Huk, hurgot, w zasadzie suchy trzask towarzyszący każdej wbijanej literze. Łomot maszyny do pisania jest ciekawym tłem dla powstawania tekstu o środowisku dźwiękowym. Potraktujmy to jak jedno z schaferowskich ćwiczeń z czyszczenia uszu (Ear Cleaning)1… Wyobraźmy sobie artykuł w piśmie muzycznym jako coś brzmiącego, spróbujmy w umyśle prześledzić wszystkie dźwięki, które musiały się wydarzyć, żeby można było czytać te słowa. Na tym w zasadzie polega ekologia dźwięku: to świadomość, że każda akcja pociąga za sobą brzmienia, a każde brzmienie jest częścią większego procesu. To muzyka i muzyczne myślenie wyrwane z sali prób czy sali koncertowej i rzucone na pastwę rzeczywistości.

Uważam R. Murraya Schafera za najważniejszego radykała w historii muzyki właśnie dlatego, że nie bał się zatracić w otaczającym nas dźwiękowym bogactwie, miał odwagę nazwać je w całości muzyką. Dał impuls do zupełnego zakwestionowania granic między muzyką i nie-muzyką, tworząc grunt pod współpracę między środowiskiem muzycznym i grupami osób skupionych wokół dowolnej innej sprawy czy idei. Na poziomie osobistej praktyki otwarcie umysłu na kosmos brzmień pejzażu dźwiękowego może być przygodą, która bezpowrotnie poszerzy horyzonty muzycznej wrażliwości. Na poziomie społecznym ekologia dźwięku obala podział na muzyczne „my” i pozamuzyczne „oni”. Tym samym kompozytorka może postrzegać siebie jako osobę kompetentną w szerokiej dziedzinie umieszczania odpowiednich dźwięków w danym kontekście i nadawania im znaczeń. Muzykolog z kolei może rozwijać swój warsztat w kierunku analizy i interpretacji dowolnych sytuacji brzmieniowych. Nasze życie codzienne wypełnia masa lepiej i gorzej zaprojektowanych odgłosów i sygnałów dźwiękowych – czasem jeden odpowiednio usytuowany dźwięk jak ładnie brzmiący zegar z kukułką albo gong wzywający pracowników gospodarstwa ekologicznego na obiad, ogromnie wpływa na atmosferę danego miejsca. Dbałość o jakość i różnorodność tych brzmień (projektowanie akustyczne) jest niewątpliwie komponowaniem życia codziennego.

Podobnie muzyczną czynnością jest samo słuchanie. Klasyczna edukacja muzyczna w szkołach ogranicza się przeważnie do rozpoznawania i zapamiętywania zależności dźwięków harmonicznych ograniczonych rygorami stroju równomiernie temperowanego. Ekologia dźwięku stawia sobie za zadanie otworzenie uszu osób zainteresowanych słuchaniem na wszystkie pozostałe odgłosy. Brzmienia natury od zarania dziejów inspirowały wyobraźnię muzyczną, bulgoty wody towarzyszą nam od życia prenatalnego, dźwięki cywilizacji stanowią na co dzień niebagatelne wyzwanie dla naszych zmysłów. Wieczór spędzony na kontemplacji odgłosów otoczenia na ławce w parku może być nie mniej fascynującą przygodą od wizyty w filharmonii czy klubie muzycznym. W dowolnym miejscu i czasie można się poczuć jak na koncercie, zatrzymać się na kilka, kilkanaście minut i wsłuchać w dobiegające do nas brzmienia, rozpoznać instrumenty, zidentyfikować muzyków, spróbować odnaleźć w pejzażu dźwiękowym pewien głębszy sens. Nikt nie ma monopolu na ekologię dźwięku i wszyscy mogą po swojemu prowadzić w tej dziedzinie poszukiwania.

Warto spróbować nie tylko w pojedynkę, lecz także w grupie wybrać się na spacer dźwiękowy (soundwalk)2 – przechadzkę specjalnie zakomponowaną trasą, której często towarzyszą krótkie wprowadzenie i rozmowa o dźwiękach otoczenia. Podczas podobnego spotkania w parku przy Domu Urodzenia Fryderyka Chopina w Żelazowej Woli wraz z grupą nauczycieli odbyliśmy bardzo ciekawą dyskusję o tym, że osobom borykającym się z trudnościami z głosem należałoby systemowo umożliwić prowadzenie zajęć w sali lekcyjnej o najbardziej przyjaznej akustyce, której okna wychodziłyby na ciche podwórze zamiast na (z reguły głośniejszą) ulicę. Na styku dwóch profesji, pod pretekstem muzyki, poszukiwaliśmy praktycznego rozwiązania palącego problemu, i dla obu stron było to odświeżające doświadczenie.

 

Terkotanie

 

Z terkotem wkręcam nową kartkę do maszyny, łomot liter brzmi trochę jak odgłosy strzelaniny, dzwoneczek obwieszczający koniec wiersza łudząco przypomina ten od mikrofalówki. Dzyń! Głucho dudni spacja rozdzielająca rytmiczne salwy czcionek. Dziennikarstwo straciło swój dźwiękowy pazur, odkąd wszyscy piszemy na bezszelestnych klawiaturach laptopów. Przypomina mi się ogłuszający trzask maszyn w redakcji „Washington Post” z filmu Wszyscy ludzie prezydenta – jak łomot wojennych bębnów. Czy takie huczące litery nie budziły przypadkiem większego respektu? Jak brzmiała redakcja „Ruchu Muzycznego” w latach siedemdziesiątych, a jak brzmi ona dzisiaj?

Zainteresowanie tematyką środowiska dźwiękowego nie tylko otwiera możliwości interdyscyplinarnej współpracy, lecz także pozwala głębiej niż kiedykolwiek przeżywać relację z otaczającymi nas brzmieniami. Każdy dobiegający do naszych uszu odgłos niesie ze sobą pewną treść. Jeśli zza ściany w bloku dociera do nas stukot maszyny do pisania, możliwych interpretacji i reakcji emocjonalnych jest nieskończenie wiele. Produkując dowolny dźwięk i włączając go w obręb współdzielonej z innymi istotami przestrzeni akustycznej, powinniśmy być świadomi, że jest on przez nie percypowany i że w pewnej mierze wywieramy w ten sposób wpływ na innych. Świat jawi się nam jako nieskończenie wielka sala koncertowa, wypełniona po brzegi hałaśliwą publicznością, w której nie ma dźwięków nieistotnych, każdy coś znaczy, niesie określone przesłanie. Takie słyszenie pogłębia przeżywanie rzeczywistości, poszerza naszą relację z otoczeniem.

Ekologia akustyczna może być metodą badawczą albo inspiracją do działań artystycznych, ale w pewnym momencie staje się też praktyką życia codziennego. Wszystkie brzmienia budzą w nas silne reakcje emocjonalne i intelektualne. Zaczynamy przeczuwać związki między różnymi dźwiękami, kategoryzować je, łączyć w zbiory. Kształtujemy wyobrażenie o ich występowaniu w czasie, regularności powtórzeń, uporządkowaniu w rytmie pór dnia, dni tygodnia, miesięcy, pór roku. Mimowolnie szkicujemy w umyśle osobiste mapy dźwiękowe, łącząc powtarzające się brzmienia z określonymi lokalizacjami: śpiew ptaków tu, hałas komunikacyjny gdzie indziej, z tego okna czasem słychać, jak ktoś gra na wiolonczeli, tam jest echo, huczy wentylator, biją dzwony, gwiżdże czajnik, trzask maszyny do pisania (tu i teraz). Do pewnego stopnia wszyscy piszemy w wyobraźni partytury pejzażu dźwiękowego.

W ten sposób wyłania się nasz dźwiękowy światopogląd. Słyszymy, jak jest, przyzwyczajamy się, spodziewamy się w określonym miejscu i czasie napotkać znane brzmienia, jak również zakładamy, że w danych okolicznościach pewne odgłosy nie powinny zaistnieć. Przy czym nasze wyobrażenie o pejzażu dźwiękowym nie zawsze pokrywa się z tym, co faktycznie słyszymy. Wybierając się na relaksacyjną przechadzkę po parku, możemy być zaskoczeni brzmieniami organizowanej w nim imprezy masowej, w nocy w ścisłym centrum Warszawy nie spodziewamy się usłyszeć śpiewu słowików, a w trakcie uroczystego zgromadzenia czujemy dyskomfort, słysząc brzęczenie czyjegoś telefonu komórkowego.

Okazuje się, że nie tylko wyczuliliśmy się na dźwięki, które są, ale ukształtowaliśmy sobie pogląd na to, jakie te dźwięki powinny być. Ekologiczne nastawienie do dźwięku jest tendencją, którą zaobserwować można coraz częściej w najrozmaitszych kontekstach – w sztuce współczesnej, architekturze, edukacji, w różnych dziedzinach nauki, wreszcie w samej muzyce – te intuicje nie muszą być wcale wspomagane koncepcjami ekologów akustycznych. Wydaje się, że coraz więcej osób dostrzega znaczenie zmysłu słuchu i informacji, które możemy za jego pośrednictwem uzyskać na temat otaczającego nas świata.

 

Ziuuum!

 

Jeśli jak futurysta Luigi Russolo, którym inspirował się Schafer3, wyobrazimy sobie źródła dźwięku jako instrumenty, to pisanie-gra na tej konkretnej maszynie-instrumencie jest dla mnie osobiście przede wszystkim podróżą sentymentalną w czasy dzieciństwa, gdy z babcinego pokoju dobiegały serie trzasków tej samej maszyny do pisania, porozdzielane głuchymi tąpnięciami spacji i od czasu do czasu brzękiem dzwoneczka, po którym niezawodnie następowało charakterystyczne „ziuuum!” – mechaniczne westchnienie przewijanego wiersza. Kto wie, może u kogoś spośród moich sąsiadów w bloku to stukanie maszyny dobiegające zza ściany wywołuje jakieś inne wspomnienie. Dawno niesłyszany dźwięk jest przecież zdolny wzbudzać równie silne emocje co piosenka z dzieciństwa.

Aktualnie możemy zaobserwować prawdziwy boom na wszelkiego rodzaju studia nad dźwiękiem. Każdego roku powstają nowe publikacje poświęcone tej tematyce, prowadzone są liczne przedsięwzięcia łączące zacięcie naukowe z podejściem edukacyjnym czy artystycznym, wspierane coraz chętniej przez publiczne instytucje. Tyle że nie o zadrukowywanie papieru tu chodzi ani o granty na projekty czy o tworzenie nieskończonych archiwów nagrań środowiska dźwiękowego. Wobec globalnej katastrofy klimatycznej ekologia akustyczna jawi się raczej jako szansa na włączenie tysiącletnich tradycji muzycznych tak zwanego Zachodu w walkę o przetrwanie ludzkości, jaką znamy.

Zachwytu nad śpiewem ptaków nie można oddzielić od problemu ich spadającej populacji w Europie; poziom hałasu komunikacyjnego w miastach bezpośrednio wiąże się z emisją gazów cieplarnianych do atmosfery. Działania na rzecz ograniczenia ruchu samochodowego oraz inwestycje w rozwój komunikacji publicznej to, oprócz walki z miejskim smogiem i spowodowanym przez działalność człowieka ociepleniem klimatu, również krok w kierunku zmniejszenia zanieczyszczenia środowiska akustycznego. Przyrodnicy, którzy apelują w ostatnim czasie o zaprzestanie koszenia miejskich trawników, by w ten sposób wspierać bioróżnorodność, zasługują na gorące wsparcie środowiska muzycznego – toż to wspaniały projekt dźwiękowy! Zastąpmy uciążliwy hałas kosiarek kolorowymi łąkami pełnymi cykania świerszczy i bzyczenia owadów! Tymczasem w naszych pismach muzycznych słowo „romantyzm” wciąż pada tysiąc razy częściej niż „antropocen”. Ruch wywodzący się od Schafera jest właśnie impulsem, który podważa zasadność tego muzycznego izolacjonizmu. Jeśli mamy jakieś wyobrażenie, jak ten świat powinien brzmieć, jesteśmy o krok od podjęcia rzeczywistych działań. Powinniśmy sobie uświadomić, że każda akcja zmierzająca do zatrzymania katastrofy klimatycznej i demokratyzacji życia społecznego to też walka o naprawę środowiska dźwiękowego.

Dźwięk jest zwierciadłem relacji społecznych i stosunków władzy. Słuchając, dowiadujemy się o świecie tego, czego często nie widać na pierwszy rzut oka. To właśnie nagrania dźwięku od lat trzęsą polską polityką, a mikrofony, bębny i wuwuzele są narzędziami walki politycznej podczas ulicznych demonstracji. Różnicę między rolnictwem ekologicznym a logiką gospodarstw, w których stosuje się wszelkie dostępne środki chemiczne, najlepiej oddaje martwa cisza zalegająca w miejscach konwencjonalnych upraw – kompletna nieobecność owadów, ptaków czy płazów. Czy myślimy o tym, że kiedy wybieramy żywność ekologiczną, wpływamy korzystnie na środowisko dźwiękowe? Nasze wybory od politycznych po konsumenckie są przesiąknięte dźwiękiem. Schaferowsko (totalnie) rozumiana muzyka na każdym kroku styka się z wyzwaniami życia codziennego. Jeśli ekologia akustyczna chce coś zburzyć, to tylko niewidzialną barierę, jaką sami muzycy ustanowili między swoją dziedziną a resztą świata.

Przełamywanie tej bariery może przybrać różnorakie formy, a najdrobniejszy moment wsłuchania w środowisko dźwiękowe jest już krokiem we właściwym kierunku. W 2016 roku w międzynarodowym gronie badaliśmy brzmienia warszawskich demonstracji i przysłuchiwaliśmy się pejzażowi odbywającego się w lipcu szczytu NATO. Dostrzegliśmy, że aktywiści i organizatorzy publicznych zgromadzeń często nie dysponują wiedzą i narzędziami, aby skutecznie udźwiękowić uliczne protesty. Poszukiwaliśmy takich metod nagłośnienia demonstracji, które angażowałoby bezpośrednio ich szeregowych uczestników między innymi poprzez wykorzystanie przenośnych odbiorników radiowych. Nasze wnioski zebraliśmy w rozdawanej później książeczce Warsound|Warszawa4.

Z zupełnie odmiennej perspektywy podchodzimy do środowiska dźwiękowego, gdy uświadamiamy sobie, że jego użytkownikami są nie tylko ludzie, lecz także cały świat ożywiony (od dekad zwraca na to uwagę świata akademickiego biolog i ekolog dźwięku Bernie Krause5). Nocami w samym centrum miejskiej dżungli pod Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie można przykładowo na przełomie maja i czerwca usłyszeć uderzająco głośny śpiew słowików – 6 czerwca 2019 roku artystka Diana Lelonek zaprosiła mieszkańców stolicy na koncert w ich wykonaniu przy stacji metra Centrum. Noc była jednak wyjątkowo ciepła i ptaki milczały. Sporo po północy, gdy najwytrwalsi melomani byli już gotowi się rozejść, niespodziewanie rozpoczął się wyczekiwany koncert. Głośne słowicze trele zdominowały pejzaż dźwiękowy centrum Warszawy, wprawiając w zachwyt przypadkowych przechodniów i uczestników wydarzenia, a przede wszystkim rozpalając na krótki moment nadzieję, że w trudnej jeszcze do wyobrażenia przyszłości ludzkość nauczy się żyć w równowadze i szacunku z innymi gatunkami zamieszkującymi naszą wspólną planetę.

 

Kliknięcie

 

Maszyna rozklekotała się niemiłosiernie przy tej wyliczance rozmaitych aktywności, które bliskie są ideałom przyświecającym pół wieku temu Schaferowi i jego współpracownikom z World Soundscape Project6. Łomot liter rozbrzmiewa jakoś donośniej wobec odgłosów zapadającego wieczoru. Za otwartym oknem ucichły dzieci i psy, krzyczą już tylko kołujące nad osiedlem jeżyki. Dzwoneczek, przewinięcie wiersza, pomruk nieodległej ulicy, zapada noc.

Staram się teraz pisać ciszej, wbijać litery z mniejszym trzaskiem, w większym skupieniu ważyć każde słowo. Uderzać w dynamice piano, tak aby znaki delikatnie tylko odcisnęły się na papierze. Myślę, że kiedyś takie nocne pisanie musiało być zmorą sąsiadów i domowników. Tekst nadal jest czytelny, ale brak mu energii i zdecydowania poprzedniego akapitu. Te słowa zdają mi się o niebo czulsze od tych powyżej, miększe, łagodniejsze, jakby pisane szeptem. Dochodzi północ, w jednym z sąsiednich mieszkań jest zegar, który głośno wybija godziny. Nocą jego bicie słychać jakby spod ziemi – jak w tanim horrorze – dwanaście miarowych uderzeń. Mimo wszelkich starań czuję się z grą mojej maszyny intruzem w pejzażu dźwiękowym uśpionego bloku. Po długiej pauzie decyduję się wreszcie wstukać w papier końcowe zdania.

Ciekawią mnie brzmienia, które nastąpią po postawieniu ostatniej kropki: owadzie klekotanie klawiatury laptopa przy przepisywaniu tekstu na komputer, cichutkie wycie drukarki i szum wypluwanego przez nią papieru, syczenie długopisu w chwili wprowadzania odręcznych skreśleń i poprawek, wreszcie ledwo słyszalne kliknięcie touchpada przy wysyłaniu do redakcji maila z załączonym artykułem. A to zaledwie pierwsze takty barwnego kolażu klawiatur, myszek, drukarek, maszyn drukarskich, ciężarówek, muzaka wypełniającego salony prasowe i nieskończoności innych brzmień, które poprzedzają ten charakterystyczny szelest przewracanych stron towarzyszący lekturze. Słuchaj teraz.

 

1    Por. R. M. Schafer, Poznaj dźwięk: 100 ćwiczeń w słuchaniu i tworzeniu dźwięków, tłum. R. Augustyn, Poznań 1995.

2    H. Westerkamp, Spacery dźwiękowe, przeł. K. Kijowska, „Glissando” 2015, nr 26, s. 24–29.

3    Por. L. Russolo, Sztuka hałasów: Manifest Futurystyczny, przeł. M. Matuszkiewicz w: Kultura dźwięku. Teksty o muzyce nowoczesnej, red. Ch. Cox, D. Warner, Gdańsk 2010, s. 32–37.

4    D. Jourabchi, T. ter Weel, E. Jarząb, D. Batycka, K. Marciniak, Warsound|Warszawa, Warszawa 2016.

5    Por. B. Krause, Człowiek w orkiestrze świata. W poszukiwaniu źródeł muzyki, przeł. K. Kijowska, M. Bogdańska, „Glissando” 2015, nr 26, s. 46–51.

6    M. Kapelański, Mała historia ekologii akustycznej (1967–2005), https://kapelanski.net/s/Maa-historia-ekologii-dwikowej.pdf.

 

#Autor jest redaktorem magazynu „Glissando”

 

Nr 07/2019