15.06.2019 \ Ulrichsberg

 

Austriacki kompozytor Peter Ablinger wskazuje palcem grupę drzew porastających odległy o ponad siedemset metrów pagórek. Zgromadzona na drodze gruntowej publiczność – z wyjątkiem psa – z uwagą wsłuchuje się w jego słowa. W to słoneczne popołudnie pola, łąki i zagajniki pod Ulrichsbergiem w Górnej Austrii będą świadkami niecodziennych wydarzeń muzycznych. Te drzewa, na które wskazuje Ablinger to Arboretum Seitelschlag, posadzona jedenaście lat wcześniej bezprecedensowa współczesna kompozycja. A przechadzkę, którą właśnie rozpoczynamy, urozmaicą małe plenerowe koncerty.

Drzewa składające się na Arboretum są żywymi generatorami szumów, gra na nich sam wiatr, a kompozytor zaprojektował swój ogród w taki sposób, by można było wsłuchać się w najdrobniejsze niuanse szelestu wydawanego przez dwanaście składających się na pracę gatunków drzew (kompozycję Austriaka omówiłem kiedyś wyczerpująco w artykule Drzewa na wygwizdowiu na stronie internetowej magazynu „Glissando”). Dziesięciolecie utworu było więc okazją do wspólnego osłuchiwania krajobrazu i dodania drobnych akcentów muzycznych do wspaniałej kompozycji, którą są codzienne odgłosy wsi na pograniczu Austrii, Niemiec i Czech.

Podążamy ścieżką wyznaczoną przez organizatorów z legendarnego Jazzatelier Ulrichsberg. W leszczy-
nowym zagajniku zbudowano malutką scenę. Radu Malfatti z basową harmonijką ustną wydobywa ledwo słyszalne długie niskie dźwięki, które splatają się z szumem wiatru i leniwym dronem samolotu lecącego nad naszymi głowami, gdzieś wśród zbierających się chmur. Publiczność zastyga zasłuchana, tylko pies pozostaje niewzruszony, jego dyszenie jest głośniejsze od samej muzyki. Później w młodniku czeka na nas Thomas Stempkowski. Jego kontrabas jest jak jedno drzewo więcej, a gra ma w sobie coś z powtarzalnych rytmów pracy ni to drwala, ni lutnika. Zaczyna padać deszcz, uderzenia kropel wzbogacają brzmienia instrumentu o subtelny przestrzenny kontrapunkt.

W tym dniu to nie ludzie, a pogoda ustala reguły gry. Natura jest wobec nas kapryśna – gdy docieramy wreszcie do Arboretum wiatr cichnie niespodziewanie, muzyczne drzewa Ablingera w tym wyjątkowym momencie, dziesięć lat od premiery utworu, nie rozbrzmiewają najdrobniejszym szmerem. W dojmującej ciszy wyobrażamy sobie szelest ich igieł i liści… w ciszy przed burzą. Gdy bowiem docieramy na łąkę, na której finałowy występ rozpoczyna kwartet Violet Spin, spadają na nas strugi deszczu, instrumenty konkurują z grzmotami, i nawet muzycy ukryci pod zaimprowizowanym daszkiem nerwowo spoglądają na chmury w obawie, czy aby zaraz nie znajdziemy się w samym środku nawałnicy.

Burza postraszyła i przeszła bokiem, a publiczność udała się na skromny bankiet w garażu przy jednym z lokalnych gospodarstw. Wydarzenie dopełniły nieformalne rozmowy, w tym jedna jak u zarania awangardy: o wiecznie żywym marzeniu porzucenia murów filharmonii i wyjściu z muzyką w plener, do fabryk, na ulice, do parku, nad ocean. Chodźmy! Naprawdę warto.

 

#Autor jest redaktorem magazynu „Glissando”

 

Nr 07/2019