Święto Muzyki. 20–21.06.2019 \ Szczecin

 

Ostatni dzień wiosny i pierwszy dzień lata połączyła w Szczecinie seria koncertów zorganizowanych z okazji Święta Muzyki. 20 czerwca na zakończenie cyklu koncertów Soundlab wystąpił Daniel Hope z New Century Chamber Orchestra w utworach amerykańskich minimalistów (Shaker Loops Johna Adamsa, Echorus Philipa Glassa, rozdzielone Adagiem Samuela Barbera). Kto nie chciał nigdy zamieszkać w ulubionej frazie muzycznej? Kompozytorzy drugiej połowy XX wieku nadali tej fantazji namacalny kształt, stworzyli dźwiękowe przestrzenie oparte na powtarzalności, otaczającej słuchaczy niczym skomplikowany system ścian i korytarzy. Kto nie chciałby zamieszkać w przeboju wszech czasów? Takie pytanie towarzyszyło zapewne Maxowi Richterowi, twórcy Vivaldi Recomposed wykonanego na zakończenie programu.

Postmodernistyczne zabawy z tradycją każą przemyśleć różnicę między twórczością oryginalną czerpiącą z historii muzyki (Lukas Foss, Alfred Sznitke) a pozornie tylko tradycyjnym wykonawstwem utworów dawnych mistrzów (Mozart Anderszewskiego różni się od Mozarta Clary Haskil jak Hildegarda von Bingen od Mahlera). Połączenie minimalizmu z Vivaldim ukazuje ponadto „bezwzględną względność” historii. Włoską muzykę następców Rudego Księdza Stendhal przypisał do ideału „piękna geometrycznego”. Czerpie ono siłę z arabeskowej regularności, nie z głębi przeżycia czy z rozmachu całej formy. Rodzi się z mgławicy muzycznych drobinek puszczanych w ruch wedle prostego, ale logicznego planu. Minimalizm pasożytuje na baroku? Vivaldi pisze program dla Adamsa? Odpowiedzi należą do słuchaczy.

Hope nasycił muzykę słodyczą, jakiej nie powstydziłby się André Rieu. Rozwibrowane pianissimo possibile w trzeciej pozycji – snute włoskiem jednorożca po kryształowej szybce – przywodziło na myśl playlisty ze Spotify, opatrzone tytułami Romantic czy Heartbreak. Hope umie grać oschle i formalnie. Umie też grać ładnie. Umie grać pięknie, cudnie, prześlicznie. I chwała mu za to.

Następnego popołudnia pierwsze wykonanie Symfonii nr 1 Wojtka Blecharza połączyło – na zasadzie odwróconej symetrii, zwanej w retoryce chiazmem – dwie przestrzenie: skrawek zieleni za Cerkwią św. Mikołaja i wnętrze Filharmonii. Najpierw część ogrodowo-miejska: najkrótsza, trwająca nieco ponad dziesięć minut. W dialogu z anektowanym przez siebie miejscem Blecharz rozpisał utwór na szereg linii horyzontalnych i wertykalnych. Zainicjowane przez blachę brzmienie przywodzi na myśl poziome płaszczyzny, fundamentalną podstawę. To płaskie lico jakiegoś monolitu, skalnej gładzi, na której osadziła się dopiero ziemia szczecińskiego parku. Ten podstawowy byt szybko rozchodzi się prostymi i łamanymi przekrojami we wszystkie strony od nieruchomego (na razie) centrum. Od podstawy oddzielają się inne płaszczyzny: dźwięki instrumentów dętych drewnianych i smyczków, zawieszone tercję niżej, kwintę czy sekundę wyżej. Stopniowo obok linii horyzontalnych pojawia się, coraz lepiej wyczuwalny, ruch w pionie. Wprowadza go zwłaszcza, powtarzana po wielokroć, wstępująca gama chromatyczna z obiegnikami na każdym dźwięku. Nic jednak nie trwa tu wiecznie. Pionowy ruch powoli zanika i w końcu wszystko wraca do podstawowego dźwięku-gładzi. Potem jest tylko cisza. I odgłosy parku w środku miasta.

Rolę prawdziwie kluczową – bo podobną do użycia klucza w muzyce tonalnej – odgrywa tu rozmieszczenie samych muzyków. Drzewo znalazło się najwyżej, na szczycie niewielkiego wzgórza schodzącego łagodnie ku kolistej promenadzie, na obwodzie której usytuowano dwanaście instrumentów smyczkowych (skrzypce i altówki). Blacha rozbrzmiewa z tego samego poziomu co smyczki, ale z miejsca symbolicznie oddzielonego od szczytu wzgórza gwałtownym zerwaniem – ostrą skarpą. Po przerwie wraz z muzykami przeszliśmy do Filharmonii, gdzie wyjściowy układ instrumentów uległ modyfikacji, ale nie prostemu odwróceniu. Druga część opierała się na powtórzeniu (z pewnymi zmianami) materiału muzycznego znanego z parku. Specyfika powierzchni podzielonej i zamkniętej, ciąg pomieszczeń wielkiego gmachu w jeszcze większym stopniu niż obszar skweru dezintegrowały ogląd całości. Inaczej rozkładały się też zakłócenia: w pierwszej części dominowały dźwięki ulicy, kroki na suchej trawie, śpiew ptaków, w drugiej – kroki na posadzce, nagrania odgłosów natury i elektronika w głośnikach.

Ostatnią – najdłuższą, bo niemal godzinną – część Symfonii rozpoczęła blacha wyrazistą serią chromatycznych pochodów w dół. Ruchy muzyków intensyfikowały się, interferując z ciągłym dreptaniem widzów/słuchaczy. Finałowe zejście wszystkich instrumentalistów na biały hol Filharmonii realizowało ideę spektaklu jako popularnego święta, o którym swego czasu marzył Rousseau. Po raz ostatni przypomniało też o etymologii samego słowa symfonia: to zebranie brzmień. Wbrew zachętom kompozytora z ulotki-instrukcji obsługi nie położyłem się w Sali Kameralnej, wypełnionej niebieskim światłem i równomiernie intensywną transową wibracją. W moim głębokim słuchaniu, niebieska sala została tylko (i aż) możliwością. Zajrzałem tam raz. Wspomnienie zostało ze mną do końca. Jak nieustająca świadomość przestrzeni w głębi ciała – bezpiecznej, filtrującej dźwięki z zewnątrz.

I w końcu ostatni koncert Święta Muzyki. Michaił Wajman i Dina Yoffe w towarzystwie smyczkowej Cameraty Stargard. W programie znalazły się koncerty na skrzypce i fortepian: D-dur Ernesta Chaussona oraz d-moll Felixa Mendelssohna-Bartholdy’ego, a także IV Symfonia c-moll na smyczki tego drugiego. Mimo niedociągnięć, młody zespół pod dyrekcją Norberta Twórczyńskiego zaproponował wyraziste odczytanie muzyki dziewiętnastowiecznych mistrzów. Zwłaszcza wykonanie koncertu Chaussona nadało szczególny smak pierwszemu wieczorowi lata. Kompozytor (zmarły w 1899 roku) to artysta, pod ręką którego belle époque schodzi ze sceny w pełni swoich wdzięków. Schyłkowe splendory jego muzyki mają w sobie soczystą intensywność sierpniowego słońca, zachodzącego bez obietnicy, że jutro ujrzymy je znowu. Yoffe i Wajman to muzycy bardzo doświadczeni. Przynieśli nam nie tylko swoje wizje, lecz także swoje zmęczenie. Czas skruszył ich technikę, ale czuwał nad rozwojem mądrości, wyczucia formy, zrozumienia detali partytury. Gdyby istnieli przewodnicy przypisani nie do miejsc, ale do pór dnia, Wajman i Yoffe objaśnialiby oniemiałym z zachwytu przechodniom uroki letnich zachodów słońca.

 

Nr 07/2019