Środowisko muzyczne (w liczbie pojedynczej) składa się z wielu środowisk (liczba mnoga!), a łączy je przedmiot zainteresowań, czyli „muzyka”. O muzyce możemy mówić w liczbie pojedynczej, choć nie umiemy powiedzieć, czym właściwie jest ta „muzyka”; już nie mówię dla kogo jest, ale czym w swej istocie. A poza tym taki sposób publicznego wyrażania się należy do sedatiwów, do środków uspokajających, o pięknej, eufonicznej nazwie. Ten sposób wyrażania się jest mimo wszystko trochę prawdziwy, zatem pobudza do dalszych rozmów, które są lepsze od usypiania się – ono w humanistyce prowadzi zawsze do kiepskich rezultatów; wystarczy się rozejrzeć.

Jedno ze wspomnianych właśnie środowisk tworzą muzykolodzy. Przedmiotem ich zainteresowań jest – jak powiedzieliśmy – muzyka. Brzmi to pięknie, zwłaszcza kiedy się nie wie, że są trudności z jej definicją. I tu natrafiamy na rzecz zdumiewającą. Muzykologia jest w Polsce słabo zainteresowana. Czym? Sama sobą. Tym, czym była dawniej, czym jest teraz, czym mogłaby być w przyszłości. Muzykologia z okresu na okres zmienia, w jakiejś niewielkiej zresztą, części swą tematykę, to znaczy nabywa nową. Zmiany następują na ogół ewolucyjnie, ale zdarzają się niekiedy zmiany gwałtowne. Wraz ze zmianą rodzą się nowe znaki zapytania, nowe problemy, także nowe wątpliwości. Stąd tak ważna jest refleksja naukowa, jakie tematy są ważne, co ze sobą niosą, jak mogą być kontynuowane, jak winny być kontynuowane – i tak dalej. A że sprawa ma dla uprawianej dyscypliny wielką wagę – jest rzeczą oczywistą, że nowe problemy powinny zostać podjęte w sposób dyskursywny, zatem z różnych punktów widzenia. Najlepiej, jeżeli sprawa podjęta zostaje w sposób kompetentny i ogłoszona drukiem.

Znakiem życia dyscypliny jest właśnie zainteresowanie sobą samą. Nie mam na myśli muzykologii w jednym mieście ani w jednym kraju, ale chodzi o muzykologię powszechną, przy tym muzykologię jako naukę. Być dyscypliną powszechną nakłada obowiązki wobec tej dyscypliny. Również obowiązki edukacyjne. W przeciwnym razie może się wydarzyć sytuacja z Wiktora Jerofiejewa, który opisał ją jednym zdaniem:
„Już na trzecim roku zapytuję, a na jakim to wydziale się uczę?”.

Na przykład kolokwia są wynalazkiem amerykańskim. W „Journal of American Musicological Society” trzy razy w roku są ogłaszane zbiorowe, przez parę osób pisane referaty na ten sam, z góry podany temat, związany zawsze z nowym, a ważnym problemem muzykologicznym, niekiedy zresztą nie nowym, ale tak ważnym, że wymagającym podjęcia go na nowo. Za każdym razem zostaje powołana grupa kompetentnych amerykańskich muzykologów. Założenie zaś owych kolokwiów jest nader proste i naturalne, a polega na oczywistej tezie, że wszyscy muzykolodzy winni mieć jakąś wspólną tematykę dla swej własnej dziedziny, winni dbać o całą muzykologię jako swą wspólną własność, wiedzieć, co się w niej dzieje, zajmować w niej nie tylko postawę krytyczną, lecz także autokrytyczną i tak dalej. Skądinąd powiem, iż jeśli nie zna się tych samych książek (z czytania, a co najmniej z czyjegoś streszczenia), to rozmowy w ramach dyscypliny – te wewnętrzne – stają się niemożliwe. Wzajemna nieufność się krzewi. Może nawet da się przypadkiem usłyszeć tamto pytanie: „Na jakim to wydziale się znalazłem?”.

Postawmy pytania: jakie tematy dla kolokwiów są na tyle ważne, żeby je już dzisiaj podejmować? Pytać, co one znaczą? Jakie są rozmaite punkty widzenia na poruszoną kwestię? Jakie znaczenie mają dla naszej dyscypliny, a jakie dla kultury? Jak je należy uprawiać, jak rozwijać? W Amerykańskim Stowarzyszeniu Muzykologicznym trzy razy w roku zostaje powołana grupa muzykologów, która ma zidentyfikować daną tematykę, powiedzmy – omówić jej stan posiadania i problemy z nią związane. Kolokwium obejmuje na ogół kilka referatów i każdorazowo są one publikowane w nowym zeszycie „Journal of American Musicological Society”. Wiadomości zdobyte na Kolokwium mają służyć wszystkim muzykologom, niezależnie od ich indywidualnej specjalizacji. Te wiadomości – myślę – przyczyniają się do integracji środowiska, ponieważ nie na darmo zauważono, iż by zdobyć się na ciekawe, być może nawet ważne rozmowy na określone tematy, musimy w swojej grupie lub nieco większym środowisku, mieć przeczytanych trochę tych samych książek – inaczej rozmowy nie będzie, co najwyżej dzielenie się informacjami z sieci.

Jakie mogą być te ogólne, wybrane przykłady? W dwóch ostatnich latach odbyły się następujące amerykańskie kolokwia: (1) Muzyka a seksualizm; (2) Kosmopolityzm w okresie nacjonalizmu w latach 1848-1914; (3) Rousseau w roku 2013. Refleksje na trzechsetlecie; (4) Muzykologia poza swymi granicami?; (5) Studia judaistyczne w muzyce; (6) Filozofia muzyki Vladimira Jankélévitcha. Dodam jeszcze, że bibliografia do wszystkich referatów na określony temat zostaje zebrana wspólnie (a jest obfita !) i podana przy końcu każdego kolokwium. Czytelnik otrzymuje ją z pierwszej ręki – specjalistów. Sprawa, jak powiedziałem, jest dla (prawie) wszystkich.

 

 

 

Nr 04/2014