jest powietrze jakby nowsze albo jakby go więcej, nie wiadomo, trochę światła w końcu, i pobrzmiewają ci w głowie jeszcze tylko te wszystkie słowa, o otwarciu na nowe przestrzenie, na nowe akustyki, na nowe rozwiązania formalne, na przypadkowość i nieprzewidywalność przekazu, na świat, na ludzi, na miasto, na kontekst społeczny, na dźwięki, właśnie – na dźwięki, jesteś już we foyer, możesz iść w lewo albo w prawo, do baru na +1 albo do baru za rogiem, to w gruncie rzeczy nieważne, do którego baru pójdziesz, teraz mijasz scenę z BMW, wiesz już, że wziąłeś to, co najlepsze z muzyki współczesnej ze sobą, wszystko to, czego ona chce, co wyartykułowała, co zdefiniowała, i wiesz już, że teraz możesz sobie to wszystko zabrać gdzie indziej, sprawdzić gdzie indziej, mijasz to BMW, ty, wykształcona w muzyce współczesnej osoba, ceniąca sobie wiele z jej ideałów, wartości, celów, ty, osoba, która może wyjść oto z koncertu, tak, możesz to zrobić, możesz minąć BMW, zobaczysz wtedy, że to gdzie indziej już się zaczyna, jeszcze tylko parę kroków, już jest tutaj, zaraz, właśnie tutaj, o tu.

 

 

Nr 04/2016