Tomasz Cyz: Kto to jest muzykolog?

Michał Bristiger: Muzyka i logos... Człowiek, który należy do logosfery muzycznej, czyli wszystkiego, co jest związane z muzyką, ale wypowiada się słowami. Muzyka jest sztuką, która posiada język ogólny. Inna sprawa, że ta ogólność języka tyczy tylko części światowej kultury muzycznej, bo świat ma przecież różne kultury muzyczne, które są uwikłane w ogólne procesy historyczne. Co do wagi tej sprawy – czyli muzyki wysokiej – chciałbym przypomnieć, że jeden z pierwszych twórców idei Unii Europejskiej po wielu latach powiedział, że gdyby robił to drugi raz, zacząłby od kultury. Wspólna, europejska kultura muzyczna nie jest jednak tworzona w sposób świadomy, ponieważ brak jej odpowiednich pojęć. Muzykologia bardzo słabo związała się z tym tematem, a jest on bardzo ważny, gdyż nie można sobie wyobrazić, że przy związkach ekonomicznych, politycznych, militarnych, nie będą istniały związki kulturowe. To może oznaczać, że w świecie duchowym brak Europie czegoś w jej duchowości. Myślę, że dzisiaj jest to jeden z podstawowych problemów, które leżą przed muzykologami. Ale polscy muzykolodzy zajmują się historią, a zatem głównie polską historią muzyczną. I to jest jasne z uwagi na kraj, i jego własną kulturę. Ta historia jest też im najbardziej dostępna. Natomiast jeśli chodzi o historię europejską, to jeżeli już w Polsce coś się pojawia, to ma charakter popularyzatorski; rzadko jest podstawową pracą muzykologiczną, może w ostatnich latach to się trochę zmienia. To, co mnie interesuje najbardziej, to trudności, mankamenty obecnego stanu kultury. Muzykologia musi być krytyczna wobec siebie samej, a tego w Polsce właściwie nie ma.

 

Czyli istnieją muzykolodzy, ale nie ma historii muzykologii?

Na poziomie wyższym zajmowanie się historią własnej dyscypliny jest w humanistyce rzeczą konieczną, tak że brak w muzykologii historii jej własnych badań jest zastanawiający. W innych dziedzinach nauki jest to trudne nawet do pomyślenia. Dlaczego nikt nie interesuje się historią własnego zawodu? Rozumiem niewielkie zainteresowanie historią w rzemiośle, natomiast w kulturze duchowej jest inaczej. W historii kultury duchowej jedna epoka nie wypiera drugiej. W niej syntetyzuje się to, co było, wchłaniając nowe. Powiedzenie, że ktoś nie zajmuje się muzykologią początku XX wieku, ponieważ to są stare rzeczy, jest absurdalne. A takie są właśnie mankamenty kultury muzycznej, w której żyjemy. I o tym warto przypominać. Trzeba się też zastanowić, na czym polega muzyczna kultura europejska i w jaki sposób muzykolodzy, gdziekolwiek się znajdują, mogą na jej rzecz działać. Nie jest też tak, jak się niektórzy obawiają, że kultura europejska wyprze kulturę narodową. Nie ma o tym mowy. Mam na to zresztą własną odpowiedź. Wydaje mi się, że nie materiał się zmienia, trzeba tylko odnaleźć inne możliwe funkcje znanego materiału. Spytałeś, co robi muzykolog, a ja odpowiedziałem z punktu widzenia kulturowego, ujmując to do hic et nunc. Muzykologia koniecznie musi się zajmować dzisiejszą sytuacją i stanem muzyki i samej muzykologii.

 

Muzykolog jest historykiem? Co jest szersze?

Ja bym to ugryzł od innej strony. Istnieje nie tylko historia muzyki, lecz także intelektualna historia muzyki. Ona również należy do historii. Jeśli ktoś chce mieć święty spokój zajmowania się tylko materiałem historycznym, to ja bym mu powiedział: słuchaj, teoria może się też zająć twoją historią. Rozumiem, że awangarda zawsze przyjmuje myślenie ahistorycznie, ale też wiem, że bez historii w humanistyce mało co w ogóle da się zrozumieć. W muzykologii światowej od lat osiemdziesiątych mamy nową sytuację, którą zrodziło stworzenie w Berlinie i po raz pierwszy (nie licząc Hugona Riemanna) właśnie historię teorii, m.in. przez Carla Dahlhausa. To był i jest nowy sposób patrzenia na teorię i historię, wzbogacający znaczenia systematyczne. Istnieje więc historia teorii, a jeśli chodzi o to, czy istnieje „teoria historii”, pozwól mi o tym nie mówić. Skoro już krążymy wokół kosmicznych tematów, wspomnę o czymś dzisiejszym, choć silnie heglowskim. Ogłoszony został konkurs Fundacji na Rzecz Myślenia im. Barbary Skargi na esej filozoficzny o temacie „Życie i śmierć sztuki”. Rozmawiamy o życiu muzykologii, jakby tylko jej rozwój był możliwy, a tymczasem ona sama o sobie milczy. Inaczej jest w literaturze, w teatrologii, w historii sztuki.

 

Skąd ten błogostan?

Nie wiem, ale inni piszą i wiedzą. Niedawno „Magazyn Gazety Wyborczej” opublikował rozmowę z profesorem Jerzym Hausnerem na temat przekształceń polskiego społeczeństwa. Ktoś wreszcie powiedział, na czym polega jego aktualna dziwność. Otóż wykształca się nowy system – „system molekularny”. Tworzą się małe odrębne grupy (molekuły) ludzi, o podobnych cechach, a też i funkcjach społecznych. Taka sytuacja społeczna miałaby silny wpływ na obecny stan również kultury muzycznej.

 

Ma?

Kiedy przeglądam tygodniki, trafiam na dział muzyczny i prawie zawsze okazuje się, że jest w nim mowa o muzyce popularnej, rozrywkowej, jedynej, wokół której snują się rozważania. Widać, że wysoka kultura muzyczna nie jest przedmiotem ogólnego zainteresowania, ponieważ sądzi się, że to margines zainteresowań i potrzeb, nadto ilościowo niewielki. Oni coś tam sobie grają między sobą, nam jest wszystko jedno. Wszystko mają załatwić płyty i internet. Kultura muzyczna musi być jednak uprawiana na żywo. I stale. U nas nie ma nawet rozpoznania tej sytuacji, nie mówiąc o chęciach zaradzenia płynącym z niej wadom. A przecież w świecie duchowym muzyka wysoka należy do elementów najbardziej istotnych. Wysoka – może to być koncert Mozarta, może być preludium Chopina. Jeżeli chodzi o istnienie muzyki – nie wiem, czy podzielisz ten pogląd – ona ma ogromny zasięg. Od rana do nocy nas otacza. Idziemy ulicą – coś gra, włączamy telewizję – też gra, wieczór jest często wypełniony muzyką. To stałe bycie z muzyką nie jest niewinne. I nie powinno polegać tylko na jakimś współżyciu z muzyką popularną. Zwłaszcza że kompozycje, również te w muzyce popularnej, a nawet jej improwizacje, są związane z tym, co wytwarza jako podstawę muzyka wysoka. Tam powstają próby stworzenia nowej formy, nowych układów czy nowych materiałów muzycznych, nowych ich faktur. Tam tworzy się nowe przeżycie czasu i przestrzeni, nowa sztuka.

 

Co jest dziś największym problemem polskiej muzykologii?

Muzykologia zajmuje się różnymi sprawami. System uniwersytecki oferuje całkowitą wolność wyboru i nienaruszalność zainteresowań, co jest istotne dla nauki. W centrum leży problematyka historii muzyki polskiej, jej wydawania, grania i tak dalej. To jest jej strona bogata, obfita, ale to tylko jedna strona medalu. Jesteśmy częścią Europy, ale w naszej działalności intelektualnej uciekamy od niej. Nie ma doświadczeń z aktualnymi rozmowami na temat tego, co dzieje się gdzie indziej – we Francji na przykład. Francja ma niezwykle ciekawy system edukacji muzycznej. U nas nie ma o tym mowy. Jeżeli chcemy rozwiązać jakiś problem, uciekamy od pytań, zwłaszcza od pytania jak to jest w innych krajach. Jak inni to rozwiązali? W każdym kraju jest inaczej, każdy kraj ma inną sytuację historyczną i materialną. Pewne rzeczy są wspólne, ale tutaj w ogóle się o tym nie mówi. Nie uczymy się na własnych błędach, nie rozpatrujemy cudzych rozwiązań, puszymy się, dołączając jeszcze różnorodne pretensje. Są oczywiście sytuacje, w których, ze względu na możliwości ekonomiczne, nie można rozwiązać niektórych spraw. Ale inne kraje mają to samo. Argumenty porównawcze rzadko pojawiają się w prasie, w dyskusjach. A to, jak jest gdzie indziej, jest niezwykle ważne w muzyce, bo muzyka ma ten sam język, zatem wspólną podstawę. Jest też ona – jak żadna inna sztuka – uniwersalna. Myślę, że myślenie rynkowe, połączone z historycznym modelem konkurowania z innymi krajami i przełamania ich jako konkurencji, nie służy dzisiejszym możliwym wartościom kultury europejskiej.

 

A jak muzykologia ma się do współczesności – nie tylko do współczesności własnej, lecz także współczesności życia społeczno-kulturalnego? Jak w nim uczestniczy?

Jeżeli ktoś, jako historyk, zajmuje się innym stuleciem, to nie musi się zastanawiać, co sądzić o ostatnim utworze Pendereckiego, Szymańskiego czy Mykietyna. Historia jest we władzy specjalistów. Tak musi być, że specjaliści wiedzą więcej, po prostu dlatego, że są specjalistami. To, o co teraz zapytałeś, jest, jak sądzę, problemem socjologii nauki. Ona jest niezbadana, a nawet trochę nieistniejąca. Według niej to, co społeczne, wpływa w humanistyce na to, co naukowe. Genetyczna myśl zostaje wówczas wzmocniona.

 

Jak temu wszystkiemu zaradzić?

Czasem wydaje mi się, że taka rozmowa we dwóch jest w tej chwili istotniejsza od tego, co dzieje się w całym środowisku uniwersyteckim i w akademiach muzycznych. A zawsze powinno chodzić o to, jak się rozwiązuje jakąś sprawę. Można o niej rozprawiać, nawet godzinami, i nie wiedzieć, jak ją rozwiązać. Ja myślę kategoriami trzech warstw. Istnieje warstwa uniwersytecka, warstwa krytyków i warstwa życia muzycznego, czyli normalnych ludzi, którzy chodzą na koncerty, słuchają muzyki. Oczywiście najważniejsze jest to, co dzieje się w tej warstwie dolnej – tej dla wszystkich. Natomiast, żeby wiedzieć, jak to jest, żeby wytłumaczyć i zainteresować, przeprowadzić analizę, a potem syntezę i zdobyć się na hermeneutyczną interpretację, do tego musi istnieć uniwersytet. Nonsensem jest, żeby uniwersytet nie miał wiodącej roli w rozpoznaniu sytuacji. To do czego on jest? On z obowiązku musi być najmądrzejszy. I teraz się wytwarza sytuacja tragiczna: warstwa średnia, czyli krytycy, ma w ręku pewien instrument. Oni jako jedyni, nie należąc do uniwersytetu, jednak rozumieją, co się na nim odbywa. Oni mogą to spopularyzować dla dolnej warstwy, a na pewno pouczyć, jakie problemy wiążą się z życiem muzycznym. Są zobowiązani wiedzieć, co jest istotne, powinni znać literaturę na ten temat, mieć pasję, chcieć – i umieć – to przekazać. Wydaje mi się, że wszystkie trzy warstwy nie pracują z największym i wzajemnym zaangażowaniem. Najważniejsze projekty i rozwiązania, które mogą powstać jedynie w warstwie uniwersyteckiej nie mają szans przeniknięcia do życia muzycznego, ponieważ warstwa średnia nie spełnia należycie funkcji pośredniczenia. Niestety. Nie bez powodu i nie przez przypadek najlepsza stacja muzyczna kultury wysokiej to francuska Mezzo, a być może każdy kraj mógł taką stację sobie przygotować. Ale to Francuzi mieli odwagę stworzyć stację poświęconą tylko muzyce wysokiej i na takim poziomie. Oczywiście to wielki kraj – mógł sobie na to pozwolić. Nie chodzi tylko o to, że mają wybitnych muzyków-wykonawców, ale nawet wywiady z muzykami są inne niż gdzie indziej. I są niezwykle ciekawe. U nas nie ma nawet szkoły, jak filmować muzykę poważną. Nikt się nad tym nie zastanawia. Mamy być zadowoleni, że w ogóle zostaje sfilmowana. A przecież jesteśmy za dużym krajem, żeby nawet tak niskie zagadnienia kultury muzycznej pozostawały nierozwiązane.

 

 

Michał Bristiger, muzykolog, emerytowany profesor Instytutu Sztuki PAN. Odbył studia pianistyczne (Bolonia, Warszawa) oraz muzykologiczne (Uniwersytet Warszawski); ukończył też studia lekarskie w Państwowej Wyższej Szkole Higieny Psychicznej w Warszawie. Związany z Instytutem Sztuki PAN w Warszawie, był też wykładowcą teorii i estetyki muzyki oraz historii muzyki na wielu uczelniach w kraju: Uniwersytecie Warszawskim (1955-1972), Uniwersytecie Jagiellońskim (1970-1976) i Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (1983-1985, 1987-1988). Od 1983 roku współpracuje z Instytutem Muzykologicznym Uniwersytetu w Palermo, pracował także na Uniwersytecie Kalabryjskim w Arcavacata di Rende (1992-1998). W latach 1985-1988 prowadził badania jako senior fellow w Institut für die Wissenschaften vom Menschen w Wiedniu. Był rektorem Międzynarodowej Akademii Mozartowskiej w Krakowie (1994-1995). Założyciel stowarzyszenia i czasopisma internetowego „De Musica”.

 

 

Nr 10/2014