Wydawałoby się, że nam, najmłodszym chyba w kręgu Profesora, wypada zazdrościć starszym kolegom tych wszystkich rozmów, spotkań, podróży, które mieli okazję odbyć w jego towarzystwie. Tymczasem – jak w przypowieści o dobrym gospodarzu winnicy – zostaliśmy obdarzeni równie hojnie. Dwa lata. Najważniejsze dwa lata na mojej drodze ku mądrości. Czas, w którym poznałam, czym jest stan radosnej niewiedzy, która uskrzydla, stając się imperatywem nieustannego uczenia się, wypełniania luk, pokornego drążenia tematów niewyczerpanych i cierpliwego repetowania tego, co zdawało się już utrwalone. Profesor był dla mnie Mędrcem. Najprawdziwszym arystotelejskim Mędrcem, który ma wiedzę o możliwie wszystkich rzeczach, bada je z niespotykaną skrupulatnością, a robi to nie ze względu na łatwo dostrzegalne cele, lecz z umiłowania samej mądrości.

A może też po prostu z ciekawości? Był przecież ciekawy wszystkiego – także nas, młodych. Przy nim czuliśmy się potrzebni, a nasze nieporadne próby wydeptania sobie naukowego szlaku, formułowania myśli i szukania dla nich uzasadnienia nigdy nie spotkały się z pobłażliwością. Te dwa lata były najwspanialszą lekcją muzykologii, jaką kiedykolwiek dostałam. Ale wraz z nią dostałam o wiele więcej: realny, namacalny wzór do naśladowania. Wcielenie etosu naukowca, humanisty, który nie dzieli swego czasu między pracę i życie, który nie musi wybierać, bo po prostu żyje tym, co go zajmuje. W chwili naukowego zwątpienia ośmieliłam się napisać do Profesora list o moich rozterkach. Dostałam od niego odpowiedź przenikliwą i wciąż pobudzającą mnie do refleksji. Jedno zdanie z tamtego maila brzmiało tak: „Najważniejsze zaś jest to, że każde nasze uczenie się winno stać pod znakiem «Bildung», to znaczy stawać się czynnikiem własnego wzrostu duchowego”.

W świecie, w którym racja bytu naszej dziedziny jest bardzo wątła, on umacniał w nas przekonanie, że bez muzykologii rzeczywistość stanie się uboższa. Że jeśli przestaniemy zadawać pytania o muzykę, stracimy własną tożsamość, zrywając łączność z konstytuującą nas tradycją. Ta myśl dodawała otuchy, ale i stawiała (wciąż stawia!) przed nami ogromne wyzwanie – tworzenia muzykologii godnej przedmiotu swoich zainteresowań, świadomej swojego historycznego ugruntowania, a jednocześnie wciąż odnoszącej się do aktualnego biegu zdarzeń. Powtarzał niemal na każdym seminarium, że muzykolog musi interesować się własną dziedziną. I uchylał nam drzwi do takich przestrzeni muzykologii, których nawet nie przeczuwaliśmy.

Zaglądałam tam często z niedowierzaniem, nieśmiałością, ale i ogromnym pragnieniem przemierzenia tych szlaków razem z nim. Teraz wiem, że rysował dla nas mapę kontynentów, którą sami musimy wypełnić szczegółami, bacząc na pozostawione przez niego drogowskazy.

 

 

Nr 01/2017