Znajdujemy się między historią a teorią, od rana do wieczora, a przecież nie zostało wcale powiedziane, co to (właściwie) znaczy. Gorzej jeszcze, nie zostaliśmy przez decydentów podsłuchani. Nie podsłuchali, niestety, o czym (właściwie) myślimy. O tym, co jest, łatwo jest im mówić – bo jest, a o tym, czego nie ma – trudniej, bo tego dla nich nie ma. Ale ja nawiążę, tą letnią, do tego, czego nie było, ale już jest.

W Polsce uprawianie muzykologii znaczy (właściwie) na ogół zajmowaniem się, czyli opisywaniem historii. Co do rozumienia – różnie bywa, a z interpretacją historii jeszcze bardziej różnie. A dzieje się tak, nie bacząc, że bez teorii pytań nie ma, a bez pytań nie ma rozumienia, zaś bez rozumienia w ogóle mało o co chodzi. Opis staje się dzięki temu (no, dziękować, to już za wiele) statyczny, nie wyzwala ciągu myślowego, a choć ten opis zawiera nawet sam przez się fragmenty teorii, to pozostają one u historyków muzyki często niespójne, co więcej, zdarza się, że nieuświadomione.

Teoretycy zaś wcale łatwo wyzbywają się w ogóle historii, rozweseleni często tą swoją współczesnością. Teoria im wystarczy, ona ma swoje kryteria – i tyle. Tyle że historia zachodzi ich czasem od niespodziewanej strony, a wówczas zdumiewa, że tak lekko potrafiła właśnie ich zdmuchnąć. Muzyka wysoka bez myślenia teoretycznego nie istnieje, już sama pięciolinia, nawet bez nut, jest określoną teorią muzyczną (tonów i półtonów). Teoria muzyki jest w swej części związana z samą muzyką, ale też zajmuje się materią dla muzyki kontekstową, że wymienię stosunek muzyki do różnorodnych filozofii.

Ale mam teraz złą nowinę i dla czystych teoretyków muzyki, i dla czystych jej historyków: została ostatnio stworzona w muzykologii europejskiej „historia teorii muzyki”. I klamka zapadła. „Ostatnio” – zostało tu powiedziane – co może w historii znaczyć nawet trzydzieści lat temu. I tak właśnie się zdarzyło. W latach osiemdziesiątych zeszłego stulecia dwaj berlińscy muzykolodzy, Carl Dahlhaus i Frieder Zaminer, założyli historię teorii muzyki. Niewiarygodne, ale wydarzyło się to tak późno. Werbalnie biorąc, Hugo Riemann napisał ongiś właśnie książkę o takim tytule, ale było to wówczas jedynie szczęśliwym przewidzeniem, niemniej pozostało dobrą przepowiednią. A teraz, wraz ze stworzeniem historii teorii, pojawiła się świadomość wpływu historii muzyki na jej teorię i teorii na historię.

Istnieje zresztą teoria, iż one obie są ze sobą związane, jako że mają (podobno) ten sam przedmiot badania, ale widziany z dwóch różnych stron. Co zaś najważniejsze, wraz z faktem muzycznym czy muzykologicznym, pojawia się teraz nieuchronnie dalsze pytanie: co to (właściwie) znaczy? Weźmy, dla przykładu, dwa fakty: jest muzykologia i jest socjologia. Pojawia się pytanie: czy muzykologia (nie muzyka, nie sztuka, ale muzykologia!) jest socjologicznie uwarunkowana, a jeżeli tak, to w jaki sposób? Odpowiedź negatywna wydaje się dość ryzykowna, zaś pozytywna, mówiąc szczerze – również, ale z odmiennych powodów. I powstaje ciekawa problematyka. Ciekawa, gdyż wyzywająca.

Od samych początków historia teorii potrafiła się obronić przed zarzutem, iż mogłaby zagrozić muzyce swymi zakusami normatywnymi wobec sztuki komponowania i wolności, w jakiej musi przebywać muzyczny geniusz. Tak czy inaczej, obie strony – historycy i teoretycy – mogą się bez obawy wspólnie odnaleźć w wiedzy, a ściślej – w wiedzy humanistycznej – i ta da pożądany spokój. Ale wciórności! W niej obowiązuje już nieograniczone myślenie, czyli znowu możliwy, a nawet pożądany niepokój. Połączenie historii z teorią wyzwala jednak zawsze myśl muzyczną, a tak ją nazywam, żeby było to słowo otwarte, wielce pojemne, a jeszcze dynamiczne. Ażeby myśl muzyczna mogła prowadzić, opromieniona pięknem muzyki.

 

 

Nr 08/2014