Grudzień 2002 roku. Po nagraniu kolejnego odcinka „Rozmów na nowy wiek” – o Don Giovannim Mozarta w reżyserii Mariusza Trelińskiego – uczestniczący w audycji Michał Bristiger pyta o mnie współprowadzącego program Piotra Mucharskiego. Od prawie trzech lat moje teksty ukazują się w „Tygodniku Powszechnym”, więc jeden z największych umysłów polskiego świata muzycznego chce się dowiedzieć, kim jestem. Dlatego kiedy kilkanaście dni później wśród szczęśliwców, którzy dostali się na trzecią próbę generalną Burzy Szekspira w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego do TR Warszawa, zobaczyłem profesora Michała Bristigera, nie namyślając się długo podszedłem i przedstawiłem się. „Ach, to pan, myślałem, że jest pan dużo starszy” – usłyszałem w odpowiedzi. „Może spotkamy się, kiedy następnym razem będzie pan w Warszawie. Wybieram się na styczniowe spektakle Don Giovanniego, pan pewnie też”. „Oczywiście”. „To proszę mnie szukać w przerwie, umówimy się na spotkanie”.

Znaleźliśmy się. Okazało się, że byliśmy w niewielkim gronie stałych bywalców tej inscenizacji, która cały czas kryje przed nami jakieś tajemnice. „Może odwiedzi nas pan jutro, porozmawiamy o pańskiej recenzji, mam kilka pytań”. Przyszedłem, pytań było więcej niż kilka, spotkanie trwało kilka godzin. Jednego, czego żałuję, to mapki, jaką profesor Bristiger narysował mi na teatralnym zaproszeniu w przerwie Don Giovanniego. Zatrzymywałem się wówczas zwykle u znajomych na Hożej; dziś wiem, że do Bristigerów na Armii Ludowej miałem jakieś dziesięć minut spacerem, ale z mapy wynikało, że potrzebuję co najmniej pół godziny. Wyszedłem czterdzieści pięć minut przed czasem, ze dwa kwadranse spacerowałem na mrozie pod blokiem, bo trasa była dziwnie prostsza niż ta, którą miałem na rysunku.

Kiedy wychodziłem, Prof swoim zwyczajem wyszedł przed drzwi mieszkania i z zaciekawieniem i wnikliwością przyglądał się, machając ręką na pożegnanie. To był rytuał, który poznali chyba wszyscy, którzy choć raz odwiedzili Go w mieszkaniu nad trasą Łazienkowską. Jakby kolejnego spotkania w przyszłości mogło nie być (ile wcześniej przeżył rozstań bez pożegnań?), więc tym intensywniej trzeba być ze sobą w teraźniejszości. Jakby trzeba było sobie powiedzieć – i powtórzyć – za Goethem: „Adieu, adieu”…

 

 

• •

 

Prof. Tak na niego i do niego mówiliśmy – my, którzy spotykaliśmy się na formalnych-nieformalnych seminariach w warszawskim mieszkaniu Bristigerów. Wąskie, wybrane przez niego grono studentów muzykologii z Warszawy, Poznania, Krakowa, rozszerzane nieraz o profesorów z Włoch, Niemiec, Stanów Zjednoczonych. Każdy mógł przygotować referat na wybrany przez siebie temat, każdy był w tej sytuacji tak samo ważny. Był szczególnie otwarty na młodych, uważnie ich słuchał, zadawał pytania, prowokował do dyskusji. Chyba to bardzo lubił, bo spotkania nie były sporadyczne – tak oficjalne, jak te domowe. Znajdował na to wszystko czas, choć sam wciąż nad czymś pracował. Tłumaczył rozprawy i książki, pisał referaty, teksty do programów, eseje, omówienia (dla Opery Narodowej, „Zeszytów Literackich”, Polskiego Radia), artykuły do zakładanych przez siebie czasopism.

Gdy go poznałem, miał osiemdziesiąt jeden lat, fantastyczne osiągnięcia naukowe (dopiero jakiś czas potem dowiedziałem się, że poza muzykologią studiował także grę na fortepianie i medycynę), wydawnicze (czasopismo „Res Facta”, potem jako „Res Facta Nova”, „Bibliotekę «Res Facta»”, polsko-włoskie „Pagine”, pierwsze kroki internetowego czasopisma „De Musica”, w planach internetowe zeszyty „Judaica”), środowiskowe. Był autorytetem – niekwestionowanym! – choć pierwszej „dobrej zmianie” w 2005 roku udało się usunąć z powierzchni eteru jego głos w radiowej Dwójce (zapewne „za nazwisko”). A był już wówczas emerytowanym profesorem Instytutu Sztuki PAN, doktorem honoris causa uniwersytetu w Palermo, wykładowcą uczelni polskich i włoskich… Długo by wymieniać.

Nie bez namawiania przyjął propozycję pisania cyklu dla „Dwutygodnika” na początku jego istnienia, ale chyba ujął go temat-hasło: „Formy Chopina dla Jasia” – czyli próba wyjaśnienia fenomenu Chopinowskich form jakby dla dziecka, prosto i bezpośrednio. Niewielu by się odważyło – on tak. Zaangażował się też w nową formułę „Ruchu Muzycznego”, oddając nam do druku cykl „Transkrypcje”, w którym niejednokrotnie trafiał w sam środek problemów obecności muzyki w życiu społecznym. Jak pisał Lektor – Tomasz Fiałkowski – w „Tygodniku Powszechnym” po publikacji książki pod tym samym tytułem (Transkrypcje. Pisma i przekłady) w 2010 roku: „Transkrypcje są kolażem tekstów eseistycznych tworzącym wypowiedź osobistą, budującym most pomiędzy muzyką a egzystencją, historią i życiem społecznym”.

Tak, Michał Bristiger chciał, aby takich mostów i połączeń było jak najwięcej. Przecież jego habilitacja – jedna z najważniejszych książek muzykologicznych XX wieku – nosiła tytuł Związki muzyki ze słowem. Z zagadnień analizy muzycznej i próbowała nazwać to, co wymyka się definicji, co chce pozostać nienazwane, choć łączy się od dawien dawna. Kiedy ta praca ukazywała się w postaci książkowej – w serii „Biblioteki «Res Facta»” – nie mogłem śledzić jej recepcji, ale myślę, że w 1986 roku polski świat muzyczny (i nie tylko muzyczny) interesował się czymś zupełnie innym. Warto wrócić do tej książki, łączącej na najwyższym z możliwych poziomów problematykę muzyczną, muzykologiczną, filologiczną, językoznawczą, akustyczną. Teoretyczną i praktyczną. Filozoficzną. I oczywiście: artystyczną.

 

 

• •

 

Miał nadzwyczajne poczucie humoru – pokłosie ponadprzeciętnej inteligencji, niezwykłej bystrości umysłu, dystansu wyniesionego z niecodziennych doświadczeń. Kiedy po raz kolejny latem 2005 roku przyjechaliśmy z Mariuszem Trelińskim – za pierwszej kadencji jego dyrekcji w TW-ON – na rozmowę o repertuarze i planach, Prof z sobie tylko znaną lekkością powiedział: „to ja jestem taka call girl?”. I uśmiechnął się od ucha do ucha, jak miał w zwyczaju, kiedy rzeczywistość zaskakiwała Go, a On wciąż jej za to nie winił. Innym razem, po premierze Rusałki w mojej reżyserii w Teatrze Wielkim w Łodzi – na której krytyka nie zostawiła suchej nitki – siedziałem przed Profem, nic nie mówiłem, bo i po co (poza tym usłyszałem od niego: „to już jesteś reżyserem”). On trzymał w ręku jedną z gazet z recenzją, trzymał, trzymał i nagle powiedział ze swadą: „to ch..”.

Jeszcze, kiedy pracowaliśmy nad wydaniem Transkrypcji (miałem szczęście przeprowadzać kwerendę, przepisywać teksty i je redagować), nie mogłem doprosić się jednego pliku. Prof pozwolił mi usiąść przy swoim komputerze: czego tam nie było! Wygląd pulpitu komputera pozwala dzielić ludzi na takich, którzy trzymają wszystko w osobnych folderach i podfolderach (inaczej mówiąc: w porządku) oraz takich, którzy wszystkie nowe pliki zapisują na pulpicie, a on wygląda jak wysypane z pudełka puzzle. Ten pulpit wyglądał, jakby to była kilkusetelementowa układanka drobnych kawałków, na dodatek wymieszana z kilku rozmaitych kompletów. „Kiedyś – powiedział Prof, dostrzegając moje zdziwienie – był tutaj Outlook, potem był jego kuzyn, Skrót do Outlook, teraz nie ma ani jednego, ani drugiego. Pewnie znów Mimiszka [jeden z kotów Bristigerów – przyp. TC] przeszła przez klawiaturę”.

Nie zapomnę też dwóch wakacyjnych wizyt. Prof od kilku dni był sam, zaproponował kawę, usiedliśmy z moją żoną w salonie. Po dobrych kilku minutach weszliśmy do kuchni, Prof otwierał szafka po szafce, in tempo giusto, jak czasem mawiał. Wreszcie, dostrzegając, że jesteśmy, powiedział: „Grażyna zawsze przede mną gdzieś chowa filiżanki. Kalino, zrobisz nam kawę?”. Kilka dni później siedzieliśmy w salonie, rozmawialiśmy o krytyce muzycznej, na zewnątrz skwar, Prof w swetrze, bo w mieszkaniu Bristigerów latem panował zwykle przyjemny chłód. Weszła Grażyna, zapytała, czy nie zjedlibyśmy lodów, po chwili pudełko wylądowało na stole. „Misiu, co ty zrobiłeś?” – zapytała z, mimo wszystko, uśmiechem, choć i z lekkim przestrachem (Prof chorował na cukrzycę). Zapadła cisza. Spojrzałem na pudełko: pozornie wyglądało na nieotwarte, ale w wieku Prof zrobił niewielką dziurę, przez którą, jak się okazało, wyjadł całą zawartość. A teraz siedział z miną małego chłopca, który wie, że nabroił, ale wie też, że ta rozbrajająca mina jest w stanie powstrzymać każdą katastrofę.

 

 

• •

 

Myślałem czasem, chłonąć jego sposób bycia i radość tworzenia, jak to jest być synem Luny Brystygierowej? To zresztą paradoksalne i dziwne, że zmarł w roku premiery filmu Zaćma Leszka Bugajskiego i książki Krwawa Luna Patrycji Bukalskiej. „Uprzedzam: o mamę proszę nie pytać” – tak, od odpowiedzi, rozpoczynał się wywiad Teresy Torańskiej z Nim w książce Śmierć spóźnia się o minutę (opublikowany wcześniej pod tym samym tytułem w „Dużym Formacie”). „Poczekam”. „Nie warto”. „A o ojca można?”. „Umarł, jak miałem jedenaście lat”. „Był adwokatem, bardzo znanym we Lwowie…”. (Też usłyszałem kiedyś, nagrywając jedną z przeznaczonych do publikacji rozmów z Profem – między innymi o obecności muzyki w jego życiu – słowa: „jeśli zamierza mnie pan pytać o mamę, to skończymy rozmowę”. A za chwilę, niepytany, sam powiedział, że muzykę poznał właśnie dzięki mamie…).

Jak to więc jest? Właśnie tak. Każdym działaniem, tekstem, referatem, wykładem, dyskusją, spotkaniem, przyczyniać się do powiększenia przestrzeni dobra. I piękna. Po prostu. Bo przecież „dzieło artystyczne jest nie tylko darem, jest zadaniem”. Taki właśnie tytuł nosiła zasadnicza dla przestrzeni polskiej humanistyki (bo nie tylko muzykologii) rozmowa Profa z Małgorzatą Dziewulską, opublikowana w „Res Publice Novej” (przedrukowana w Transkrypcjach i w tym numerze #). Wywiad z Teresą Torańską był zasadniczy dla zrozumienia przeszłości; tego, co spotkało Michała Bristigera w czasie Zagłady, tego, jak – mimo granicznych przeżyć – można chcieć żyć. Dobrze żyć. Godnie. Szlachetnie. Uczciwie. Z dystansem, ale żarliwie. Na pierwszych stronach rozmowy Bristiger mówił Torańskiej: „Przez lata dziwiłem się, dlaczego nikt z moich przyjaciół i znajomych nigdy nie zapytał mnie, co robiłem w czasie wojny. Nie interesowało ich? A może nie potrafili odnaleźć słów, jakimi mogliby to pytanie wyrazić”.

Najpierw Lwów, potem Sokal (tam z samouczków Michał Bristiger uczył się języków: francuskiego, angielskiego i włoskiego), Złoczów (wstawił się za Żydem, więc musiał uciekać i schronił się w kościele), ponownie Lwów, dalej Kijów (odtąd z Dziewczyną, Adą), Stalino (dzisiejszy Donieck, gdzie para trafiła do pracy w szpitalu: „wynosiłem kubły i żołnierzy po amputacjach”, potem w laboratorium chemicznym), stamtąd, latem 1943, ucieczka do Włoch (w przebraniu włoskiego żołnierza) – najpierw do Tyrolu, potem do Bolonii (chciał do Mediolanu – „bo lubię La Scalę. Co się pani śmieje? Mówiłem prawdę, zawsze lubiłem operę. Dalej lubię” – ale przespali z Dziewczyną stację, a wcześniej z komendantem dworca odśpiewał arię Cavaradossiego z Toski). Tam, dzięki wizytówce otrzymanej w Stalino od jednego Polaka, spotkał między innymi koleżankę z klasy; i pracował: u wicewojewody, w instytucie ortopedycznym, w pralni szpitala uniwersyteckiego. Co najmniej dwukrotnie wyszedł cało z łapanki. Wreszcie: w kwietniu 1945 do Bolonii weszli alianci. Koszmar wojny się zakończył.

Michał Bristiger uciekał przed spóźniającą się o minutę śmiercią, ucząc się języków, czytając książki (prowadził dziennik lektur, z którego wiemy, że w ciągu tych lat przeczytał siedemset czterdzieści sześć książek; prowadził też dziennik przeżyć, ale spalił go po wojnie w Bolonii). Zaraz po wyzwoleniu postanowił kontynuować naukę gry na fortepianie („Muzyka pozwala na mierzenie się z sensem życia w jego jak najbardziej abstrakcyjnym wymiarze. Daje poczucie otwarcia się na nieskończoność. […] potrafi wyrwać człowieka z rozchwianej rzeczywistości i przenieść go w świat utopii, w którym emocje uporządkowane są w logiczne ciągi dźwiękowe” – komentował Torańskiej swoją decyzję). Poznał też Dawida Rudego, Żyda z Wilna, psychoanalityka, który „jak dał w mordę, to człowiek nie wstawał”, przez którego spalił wojenne zapiski. I który okazał się mężem Ady – Dziewczyny.

Koło przygód powoli się zamyka, scenariusz hollywoodzkiego filmu wojenno-przygodowego dobiega końca. Michał Bristiger w 1945 roku wrócił do Polski. Dla matki wiezie prezent: pisma Saint-Justina, „najostrzejszego faceta z rewolucji francuskiej. […] był za wprowadzeniem terroru jako najskuteczniejszej metody walki z wrogami rewolucji”. „Został stracony razem z Robespierre’em, miał dwadzieścia siedem lat”. „Ale wcześniej odbył się Konwent Narodowy i nie dopuszczono go do głosu. Pomyślałem, że moją mamę to zainteresuje”.

 

• •

 

„Nigdy pan nie kłamie?” – pytała kilkadziesiąt stron wcześniej Teresa Torańska, komentując jedną z opowieści ze Złoczowa. „Nie”. „Strzela prawdę w oczy?”. „Inaczej. Mówię: nie będziemy o tym rozmawiać. Albo wycofuję się z rozmowy i milczę”. Wreszcie: „Co chciałeś jej powiedzieć?”. „Komu?”. „Mamie”. „«Zostaw to»”. „Co?”. „Komunizm. Że to sensu nie ma”. „I…?”. „Nie powiedziałem. On był dla niej raison d’être”. Koniec rozmowy.

Wspominanie kogoś bliskiego, najbliższego, to najczęściej próba zatrzymania w pamięci, w wyobraźni, kawałka samego siebie. Kiedy umarła Teresa Torańska, zamówiłem u Profa tekst dla „Dwutygodnika”. Rozpoczął tak: „Chcemy u niej podpatrzeć, jak być prawdziwym w tym, co się robi i zarazem pełnym życia, którym się żyje. Nikt się tej lekcji na studium dziennikarskim nie nauczy, ponieważ to nie należy do kunsztu rzemiosła, które można nabyć, ale wymaga wrodzonego człowieczeństwa. I jeszcze zapału do odsłonięcia prawdy, najczęściej zakrytej, bez czego słowa tworzą jedynie stertę drewna, która się nie pali, ponieważ nie ma sposobu wzniecić w niej ognia”.

Kończył: „Wywiad jest chyba rodzajem fechtunku na słowa, a ona ten właśnie gatunek sobie wybrała: i trafiała raz po raz w rozmówcę, i zapalały się jak w fechtunku lampki, i Jej tryumf był widoczny. Że prawda wyjdzie sama na wierzch, myślała chyba zawsze, że o nią przecież chodzi. Dodawała w myślach:  «m n i e  o nią chodzi», innym razem  «n a m  chodzi o nią», ale tak czy tak, trofeów kosz zbierał się pełen”. I porównał do Oriany Fallaci: „Nie wiem, czy nasuwała się Jej ta myśl: «jestem polską Orianą», a Oriana Fallaci być może nie wiedziała, że jest włoską Teresą. Teresa i Oriana – wobec możnych tego świata jakże heroiczne swą prawdą, jakże prawe. Zawsze jakże prawdziwe. Na zawsze”. Rzadko zabierał głos w sprawach bieżących. Za rzadko. Nigdy też o tym nie rozmawialiśmy, ale myślę, że miał szczególne zadziwienie na ludzkie okrucieństwo. Na to, że człowiek – po Zagładzie – ciągle wyrządza innemu człowiekowi (w tym: sobie) zło.

 

 

• •

 

Czasem miałem poczucie, że obdarzył mnie przyjaźnią, której nie umiałem sprostać, że darzył mnie zaufaniem, które było na wyrost. Ale przez te ostatnie czternaście lat próbowałem chłonąć coś, co wydawało mi się najdziwniejsze i najpiękniejsze: zadziwienie. Zadziwienie małego chłopca, które pozwalało mu przejść przez największe burze z podniesioną głową. Które pozwalało mu ubiec śmierć. Które pozwalało mu być mędrcem, kimś na kształt żydowskiego rebe, który wie wszystko, zna przeszłość i teraźniejszość i przyszłość, ale który zmusza do znalezienia odpowiedzi na własną odpowiedzialność. In tempo giusto.

 

 

Nr 01/2017