21.06.2019 \ Katowice

 

Georg Friedrich Händel był pierwszym kompozytorem Zachodu, którego żadne przemiany kanonu piękna ani dyktowane bieżącą modą kaprysy słuchaczy nie zdołały nigdy strącić z piedestału sztuki. Z nabożną czcią odnosili się do jego dzieł już klasycy wiedeńscy, niepotrafiący osiągnąć ideału muzyki wokalno-instrumentalnej, wyznaczonego – co przyznawali z respektem – właśnie przez geniusza z Halle. Gdzie szukać zatem źródeł jego fenomenu? O ile stary Bach, czując się ortodoksyjnym protestantem i pokornym strażnikiem dogmatów, wytrwale narzucał sobie powściągliwy ton oraz techniczny rygor, o tyle Händel z niezrównanym mistrzostwem władał patosem i liryzmem, trafiając, jak później Beethoven, „z serca – do serc”. Sięgnął tym samym po cnotę wzniosłości, będącej kluczową kategorią estetyczną XVIII wieku, która górowała wówczas nawet nad kategorią piękna.

Takiego właśnie Händla – hieratycznego i opromienionego majestatem – zaprezentowała ostatnio w Katowicach znakomita Academy of Ancient Music pod dyrekcją Richarda Egarra. Tak wyśmienite koncerty doprawdy trudno się recenzuje – łatwo bowiem popaść w pompierski banał… Cóż jednak uczynić, gdy słyszymy doskonały, przejrzysty a zarazem masywny chór czy z mocą i po królewsku brzmiące trąbki i kotły? Gdy dodać do tego porywającą dynamikę wykonania wszystkich czterech Hymnów koronacyjnych, otrzymujemy interpretację wręcz wzorcową. Oczywiście, można by wybrzydzać na zasadność energicznego trylu w altach i tenorach na słowie „forever” w Zadok the Priest, czy też może miejscami nazbyt schowany dźwięk smyczków, jednak w kontekście całości oznaczałoby to zwykłą małostkowość.

Nie inne wrażenie pozostawiło wykonanie drugiej suity z Muzyki na wodzie oraz Muzyki królewskich ogni sztucznych, choć świadomy stylu szef zespołu zaaplikował tutaj nieco inne środki. Wprowadzenie tarabanu, pojawiającego się w kluczowych momentach oraz pomiędzy częściami, dodało utworom teatralności, a także podkreśliło ich plenerowy charakter. Nosowa, uroczysta gra baterii instrumentów dętych w La Réjouissance i II Menuecie w drugim z cyklów przywołała prawdziwie dworską atmosferę. Należy pochwalić dobrą intonację naturalnych trąbek i rog1ów, z którą, notabene, często nie umieli poradzić sobie muzycy nawet czołowych orkiestr historycznych, występujący w przeszłości w NOSPR.

Szlachetnym dopełnieniem koncertu były chóry Alleluja i Amen z Mesjasza. I tu niepokojąca obserwacja – publiczność tylko częściowo, niechętnie i z pewną konsternacją podjęła tradycję wysłuchania czterdziestego czwartego numeru oratorium w postawie stojącej. Czyżby wzniosłość, miłowana przez Wiek Oświecenia, na dobre zgasła już w naszych duszach?

 

Nr 07/2019