Prof. K. B.

 

Profesorem kalifornijskiego Stanford University jest muzykolog, prof. Karol Berger – tak to Kalifornia skrzyżowała się z Warszawą mocą jego osobowości i sił duchowych, a z drugiej strony zalet tego przodującego uniwersytetu. Biografia naukowa Profesora zaczyna się od studiów na Uniwersytecie Warszawskim, kontynuowanych – volens nolens – w słynnym Yale University, a ukoronowanych objęciem katedry muzykologii w równie słynnym Stanford University. Ta biografia nie zna przerwy w silnych związkach muzykologicznych z wieloma krajami europejskimi, a co istotne dla Polski – Profesor został członkiem zagranicznym Polskiej Akademii Nauk i współredaktorem „Muzyki”, głównego w Polsce kwartalnika muzykologicznego, wydawanego przez Instytut Sztuki PAN. Całkiem niedawno zaś został wyróżniony przez nadanie mu honorowego członkostwa American Musicological Society, co ma takie znaczenie, że pominąć tego nie sposób.

Jego spuścizna muzykologiczna jest ogromna, zwrócę zatem uwagę na jedną tylko książkę i na jeden tylko z najświeższych artykułów. Ta książka nosi wysoki tytuł: Teoria sztuki, a traktuje o wysokiej muzyce (ukazała się również w polskim przekładzie), natomiast wybrany przeze mnie artykuł nosi trochę zaczepną nazwę: Końce historii muzyki, czyli dawni mistrzowie w supermarkecie kultur. Chodzi w nim o sprawę równie ważną w Kalifornii, jak w Polsce, gdyż i tu i tam mamy supermarkety z muzyką i jej mistrzami. Końców muzyki też się namnożyło hic et nunc. Tytuł jest ważną, a nadto intrygującą zapowiedzią odnośnej tematyki. O czym mowa? O co tu chodzi? Sam Karol Berger dał przy tym swą własną odpowiedź, wymieniając po kolei sztukę wysoką, kanon, dyskryminację, przemysł rozrywkowy i muzykologię.

Sztuką wysoką jest dla nas przede wszystkim muzyka, więc przechodzimy do jej kanonów. Taka perspektywa jest fundamentalna. Dla naszego Autora, żeby pisać historię muzyki, koniecznym jest posiadać, a tym samym utworzyć sobie, kanon mistrzów wraz z kanonem dzieł. Historia muzyki jest historią ludzi oraz ich dzieł, to oni winni być wybrani, najwybitniejsi z nich, także ich najwybitniejsze dzieła. Wartościowanie muzyczne musi się dokonywać sine qua non i to za sprawą samego muzykologa. Historia może uwzględniać również konteksty muzyki, ale w historii muzyki mają one służyć muzyce, nie zaś odwrotnie, kiedy muzyka zaczyna służyć kontekstom, czyli czemu innemu. Kto okazał się kanoniczny dla profesora Bergera?

W trzecim kwartale XX wieku (kiedy muzyka wysoka była poważnie zagrożona w swym istnieniu) pojawiły się jednak dzieła Messiaena, opera Die Soldaten B. A. Zimmermanna, kwartety smyczkowe Szostakowicza i opery Brittena. Zaś w ostatnim kwartale mieliśmy III i IV Symfonię Lutosławskiego (wymienione zostały na pierwszym miejscu!), Etiudy fortepianowe Ligetiego, fortepianowe Games Kurtága i późniejsze utwory tego kompozytora.

Sytuacja współczesna jest przedmiotem największej troski, wyrażonej w omawianym artykule. Zostaje dzisiaj ewidentnie zachwiana równowaga między muzyką wysoką i rozrywkową, na rzecz tej ostatniej. Nawet mistrzów umieszcza się często w supermarkecie. A jeszcze mamy też dzisiaj „zdradę klerków”, żeby przywrócić słynną nazwę z francuskiego dwudziestolecia międzywojennego, tak ważną staje się ona dziś przez porównanie. W ogóle pisanie historii przyszłości znaczy właściwie nie tę przyszłość, lecz oznacza nas samych, odsłania, kim jesteśmy. Właściwy jest więc postulat stworzenia silnej pozycji dla muzyki, idącej wespół ze sztuką, filozofią i religią, gdyż „społeczeństwo frymarczące nimi na rzecz rozrywki jest niemądre, a jego intelektualiści nieodpowiedzialni”.

Ta krótka relacja o jednym tylko szkicu Profesora Karola Bergera – dodajmy: jednym z ostatnich – świadczy co najmniej o tym (mam nadzieję, iż łatwo to w Polsce zauważyć), że pisany jest w innej tonacji niż ogólna tonacja przybrana przez rodzime pisma krytyczne o muzyce, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Jesteśmy? Czy aby nie czas na jakąś modulację?

 

 

Nr 07/2014