Holland Festival. 31.05–10.06.2019 \ Amsterdam

 

Karlheinz Stockhausen nie przepadał za Wagnerem, niemniej o własnym Bayreuth marzył. Na razie jednak nie słychać, aby Licht – cykl siedmiu oper na siedem dni tygodnia – miał w całej swej okazałości zadomowić się w jakimś specjalnie dla niego przeznaczonym ośrodku. Także celu skromniejszego, czyli wystawienia całości, jak dotychczas nie udało się zrealizować, choć już kilka europejskich miast przymierzało się do tego. Za każdym razem jednak koszt okazywał się nie do udźwignięcia.

Mimo tych niepowodzeń rośnie zainteresowanie tworzonym przez dwadzieścia osiem lat (1976–2004) dziełem, a nowych wykonań poszczególnych jego ogniw stale przybywa. Najokazalsza dotychczas prezentacja Licht miała miejsce od 31 maja do 10 czerwca na Holland Festival w Amsterdamie. Pomysłodawcami i inicjatorami przedsięwzięcia byli Henk van der Meulen, dyrektor Królewskiego Konserwatorium w Hadze, i kurator Renee Jonker. Do ogromnego aparatu wykonawczego (ponad czterystu samych tylko instrumentalistów i śpiewaków) zaangażowano młodych muzyków, którzy zawarte w partyturach zagadnienia poznawali na dwuletnim kursie w ramach studiów. Obniżyło to znacznie koszty całości, a rzesza obznajomionych z tą muzyką wykonawców znacznie się w ten sposób powiększyła, co dobrze wróży na przyszłość.

Znani specjaliści od muzyki Stockhausena (między innymi Kathinka Pasveer, Suzanne Stephens-Jannings, Marco Blaauw i synowie kompozytora: Markus i Simon) tym razem wystąpili głównie w roli opiekunów artystycznych młodszych wykonawców. Nie zabrakło jednak muzyków o ustalonej renomie, którym powierzono przede wszystkim sceny chóralne. W trzydniowym powtórzonym trzykrotnie programie wystąpiły czołowe holenderskie chóry: Cappella Amsterdam, Narodowy Chór Kameralny, Narodowy Chór Żeński i Narodowy Chór Dziecięcy – wszystkie znakomite, jednak w największe zdumienie wprawić mógł ten ostatni. Wykonywane z ogromną pewnością partie najmłodszych śpiewaków (solistyczne i w zespołach) we fragmentach Poniedziałku pod względem wykonawczych wymagań nie mają precedensu w niczym, co dotychczas skomponowano na głosy dziecięce. Prób do scen w poszczególnych zespołach – od wielkiej osiemdziesięcioosobowej orkiestry złożonej z samych prawie instrumentów dętych w Tańcu Lucyfera do składów kilkuosobowych (jak w Kathinkas Gesang na flet i sześciu perkusistów z rozmaitymi dziwnymi przedmiotami) – było łącznie około czterystu pięćdziesięciu i trwały one ponad dwa lata. Piętnaście wybranych z trwającego około trzydziestu godzin cyklu opatrzono tytułem Aus Licht.

Całość zaprezentowano w ogromnym pomieszczeniu dawnej gazowni (Gashouder) – miejscu umożliwiającym zróżnicowaną aranżację przestrzeni w pionie i w poziomie. Wybór przedstawionych scen w znaczym stopniu podyktowany był ograniczeniami finansowymi i logistycznymi oraz chęcią uwzględnienia niektórych dawno niewykonywanych fragmentów. Zatem w intencji organizatorów nie był on czymś w rodzaju „the best of Licht”. Sprawującej artystyczny nadzór nad przedsięwzięciem Kathince Pasveer (flecistce i towarzyszce życia Stockhausena, zarządzającej wraz z Suzanne Stephens – klarnecistką i drugą z „wdów” – fundacją jego imienia) raczej nie wypadałoby publicznie oceniać, co w operach cyklu jest lepsze, a co gorsze. Prawo to przysługuje jednak recenzentowi od wielu lat śledzącemu losy tego niezwykłego dzieła.

Gdybym układał program według własnych preferencji oraz ignorował możliwe trudności, z pewnością włączyłbym do niego sceny na Holland Festival nieobecne: Luzifers Abschied – niezwykły chór mnichów z Soboty – oraz przeznaczony w pierwszej wersji na orkiestrę gagaku „balet” Jahreslauf z Wtorku. Wyłączyłbym zaś przereklamowany nieco kwartet smyczkowy z helikopterami. Odnoszę wrażenie, że w tym przypadku sama wizja muzyków grających w powietrznej przestrzeni do warkotu helikopterowych silników była dla Stockhausena na tyle atrakcyjna, że nie kłopotał się już za wiele o bardziej wyrafinowane muzycznie opracowanie swego pomysłu. Poza tym muzyczno-awiacyjne akrobacje oglądamy tu na ekranach, zatem dla słuchacza-widza wrażenie „poszerzenia muzycznej przestrzeni” i „szybowania” jest porównywalne do gapienia się w telewizor. Niemniej hasło „kwartet z helikopterami” jest na tyle efektowne, że przywołują go nawet ci, którzy o Licht nie mają żadnego pojęcia. Poziomem wykonawczym scena ta wyraźnie odstawała od całej reszty programu – o ile kwartet Arditti potrafi z tego utworu wiele wyciągnąć, to nieustanne tremola i glissanda w wykonaniu młodziutkich instrumentalistek kwartetu Pelargos brzmiały raczej drętwo.

Reszta, z niewielkimi już zastrzeżeniami, była znakomita, niekiedy wręcz oszałamiająca. Wcale nie dziwię się jednemu z moich przypadkowych rozmówców (nie znał Licht wcześniej), który swoje wrażenia określił jako „life-changing experience”, albo krytykowi muzycznemu holenderskiego dziennika „Het Parool”, twierdzącemu, że przez trzydzieści lat swej recenzenckiej działalności nie zdarzyło mu się jeszcze pisać o czymś, co by go tak bardzo poruszyło. Zaczęło się od fragmentów Czwartku – jedynej spośród siedmiu oper cyklu, w której w nadprzyrodzoną i kosmiczną całość wplecione są wątki jak najbardziej ziemskie i po ludzku wzruszające. A to za sprawą elementów autobiograficznych, które posłużyły Stockhausenowi do przedstawienia etapów wędrówki archanioła Michała od młodości w takiej rodzinie, w jakiej dorastał kompozytor (z ojcem o dość szorstkim charakterze, wyżywającym się na polowaniach, i wrażliwą, lecz chorą psychicznie matką, zamordowaną przez nazistów w ramach eliminacji osób „niepełnowartościowych”). Po Młodości Michała (Michaels Jugend) usłyszeliśmy Michaels Reise, znany z Warszawskiej Jesieni koncert na trąbkę z zespołem, opowiadający środkami muzycznymi i wizualnymi dalsze koleje losu protagonisty.
Drugi dzień poświęcony był dwóm pozostałym bohaterom Licht: Lucyferowi i przyjaciółce ludzkości, pramatce Ewie. Zabrzmiały wspomniane już Kathinkas Gesang i Luzifers Tanz z Soboty. Prawdziwie magiczny nastrój wytworzyły sceny z Poniedziałku: najpierw lekki jak piórko, łagodnie i konsonansowo brzmiący chór dziewcząt (Mädchenprozession), potem dialog basethornu (najpierw jednego, w rękach wspaniałej Johanny Stephens-Janning, następnie trzech) z dziećmi wyśpiewującymi urzekające i w swej melodyjności do niczego nieporównywalne partie (Evas Lied). Na koniec Stockhausenowska wersja opowieści o fleciście szczurołapie z Hameln (Kinderfänger) z karkołomnymi frazami fletu imitowanymi przez rozbawiony chór dziecięcy do momentu, kiedy mali śpiewacy dają się uwieść dziwnej melodii i wyprowadzić gdzieś w nieznane.

W ostatnim dniu przy akompaniamencie elektronicznych wybuchów i innych groźnych odgłosów, uzbrojone w dziewięć trąbek, przenośny syntezator i perkusję wojsko Michała stoczyło bitwę z puzonowo-syntezatorowo-perkusyjnymi oddziałami Lucyfera. W starciu śmierć poniósł (nie na długo) archanioł, nad którego ulatującą z dźwiękami trąbki duszą lamentowała sopranistka Pia Davila w przejmującej scenie stylizowanej według wizerunków Piety. W zabawnym Orchester-Finalisten soliści na tle elektronicznych dźwięków wykonywali sprowadzone do absurdu rutynowe czynności mozolnie pracujących na swą karierę muzyków.

Dla mnie najpiękniejsze tego dnia okazały się dwie sceny chóralne: w Welt-Parlament deputowani z całego świata zbierają się, by debatować o miłości. Z monotonnej recytacji w zróżnicowanych i nawarstwionych tempach rozwija się polifonia falujących warstw, która przechodzi w coraz bardziej złożoną wielogłosowość. Kiedy słuchacz bez reszty wciąga się w te wszystkie zawiłości, następuje żart dość charakterystyczny dla Stockhausena, bardziej ceniącego humor zwariowany, nawet nieco infantylny od wysublimowanej ironii. Woźny oznajmia, że źle zaparkowany samochód dyrygenta wkrótce zostanie odholowany. Ten wybiega, a chórzyści dalsze dyrygowanie powierzają sopranistce koloraturowej, która śpiewa wirtuozowską arię i prowadzi zespół w dostojnym finale. Anielskie procesje (Engel-Prozessionen) to z kolei radosne jubilacje podzielonych na grupy chórzystów śpiewających w rozmaitych językach, między innymi hindi i suahili.

Występy wykonawców poprzedzały bądź kończyły projekcje utworów na taśmę, które były nie tylko elementami poszczególnych scen, lecz także samodzielnymi utworami. Majestatyczne Niewidzialne chóry (Unsichtbare Chöre) z Czwartku to po prostu muzyka chóralna, tyle że zbyt skomplikowane byłoby jej wykonanie na żywo. Mittwoch-Gruss jest, zgodnie z nazwą, muzyką witającą publiczność Środy, a także jedną z warstw w tej operze. Dwie i pół godziny mrocznej, niepokojącej muzyki elektronicznej z Piątku fascynuje polifonią długich, pulsujących dźwięków, choć pewne jej fragmenty lepiej sprawdzają się jako tło akcji muzyczno-scenicznej.

Skutkiem bynajmniej nie ubocznym pracy nad Aus Licht jest znaczne powiększenie grona kompetentnych wykonawców tej muzyki. Trudno byłoby pisać o wszystkich solistach z osobna, należy jednak wymienić przynajmniej niektórych: Jerome Burns (trąbka), Georgi Sztojanov (tenor), Marta Goméz Alonso (flet), Chloë Abbott (trąbka), Ivan Pavlov (fortepian, syntezator/sampler), Felicia van den End (flet), Pia Davila (sopran), Maciej Straburzyński (bas), Damien Pass (bas).

Całość wyreżyserował Pierre Audi, dyrektor artystyczny współorganizującej przedsięwzięcie Narodowej Opery Niderlandzkiej. Na szczęście unikał on prób jakiejkolwiek autorskiej interpretacji i obszerne partyturowe didaskalia opracował z pełnym zrozumieniem ducha dzieła. Projekcje wideo autorstwa Chrisa Kondeka w znacznym stopniu pełniły rolę scenografii, która choć nie była szczególnie bogata (jak się wydaje, wskutek koncentracji środków na dźwiękowej stronie przedsięwzięcia), to pomogła, podobnie jak kostiumy zaprojektowane przez Wojciecha Dziedzica, przenieść się w świat kosmicznej fantazji.

 

Nr 07/2019