Profesora poznałem w połowie lat dziewięćdziesiątych. Jako żywo wówczas zajęty wykonywaniem muzyki współczesnej dostałem się w orbitę jego działalności animatora najprzeróżniejszych artystycznych zdarzeń i zderzeń. Zakres zainteresowań Profesora i żywotność jego chęci znajdowania wciąż nowych relacji między czasami odległymi od siebie zjawiskami imponowały. Szukał związków, podobieństw, parareli. Z temperamentu nie jedynie naukowiec, muzykolog zafascynowany heurystyką, ale może zwłaszcza nieugięty hermeneutyk, artysta poszukujący wciąż nowych refleksów tego, co znane i uznane, a co z każdym dniem zmienia swoją postać na miarę przyszłości nieustannie odnajdującej się w teraźniejszości. Zmieniać powinno. Bo Profesora sprawy ustalone raz na zawsze nie interesowały. Z entuzjazmem szukał, pobudzał, intrygował. Dialektycznie i ontologicznie. To nie były efektowne skojarzenia błyskotliwego umysłu. To były wnikliwe analizy syntetyzujące dane tym sposobem fenomeny we frapujące i prowokujące zależności, wzajemne oddziaływania, nowe jakości.

 

 

• •

 

To było czternaście lat temu. Byłem wówczas po udziale w kilku projektach Profesora. Nurtował mnie pewien pomysł, który od dość długiego czasu był w moim życiu obecny, ale nie dawał się łatwo zrealizować. Nie umiałem znaleźć optymalnej dla niego formuły; brakowało danych, z których można byłoby skonstruować całość, która zamanifestowałaby się konkretnym artystycznym przedsięwzięciem. Tym razem postanowiłem zwrócić się do Profesora pierwszy. Nie czekając na jego kolejną propozycję współpracy, zadzwoniłem i poprosiłem o spotkanie w celu zaprezentowania mu tego, co dojrzewało we mnie wystarczająco długo. Profesor – jak zwykle ciekaw nowych idei, rozmów, dociekań – zareagował oczywiście ochoczo. Tym bardziej, że sam miał do mnie jakąś sprawę, z którą właśnie miał zadzwonić.

Biegłem do jego mieszkania podwójnie zainteresowany: czy będzie mógł mi pomóc w mojej sprawie i jaką ma do mnie. Nie miałem wątpliwości, że znów będzie to jakaś fascynująca przygoda, którą Profesor wyreżyseruje jak zwykle intrygująco. Siedzimy. Rozmawiamy. On: jak zwykle figluje, żartuje. Prowokuje. Dywaguje, rozważa. Podpuszcza. Sugeruje, drąży. Zadziwia. Ja: jak zwykle staram się nadążyć. Pies Gacek: powarkuje, panoszy się, widomie zazdrosny o swojego pana. Profesor to mistrz skojarzeniowego slalomu-giganta. Trzeba uważać, żeby sprostać jego musującemu esprit. Umie zaskoczyć. On to lubi! Wodzi mnie po zakamarkach swoich intuicji i refleksji.

Wreszcie wypalam: „Profesorze, coś trzeba zrobić z muzyką i postacią Andrzeja Czajkowskiego! Ci, co go pamiętają, ciągle o nim jako o pianiście: że taki utalentowany, że genialny, że taki nieortodoksyjny, że nonkonformista, prowokator i skandalista. Jeszcze Jan Weber opowiadał mi o nim cudeńka. Znał go ze starych warszawskich czasów. Profesorze, ale co z jego muzyką?! Trzeba to jakoś odszukać, wykonać, rozpropagować! Profesorze, jak nie pomoże Pan, to kto?!”. I nagle ku memu kompletnemu osłupieniu, okazuje się, że umówiliśmy się jak na randkę – w tym samym celu. Bo oto Profesor Michał Bristiger umyka ku swojej przepastnej bibliotece i wyławia z niej partyturę Trio Notturno op. 6 tegoż Czajkowskiego. „Panie Macieju, właśnie to miałem zaproponować: trzeba się nim zająć”.

Jakież to szczęście, że życie płata figle i takie; figle, które dają plon stukrotny. Późną jesienią 2003 roku z inicjatywy Profesora odbyły się w Poznaniu polskie prawykonania dwóch utworów Czajkowskiego, a wiosną następnego roku – podczas Festiwalu Muzycznego Polskiego Radia – jego muzykę Profesor włączył do programu, dając jej możliwość prezentacji na stołecznym forum i na wysoce elitarnej estradzie. Jakiś czas potem Anita Janowska (legendarna Halinka), której losy najprzedziwniej splotły się z życiem i losem Czajkowskiego, powiedziała mi, że po festiwalowym poświęconym twórczości Andrzeja Czajkowskiego koncercie, Profesor podszedł do niej i, podnosząc tryumfalnie ręce, wykrzyknął: „Zwyciężyliśmy!”.

 

 

• •

 

Co po Profesorze zostało? Nie moje pióro może wziąć na siebie odpowiedzialność za choćby próbę résumé. Podzielę się jedynie impresją, która objawiła mi się w momencie tyleż dowolnym, co najmniej spodziewanym. W dniu jego pogrzebu po prostu w pewnym momencie zobaczyłem jego oczy. A raczej: że na mnie patrzą. I co zobaczyłem? Oczy mędrca? Też. Oczy pytające? Oczy prowokujące? Oczy wyczekujące? Też. Ale to, co było w nich najistotniejsze i najcenniejsze to to, że były to oczy dziecka. Nie naiwne, nie niewinne, nie zdezorientowane. To były oczy żarzące się pierwszą radością, pierwszym olśnieniem, pierwszym spojrzeniem, pierwszym szczęściem. Oczy, które z biegiem lat zazwyczaj tracimy wobec posępności naszej rzeczywistości.

Profesorze, jak to zrobiłeś, jak Ci się to udało? Sędziwemu wiekowi nie tylko nie bywa to dane, ale nawet... ponoć... nie przystoi? A jednak. Ze zdumieniem spostrzegam jakąś nienaturalną sytuację. Powstała przedziwna dziura w powietrzu, którym oddycha nasza kultura. Kto ją wypełni? Nikt. Nie ma ludzi, którymi da się zastąpić ludzi niezastąpionych. Głęboki wieczny ukłon.

 

 

Nr 01/2017