Kamila Staśko-Mazur: Od kiedy możemy mówić o badaniach środowiska akustycznego w Polsce i jakiego typu są to badania?

Krystyna Pawlas: W Polsce właściwie nie prowadzi się regularnych badań. Te nieliczne dotyczyły głównie wpływu hałasu na środowisko pracy. Były robione także incydentalne badania na temat znaczenia hałasu w środowiskach miejskich w latach dziewięćdziesiątych, ale to były raczej badania o charakterze pilotażowym, nie na dużych populacjach, i nieregularne.

Czym zajmuje się więc Pracownia Audiologii i Hałasu w Instytucie Medycyny Pracy i Zdrowia Środowiskowego w Sosnowcu, od kiedy i jak funkcjonuje?

Jako samodzielna jednostka funkcjonuje chyba od 1997 roku. Przedtem była częścią Zakładu Szkodliwości Fizycznych. Instytut powstał w 1950 roku jako Instytut Medycyny Pracy w Przemyśle Węglowym i Hutniczym. W Polsce były wówczas cztery instytuty odpowiadające resortom: Instytut Medycyny Morskiej i Tropikalnej, Instytut Medycyny Wsi w Lublinie, Instytut Medycyny Pracy w Przemyśle Chemicznym i Włókienniczym oraz nasz Instytut, który zajmował się głównie przemysłem węglowym i hutniczym. Przemysł ciężki wiąże się z wibracją, hałasem, pyłem i środkami toksycznymi. I to była domena tej jednostki.

Jakie badania państwo wtedy prowadzili?

Badano wpływ hałasu w środowisku pracy na narząd słuchu. Było także kilka prac o pozasłuchowym wpływie hałasu np. na nadciśnienie tętnicze. Za czasów świetności Instytutu – w latach dziewięćdziesiątych – pracowało nad tym osiemdziesiąt, może sto osób. Prowadziliśmy też badania nad wpływam wibracji na zwierzęta. To były bardziej rozruchowe, pilotażowe próby. Później zaczęliśmy także badać wpływ różnych czynników, w tym chemicznych, na narząd słuchu. Jest wiele elementów, które uszkadzają słuch, a nie są hałasem.

Jakie czynniki chemiczne mają destrukcyjny wpływ na nasz słuch?

Każda komórka jest i ukrwiona, i unerwiona. Jeżeli coś jest szkodliwe dla układu nerwowego, to może być szkodliwe też dla narządu słuchu. Nie musi, ale może. Ostre przypadki zdarzają się na przykład przy nieszczelnej instalacji. W momencie, gdy powstawały Instytuty, skutki zatruć bywały bardzo poważne i właśnie je wtedy badaliśmy.

Pracuje pani także w Zakładzie Higieny Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Czy tam również zajmuje się pani hałasem?

Tak, badamy tam między innymi zmiany przedkliniczne. Przykładowo, w oparciu o badanie słuchu i ankiety badaliśmy studentów, którzy korzystali z przenośnych urządzeń do odtwarzania muzyki. Oczywiście, wyniki wskazały, że im więcej słuchano, tym bardziej podwyższony był próg słuchu.

Jakiego rzędu są to wartości?

Średnio około trzy, cztery decybele, pięć decybeli w wyższych częstotliwościach, tych powyżej tysiąca, głównie dwa, cztery tysiące herców.

Dlaczego akurat ten zakres częstotliwości ucierpiał podczas słuchania muzyki z przenośnych odtwarzaczy?

Dlatego, że receptory niższych częstotliwości są bardzo wytrzymałe. To można łatwo wytłumaczyć: natura jest bardzo mądra – próbuje zachować i chronić najmocniej to, co najistotniejsze. Dla człowieka, istoty społecznej, najistotniejszy jest odbiór i rozumienie mowy. A ten odbiór jest wystarczający w paśmie od 500 do 1500 herców. Choć produkcja mowy odbywa się w szerszym zakresie od około stu do kilku tysięcy herców, to żeby ją rozumieć wystarczy nam pasmo około tysiąca herców w zakresie tych średnio-niskich częstotliwości 500–1500.

Wyniki badań studentów nie były więc mocno niepokojące? Ich ubytki mieściły się w ramach normy?

Jeśli weźmiemy pod uwagę średnią, nie były to duże ubytki. Za słuch normalny uważa się taki, w którym mieszczą się ubytki nie większe niż piętnaście decybeli. Tych definicji jest kilka, ale jeśli przyjmiemy nawet jedną z ostrzejszych, to ubytki do piętnastu decybeli na nie więcej niż jednej częstotliwości traktujemy nadal jako słuch normalny. Nasze badania prowadziliśmy jeszcze przed erą smartfonów. Wtedy producenci zapewniali o odpowiednich poziomach głośności. Dziś niestety nie wiemy, czy poziomy stosowane przez użytkowników urządzeń do odtwarzania muzyki są bezpieczne. Kiedy mówi pani do człowieka ze słuchawkami na uszach, to dopóki nie stanie mu pani przed oczami, on nie wie, że się do niego mówi. Totalnie zagłusza sobie otoczenie i odseparowuje się od dźwięków ulicy.

Czy większe możliwości urządzeń powodują większe zagrożenie dla słuchu, czy wręcz odwrotnie – pozwalają na lepszą prewencję?

Efekt jest zawsze związany z dawką, a dawka to jest natężenie razy czas. Nawet relatywnie krótkie czasy ekspozycji pokazywały, że używanie urządzeń typu mp3 powoduje – nazwijmy to – niższą wrażliwość słuchową, a tak naprawdę to niewielkie ubytki słuchu.

Jakie poziomy głośności są bezpieczne?

Badania pokazują, że bezpieczne są poziomy do siedemdziesięciu decybeli, czyli mowy głośnej. Natura zabezpieczyła jednak uszy w mechanizm obronny, tak zwany odruch strzemiączkowy. Polega on na tym, że jeżeli ośrodki słuchowe identyfikują sygnał jako bardzo głośny, wysyłają impuls do ucha środkowego. Zmienia się wtedy napięcie błony bębenkowej, kosteczki nie działają w osi optymalnego przenoszenia energii i zmniejsza się transmisja energii do ucha środkowego, które jest najwrażliwsze, i w którym rozpoczyna się cały proces słyszenia. Odruch strzemiączkowy pojawia się dla sygnałów siedemdziesięciu decybeli ponad próg. Ale to działa tylko w określonym i ograniczonym przedziale czasu.

Jak długo zabezpiecza nas odruch strzemiączkowy?

Żeby zaistniał, żeby informacja dotarła do ośrodków słuchowych mózgu, a następnie ośrodki stwierdziły, że natężenie dźwięku jest zbyt wysokie, i wysłały informację do ucha środkowego, potrzeba dwustu milisekund. Badania pokazują, że jeśli porównamy skutki ekspozycji na hałas przerywany ze skutkami hałasu ciągłego w takiej samej dawce, to ubytki będą mniejsze w pierwszym przypadku.

W jaki sposób dochodzi do uszkodzeń słuchu?

Uszkodzenie słuchu następuje dwiema drogami. Jedna to uszkodzenie mechaniczne, na przykład perforacja błony, zniszczenie ciągłości łańcucha, wywichnięcie kosteczek słuchowych. Może wystąpić w przypadku wybuchu petardy czy poduszki powietrznej w samochodzie, kiedy poziom natężenia dźwięku przekracza sto trzydzieści decybeli. To jest tak zwany hałas impulsowy, który jest szczególnie niebezpieczny, bo charakteryzuje go nagły wzrost ciśnienia i szybki spadek. Po nim następuje jeszcze tak zwane ciśnienie ujemne (po wtłoczeniu błony ciśnienie później ją wyciąga), i dlatego dochodzi często do przerwania błony bębenkowej czy mechanicznego uszkodzenia komórek rzęsatych. Tego typu uszkodzenia są w znacznym stopniu odwracalne, z czasem słuch może wrócić do normy lub zbliżyć się do stanu pierwotnego. Drugi typ uszkodzeń następuje na drodze metabolicznej. Komórki rzęsate nie są bezpośrednio unaczynione, ale są odżywiane przez prążek naczyniowy. W ślimaku, a dokładnie w płynie – perylimfie – następuje wymiana metabolitów, czyli doprowadzenie produktów odżywczych i odbiór metabolitów. Gdy dochodzi do naczynioskurczu w wyniku hałasu, powstaje najpierw spadek ukrwienia, pojawiają się wolne rodniki (nie do końca wiadomo na jakiej drodze), które powodują powstanie stresu oksydacyjnego. Następuje cały szereg różnych procesów metabolicznych, i zaczyna dochodzić do anemizacji komórki i powolnego zamierania rzęsek. Potocznie mówimy, że komórka łysieje. Jeżeli nie ma czasu na odpoczynek, te komórki są stale niedożywione, a stres oksydacyjny ostatecznie powoduje uszkodzenia ich struktur, i umierają.

Jak rozumiem, nie tyle poziom hałasu, co dodatkowo czas przebywania w głośnym środowisku ma tu znaczenie…

Hałas o niższych poziomach, owszem, zmienia ukrwienie, ale powoduje jedynie czasowe podniesienie progu słuchu i po odpoczynku w ciszy nie ma po nim śladu. Jeżeli nie mamy czasu na odpoczynek i dostatecznie długiej przerwy między ekspozycją, wykańczamy swoje ucho. Kiedy idziemy na kolejną zmianę do pracy, to podniesienie progu słyszalności jest już dość znaczne i nie zdąży się wycofać i próg słuchu znowu nam się podnosi; a jeszcze po drodze mamy hałas uliczny. Niedokrwienie komórek rzęsatych się utrwala, anemizują się i zamierają. Ten typ metabolicznej utraty słuchu jest nieodwracalny, pracujemy na niego latami.

Potrzebujemy więcej ciszy…

Żeby wywołać wrażenie słuchowe, błona bębenkowa musi się wychylić co najmniej o połowę średnicy atomu wodoru, czyli bardzo mało. Ucho jest najczulsze w przedziale od 2500 do 5000 herców i potem gwałtownie traci tę czułość. Żeby wywołać wrażenie słuchowe w zakresie niskich częstotliwości, dźwięk musi być setki tysięcy razy bardziej intensywny niż w zakresie 4000 herców. W komorze bezechowej poziom natężenia dźwięku w zakresie najniższych częstotliwości dwa, trzy herce wynosi od czterdziestu do sześćdziesięciu decybeli, a więc mało. Słuch sobie odpoczywa, można usłyszeć własne tętno, trzaskające zastawki w tętnicach, ruch robaczkowy jelit.

Czyli dźwięczną ciszę…

Cisza to bardzo wieloznaczny termin. Tę absolutną mamy tylko w próżni, ale jest ona także wtedy, gdy to, co nas otacza, nie jest w stanie pobudzić naszego narządu słuchu (czyli wszystkie dźwięki poniżej progu słyszenia są ciszą). Ale jeśli pani próg słuchu jest na poziomie zdrowej osoby, to będzie pani słyszała to, co jest już niesłyszalne dla osoby pracującej w przemyśle. Ubytki rzędu pięćdziesięciu decybeli powodują, że taki człowiek słyszy muzykę, tylko ona ma inną barwę. I to jest problem muzyków, którzy podczas pracy eksponowani są na dźwięki (muzykę) często o poziomach znacznie powyżej stu decybeli. Muzyk orkiestrowy głuchnie i ma problemy z dostrojeniem się do orkiestry, bo pewnych niedostatecznie intensywnych tonów po prostu nie słyszy. Jeśli utracimy jakąś częstotliwość, to tak jakbyśmy założyli swoiste okulary przeciwsłoneczne. Muzycy z ubytkami słuchu mają często tego typu filtry częstotliwościowe.

Co wiemy o słuchu muzyków?

Badania słuchu u muzyków swego czasu przeprowadziła Wojewódzka Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna w Gdańsku, zaś w Łodzi zajmowała się tym tematem profesor Małgorzata Pawlaczyk-Łuszczyńska. Według niej wyniki badań i samoocena stanu słuchu muzyków orkiestrowych wskazują na konieczność objęcia tej grupy zawodowej programem ochrony słuchu, dostosowanym do specyfiki ich pracy. Ale z muzykami jest ten kłopot, że oni nie chcą się poddawać badaniom, bo jeśli wyniki nie będą pozytywne, to musieliby zmienić profesję…

Jak w zawodzie muzyka chronić słuch?

Z pewnością należy unikać zbędnej ekspozycji na hałas w środowisku pozazawodowym oraz stosować środki ochrony słuchu specjalnie zaprojektowane dla muzyków.

Kiedy dźwięk staje się hałasem?

Mowa, muzyka i to, co rozumiemy jako hałas, są zbudowane z tej samej materii – fizycznie to jest to samo. Miernik poziomu dźwięku nie rozróżnia takich kategorii estetycznych. Z definicji hałasem jest każdy dźwięk, którego nie akceptujemy lub który jest szkodliwy. Zatem i muzyka może być hałasem, jeśli w danym momencie nie chcemy jej słuchać, na przykład podczas prowadzenia rozmowy, uczenia się czy pracy koncepcyjnej. Muzyka jest zbiorem na swój sposób uszeregowanych dźwięków. Natomiast mówiąc o hałasie, powszechnie myślimy o całym paśmie dźwięków przypadkowo tworzących dany sygnał, jak warkot maszyn czy odgłos samochodów. Ocena sygnału akustycznego jest to kwestia indywidualnej oceny w danej sytuacji, a często i emocji. Różne sygnały mamy w pamięci komórki, ale nie każdy jest warty uwagi. Narząd słuchu zawsze rozpoznaje nie tylko intensywność, ale i informacje jakie niesie sygnał akustyczny. Jeśli nie reagujemy na dźwięk, to nie znaczy, że go nie słyszymy. Informacja neutralna, nawet dobrze słyszana, nie wywołuje reakcji, ale słaby sygnał, jak odgłos latającego komara, mówi nam, że zaraz nas ukąsi. Wolfgang Babisch z Berliner Institut für Wasser-, Boden- und Lufthygiene wykazał, że nawet gdy śpimy, zachowujemy reakcje atawistyczne organizmu. Jeżeli podczas snu zabrzmi odpowiednio wysoki dźwięk, wydziela się kortyzol, podnosi się ciśnienie krwi. Działamy jak człowiek, który żył tysiąc lat temu.

Nasze środowisko dźwiękowe zmieniło się jednak w stosunku do dawnych czasów.

W czasach antycznych siedemdziesiąt procent dźwięków pochodziło z natury. Badania mówią, że było ciszej, bo nie mieliśmy przemysłu i samochodów. Wówczas mniej więcej jedną czwartą dźwięku produkowali ludzie, a pięć, sześć procent stanowiły odgłosy techniki. W tej chwili mamy siedemdziesiąt procent techniki, ludzie dalej wytwarzają te dwadzieścia pięć procent odgłosów, a natura pracuje w swoim trybie, ale jest zagłuszana i dostarcza nam zaledwie pięć, sześć procent sygnałów.

Tęsknimy za szumem morza, ale mamy pewne obawy w stosunku do oddziaływania na nasz organizm turbin wiatrowych. Czy szum jest szkodliwy? I skąd te różnice w naszej percepcji?

Tak naprawdę nie wiemy, dlaczego nie lubimy na przykład dźwięku styropianu pocieranego o szybę. Są dźwięki uniwersalne, których nikt nie lubi. W zależności od źródła dźwięk jest bardziej lub mniej męczący. Dźwięki naturalne są mniej męczące niż dźwięki kolejowe o tym samym natężeniu, te zaś są mniej męczące niż hałas drogowy, który z kolei mniej męczy od samolotowego – przy tych samych poziomach! Za ten efekt przyjemności prawdopodobnie odpowiedzialne jest to, co zostało zapisane w naszej świadomości czy raczej podświadomości.

Jak podnieść świadomość na temat audiosfery? Czy wprowadzenie aspektów ekologii akustycznej w szkołach byłoby dobrym rozwiązaniem?

Mądrość ludowa nam mówi, że „czego się Jaś nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał”. Trzeba więc uczyć Jasia. Aby zmniejszyć hałas, powinniśmy uwzględniać w planowaniu przestrzennym jego źródła, bo hałas nie zna granic. Pierwsze tego typu plany powstawały już w starożytnej Grecji. Sybaryci nie pozwalali, aby głośne warsztaty były zlokalizowane w pobliżu ich mieszkań, wyrzucili je poza miasto. To było pierwsze myślenie akustyczno-przestrzenne. My od tego nie uciekniemy, życie pokazuje, że z hałasem inaczej nie wygramy. Powinniśmy wyprowadzić samochody z miast lub zmniejszyć ich prędkość – to jest najprostszy sposób. Progi zwalniające z powodzeniem działają na tej zasadzie.

Co jest obecnie najpilniejszym zadaniem do rozwiązania w kwestii środowiska akustycznego pracy i naszej codziennej egzystencji?

Słyszałam kiedyś, że dobry sąsiad zachowuje swój hałas dla siebie. Więc dzielmy się wszystkim, tylko nie hałasem. Musimy się nauczyć żyć w gromadzie. Sybaryci umieli zaplanować swoje otoczenie. Justynian zabronił wjazdu wozów konnych w godzinach nocnych. Królowa Elżbieta I zabroniła bić dzieci, żony i służących po godzinie dziewiątej – nie z chęci ochrony tych osób, ale by krzyki nie zakłócały spokoju i snu sąsiadom. Powinniśmy uczyć się przestrzegania granic przestrzeni prywatnej. Powinniśmy uczyć dzieci szacunku do innych, do tego, że nie należy krzyczeć, bo przemęczony hałasem kierowca autobusu może spowodować wypadek, a sąsiadkę może boleć głowa. Głuchoniema Helen Keller powiedziała kiedyś, że „ślepota izoluje nas od rzeczy, głuchota izoluje zaś od ludzi”. Pamiętajmy, że uszy nie mają powiek i musimy o nie dbać.

 

Krystyna Pawlas, prof. dr hab. n. med., kierownik Katedry i Zakładu Higieny Uniwersytetu Medycznego im. Piastów Śląskich we Wrocławiu oraz kierownik Pracowni Audiologii i Hałasu w Instytucie Medycyny Pracy i Zdrowia Środowiskowego w Sosnowcu.

 

Nr 07/2019