XXVII Festiwal Pieśń Naszych Korzeni, 18–25.08.2019 \ Jarosław

 

  

Tym, którzy ocierają łzy

 

 

Jesteś sama w bólu życiodajnym, i w śmiercionośnym. Jesteś sam, przeciskając się przez bramy życia. Jesteś sama, gdy śmierć zapuka niespodziewanie, choć prosiłaś, by to po ciebie przyszła najpierw. Jesteś sam, gdy zjawia się oczekiwana, choć zaklinałeś, by spóźniła się jeszcze o jeden poranek. Jesteś sama, gdy mijasz kwiaty do wianka dla tej drugiej. Jesteś sam, gdy tamten zabiegał wytrwalej.

 

Jesteś sama, gdy cierniste pasaże kaleczą palce, nim fraza rozkwitnie kwiatem barwnym i kształtnym. Jesteś sam, gdy przemierzasz przestworza i drogi, by dzielić się pieśnią z tymi, którzy na nią czekają. Jesteś sama w tłumie wstrzymanych oddechów. Jesteś sam w burzy braw, gdy ostatni dźwięk zgaśnie w obecności setek uszu.

 

Sei solo.

 

***

 

Sei solo. Taka inskrypcja widnieje na karcie tytułowej zbioru zawierającego trzy sonaty i trzy partity na skrzypce solo Johanna Sebastiana Bacha skomponowanego w roku śmierci jego pierwszej żony, Marii Barbary. Sei solo – jesteś sam, nie zaś: sei soli – sześć utworów solowych. Takie są fakty. Interpretacja należy do historyków muzyki, wykonawców, melomanów. Marius Peterson, nowy dyrektor artystyczny Pieśni Naszych Korzeni w Jarosławiu w tajemnicy Bachowskiego rękopisu znalazł klucz do otwarcia kolejnego rozdziału w historii festiwalu. Pierwszego po śmierci jego współtwórcy i wieloletniego dyrektora Macieja Kazińskiego.

 

Kto zna jarosławski festiwal, z pewnością mógł być nieco zdziwiony tegorocznym programem. Sześć spotkań z solistami-instrumentalistami. Bez słów, bez wielości zjednoczonych w śpiewie głosów – na tę czekaliśmy do dnia siódmego. Sześć dni podziwu dla niezłomności solistów i pokory wobec potęgi repertuaru. Jeśli jednak ktokolwiek był nieprzekonany, prędko zostawił wątpliwości za sobą. A byli też tacy – i ja pośród nich – którzy w ten pomysł wierzyli od kiedy tylko było o nim wiadomo. Ci także się nie zawiedli.

 

Muzyka instrumentalna, która wypełniła niemal cały festiwal stała się przestrzenią namysłu nad odpowiedzialnością muzyka za całokształt formy, jego relacją z instrumentem, samotnością w przygotowaniach utworu i wreszcie wystawieniem się na osąd tych, którzy będą go słuchać. Każdy z solistów wydawał się inaczej odczuwać swoją rolę, każdy na swój sposób odczytał motto Sei solo.

 

Nie mogło zacząć się inaczej niż od tytułowego utworu. Sirkka-Liisa Kaakinen-Pilch przywiozła do Jarosławia ukochane skrzypce (prawdopodobnie muśnięte ręką któregoś z Grobliczów), by wykonać cały komplet Bachowskich suit i partit. Trzy koncerty jednego dnia, trzy spotkania z wirtuozerią skrzypaczki, której gra jest przejrzysta i skrząca niczym kryształ – nawet, gdy pojawi się na nim niewielka skaza, za chwilę znów zaczyna mienić się promieniami niezłomnych pasaży, jak w Double presto z I Partity czy Fudze z II Sonaty. I kołysać sarabandami, w których rytmie zamykała się cała wiedza artystki o czasie muzycznym. Świeckie godzinki.

 

Aleksiej Lubimow zawitał do miasta na kilkanaście godzin, by spotkać się z fortepianem, który dawno chciał poznać – Broadwoodem odrestaurowanym przez Andrzeja Włodarczyka. Gdzie kierował swe pierwsze kroki Chopin, gdy odwiedzał nowe miasto czy kraj? Do pracowni fortepianów właśnie, ciekaw innych barw, mechanizmów, innymi słowy: szukając substancji dla swojej muzyki. Lubimow jest na ową substancję równie wrażliwy, choć mógłby przecież z powodzeniem brylować na potężnych steinwayach. Jego dźwiękoczułość pozwala zespolić się znakomitej technice, klasycznej pianistycznej elegancji z intymnością delikatnego brzmienia instrumentu, który przypomina, że kiedyś ludzie słyszeli – i słuchali – inaczej. I choć jego Bach z pewnością był z innej epoki, trudno było oprzeć się wrażeniu, że tak właśnie mógł sobie jego muzykę wyobrażać Chopin. Recital Lubimowa był hojny, jak gdyby pianista zdawał sobie sprawę, jak wyjątkowa jest obecność fortepianu w programie Pieśni Naszych Korzeni. I rzeczywiście był to wyjątek wart odstępstwa od tradycji, bo usłyszeć Fantazję d-moll Mozarta czy Sonatę księżycową w takim wykonaniu i w takim anturażu (rozświetlone świecami wnętrze kościoła franciszkanów) to jak znaleźć szczelinę w zasłonie czasu. A na koniec, gdy na niebie zapalały się ostatnie gwiazdy, z gracją rasowego lwa salonowego zabisował Lubimow perlistym Impromtu Schuberta.

 

Trzeciego dnia ze społeczności festiwalowej wyłonił się wiolonczelista Bruno Cocset, który w Jarosławiu spędził ze swą rodziną instrumentów niemal tydzień, pojawiając się na koncertach i w klubie festiwalowym. Jego własny koncert był spotkaniem wyjątkowym, świadectwem długich godzin spędzonych nie tylko na myśleniu muzyką, lecz także myśleniu o muzyce – o tym, jakiej wiolonczeli użyć w każdej z Sześciu suit na wiolonczelę solo Bacha, jakie każdej z nich przypisać miejsce i rolę w całym cyklu, jak sprawić, by przemówiły do słuchacza właśnie takim głosem, jaki słyszy w nich solista. Kto zna jego osiemnastoletnie już nagranie kompletu suit, ten wie, że trudno o poważniejsze potraktowanie tego repertuaru. Kto zaś miał okazję nie tylko usłyszeć, ale i zobaczyć, z jaką pieczołowitością traktuje on zbudowane przez Charlesa Richégo instrumenty, z jakim namaszczeniem zanurza się w Bachowską medytację, z jakim spokojem dysponuje czasem zamkniętym pomiędzy nutami, ten doświadczył spotkania z artystą o uchu nastrojonym metafizycznie. 

 

Koncert Cocseta nie pozostawił jednak wątpliwości, że aby owa metafizyka (a jest nią także jego metaforyczna interpretacja suit jako drogi od narodzin, przez budzenie się duchowości, aż do męki i zmartwychwstania Chrystusa) mogła zaistnieć, musi być ufundowana w fizyce – materii dźwięku płynącej z nieprzypadkowo wybranego źródła. Fizyczna obecność wszystkich pięciu (bo jedna z nich występowała dwukrotnie) wiolonczel na estradzie była także dojmującym świadectwem efemeryczności ich krótkiej opowieści, która po wybrzmieniu każdej z gigue osuwała się w ciszę, by pozostać tylko wspomnieniem. Wyjątkowym wspomnieniem będzie dla mnie zagrana na instrumencie o ciemnym brzmieniu II Suita, a szczególnie pełna skupienia Sarabande. Nie sposób zapomnieć także znaczącego bisu: Passacagli Giovanniego Battisty Vitalego, którą Cocset wykonał na niewielkiej tenorowej violi. 

 

Odmienny nastrój i odmienne konotacje przyniósł występ Yurdala Tokcana w kościele Dominikanów. Tokcan, wirtuoz tureckiego instrumentu oud, mającego wspólne korzenie z lutnią, roztoczył przed słuchaczami baśń, której narracja rządziła się regułami trudnymi do uchwycenia dla ucha przywykłego do muzyki europejskiej. Oparte na tradycyjnych strukturach (makamach) utwory i improwizacje pociągały swą egzotyczna aurą. Palce solisty potrącały raz to struny czułości, raz ognia, snuły melodie, których słucha się zauroczonym tym, co obce – tak, jak słucha się pieśni w zupełnie nieznanym języku.

 

To, co znane i konstytutywne dla kanonu muzyki dawnej powróciło w recitalu Paola Pandolfa – muzyka na violę da gamba: od panów de Machy i de Sainte-Colombe, przez Głosy ludzkie Marina Marais aż po utwory Abla i Telemanna. Mimo charakterystycznej dla tego repertuaru melancholii, koncert miał w sobie wiele pogody, także dzięki pełnym werwy zapowiedziom muzyka. Nietrudno było dostrzec różnice temperamentów między gambistą a wiolonczelistą, który wystąpił dwa dni wcześniej. Gavotte z VI Suity Bacha, który Pandolfo zagrał na bis był roztańczony i rześki. Ten sam gavotte Cocset zagrał z myślami skierowanymi ku niebu. Z koncertu Pandolfa wyszliśmy w letnią burzę. Z wieczoru Cocseta – w ciemność szepczącą muzyką podkarpackich świerszczy.

 

Głosy natury dały się usłyszeć w grze Françoisa Lazarevitcha, który w swym flecie zamknął śpiew słowika, kosa i wilgi. I choć repertuar jego koncertu (12 fantazji na flet solo Telemanna) daleki był od programowości, utwory te były pełne muzyki z życia wziętej: tańców – w tym polskich – uwertury operowej czy śpiewnej kantyleny. Jeśli Cocset myśli muzyką, to Lazarevitch z pewnością nią oddycha. Jego frazowanie jest naturalne, niewymuszone jak gramatyka ojczystej mowy. Jego wyczucie polifonii ukrytej w Telemannowskich fantazjach nie ma sobie równych, a przecież natura fletu zdawałaby się przeczyć jakiejkolwiek wielogłosowości. Lazarevitch widzi w nutach więcej niż niejeden śmiertelnik, a jego wnikliwa lektura zapisu owocuje bogactwem rytmów, artykulacji i kolorów, których próżno szukać w niemych drobinach atramentu. Korzenie tego bogactwa tkwią w zainteresowaniu artysty muzyką tradycyjną, z której idiomu wykonawczego czerpie pełnymi garściami i to nie tylko w teorii. Do licznych bisów przygotował bowiem arsenał innych instrumentów, dzięki czemu mogliśmy się przekonać, że jest wirtuozem wszelkiego rodzaju fletów (między innymi irlandzkiego fletu podłużnego), a także dud i musette. 

 

I tak upłynął wieczór i poranek, dzień szósty. Siódmego dnia zabrzmiało słowo śpiewane we wspólnocie głosów chóru festiwalowego, który gorliwie ćwiczył przez cały tydzień pod okiem Bartosza Izbickiego. Kanwą warsztatów były Godzinki o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Marii Panny, przeplatane opracowaniami hymnów z 1606 roku Diomedesa Cato oraz pieśni ze zbioru Nabożnych pieśni (1645), w którym najwyższy głos opisano jako „głos dla pospólstwa”. Trudno więc o lepszy pomysł na włączenie do śpiewu pół-, ćwierć- i całkiem amatorskich głosów uczestników festiwalu. 

 

Wartością tego spotkania był jednak nie tylko znakomity pomysł ożywienia tradycji wykonywania muzyki kościelnej wszystkimi dostępnymi środkami (czyli śpiewem mniej lub bardziej profesjonalnym, ale też za pomocą instrumentów, którymi akurat dany kościół dysponował), lecz także pełne praktycznej mądrości przewodnictwo Izbickiego. Jego uwagi dotyczące kształtowania poszczególnych wypowiedzi muzycznych, inwencja w proponowaniu wariantów i konfiguracji głosów i instrumentów, a wreszcie doświadczenie pracy ze współczesną codziennością muzyki liturgicznej pozwalały zrozumieć prozodię i funkcjonalność tych śpiewów. Współudział w harmonii ufundowanej na głosach członków zespołów Jerycho, Pulse Ensemble i GŠ Ansamblis dawał zaś niezwykle silne poczucie wspólnoty. Obecność Jerycha zaznaczyła się zresztą w trakcie koncertu szczególnie wyraziście w surowym, a jednocześnie pełnym otuchy pięknie Bogarodzicy w opracowaniu Błażeja Dereya czy pieśni Marsz, marsz me serce. Uroku i rozmaitości dodawali też całemu przedsięwzięciu instrumentaliści, którzy stanowili podporę i ozdobę dla pokaźnej grupy głosów.

 

Były jeszcze, rzecz jasna, seminaria, klub festiwalowy i msze, zwłaszcza piątkowe requiem w intencji Macieja Kazińskiego, ale o nich pisać nie sposób – to te elementy festiwalu, które czynią go autentycznym świętem i których trzeba po prostu doświadczyć, jeśli tylko jest się gotowym wykroczyć poza niewidzialne mury dźwiękowego muzeum.

 

***

 

Współczujące oczy nie przenikną otchłani dna duszy. Dłoń czuwająca nie zdejmie bólu, który odbiera zmysły. Współobecność nie wypełni pustki. Przyjacielski uścisk nie zastąpi żaru miłości. 

A jednak nie jesteś całkiem sama, ty, której łzy płynęły strumieniami, gdy Cocset przemierzał przestrzenie duchowe suit Bacha. I ty, który oddychałeś obok tą samą frazą, gdy Lazarevitch ożywiał zapomniane tańce zaklęte w fantazjach Telemanna. Ty, której słowa uwięzły w gardle, gdy Sirkka-Liisa skończyła Ciacconę z II Partity Bacha. I ty, który podążając za Lubimowem, odnalazłeś subtelną paletę barw, którymi malował swe ballady Chopin. 

 

Zanurzeni każdy w swych otchłaniach, oniemieli z zachwytu, czasem wystawieni na próbę rozciągłości muzycznego czasu i niewygód kościelnych ławek, byliśmy tam razem. W mnogości wrażeń i odczuć, różni w swych upodobaniach i oczekiwaniach, różni w talentach śpiewaczych. Razem w poczuciu wdzięczności dla Macieja Kazińskiego. Podszytej smutkiem, ale jednak radosnej cierpliwą radością ogrodnika, który dba o to, by zasiane ziarna wydały dobre owoce. Po śmierci Marii Barbary i dwójki swych dzieci Bach zanotował ponoć takie zdanie: „Boże nie pozwól, aby opuściła mnie radość”. Na otwarcie festiwalu Marius Peterson zaśpiewał estoński chorał ludowy, w którym padają słowa: „Czego Bóg chce, Aniołowie zawsze czynią radośnie – i Wy czyńcie tak jak Oni”.

 

Non sei solo. Jest nas garstka. 

Trwajmy. 

 

sierpień 2019