Przegląd Sztuki Survival. 28.06–02.07.2019 \ Wrocław

 

Przegląd Sztuki Survival od lat anektuje opuszczone przestrzenie Wrocławia (zazwyczaj budynki w kolejce do wyburzenia lub czekające na inwestora), wypełnia je sztuką, urządza interwencje artystyczne. Główny temat zwykle nawiązuje do historii miejsca i jego dawnej funkcji. Siedemnasty już przegląd odbył się w dawnym szpitalu kolejowym (a wcześniej – żydowskim) przy alei Wiśniowej, więc można było spodziewać się motta związanego ze zdrowiem. Organizatorzy zdecydowali się jednak na bardziej enigmatyczne hasło: „Ukryte”. Może i słusznie? O zdrowiu i śmierci nie lubimy przecież mówić otwarcie.

Ukryte były z pewnością festiwalowe prace rozrzucone po olbrzymiej przestrzeni (dwa skrzydła, cztery kondygnacje) szpitala. Dominującym doświadczeniem akustycznym było zatem echo własnych kroków, chrzęst gruzu pod stopami, a nieliczne prace dźwiękowe (kuratorem sceny dźwiękowej od lat jest Daniel Brożek) już z daleka mamiły i przyzywały jak syreny. Ekspozycję zwiedzałem już po zmierzchu, w części budynku nie działało światło i trzeba było sobie pomagać latarką, co tylko potęgowało poczucie niesamowitości.

Pierwszy uwagę zwracał głuchy łomot dobiegający z piwnicy. Wideo Jeszcze szybciej, jeszcze wyżej, jeszcze mocniej zostało zrealizowane we wnętrzach szpitala. Performer (Kasper Lecnim) maniakalnie przebiega puste korytarze z piłką, ostrzeliwując wszystko, co się da, trzaskając drzwiami, wywracając nieliczne pozostawione sprzęty. Jego wysiłkom towarzyszy motywujący doping operatorki (Irmina Rusiecka). Huk niosący się korytarzami został pięknie nagrany i świetnie odtworzony, miało się wrażenie, że Lecnim przebiega z piłką tuż obok. Było w tym dla mnie coś z podróży sentymentalnej do dzieciństwa spędzonego na blokowisku, gdzie fascynowała akustyka tuneli i bram przejazdowych, a punktem honoru było tak mocne odbicie piłki od ściany, by echo uderzenia rozniosło się po całym osiedlu.

W kontraście do obsesyjnego wideo Rusieckiej stała poetycka instalacja Beniamina Głuszka Struny snu – muzyka na EEG solo zrealizowana w dawnym basenie rehabilitacyjnym. Nawiązanie do Music for solo performer Alvina Luciera jest tutaj przewrotne. W przeciwieństwie do pierwszego utworu muzycznego wykorzystującego fale mózgowe (oraz do cyklu instalacji Neuromuzyka samego Głuszka) praca nie interpretowała fal mózgowych wykonawcy na żywo. Zamiast tego rejestracja odczytu fal mózgowych w czasie snu była przekładana na ruch pisaków analogowego EEG, które trącały ciągnące się przez całą długość basenu struny i wprawiały w rezonans porozwieszane na żyłkach – jakby dryfujące na niewidzialnej tafli wody – gitary. Struny w zależności od fazy snu dźwięczały delikatnie, eufonicznie, a w fazie wzmożonej aktywności mózgu REM pisaki gwałtownie przyspieszały i basen wprost wypełniał się dźwiękiem.

Rozczarowująca była instalacja I SEE YOU Aleksandry Trojanowskiej i Beniovskiej (Pauliny Czerek) złożona z szalek z umieszczonymi w nich odpadkami zebranymi w różnych stronach świata. Gdy nad odpowiednimi szalkami wyciągnęło się rękę z głośników uruchamiały się przetworzone dźwięki tychże odpadków. Koniec końców sample były bardzo krótkie, do wyboru były tylko trzy typy brzmień, z których można było ułożyć ograniczoną liczbę kombinacji. Więcej miejsca na interakcję pozostawiał Tremor Agaty Kneć. Konstrukcja z kabli, czujników i głośników oplatała trzy sale dawnego bloku operacyjnego niczym żywy organizm. Zwisające tu i ówdzie, przymocowane do ścian i szyb mikrofony kontaktowe i piezo przetworniki zbierały drgania budynku, zmiany w polu elektromagnetycznym, ale też pozwalały na bezpośrednią manipulację brzmieniem, które w większości nawiązywało do odgłosów aparatury medycznej.

Podobne odgłosy pojawiły się w instalacji dźwiękowej datastasis N.C. Honghoona Chunga, Alejandra Van Zandt-Escobara i Alperena ahina wizualizującej i sonifikującej potężne bazy danych materiału genetycznego, wykorzystywane do diagnozy chorób genetycznych. Syntetyczna elektronika przypominała dźwięki urządzeń medycznych – pozornie statyczne, ale przecież nieustannie zmienne w zależności od stanu badanego. Ciekawe było zaaranżowanie przestrzeni instalacji. Podłogę wyściełały powyrywane kartki z atlasu markerów genetycznych – nieustanny i niezrozumiały ciąg liter i cyfr. Ustawiony pośrodku pusty fotel medyczny niepokoił, był jak niemy wyrok – w zawieszeniu. Przecież sami do końca nie wiemy, jakie niebezpieczeństwa kryje przed nami nasz własny kod genetyczny.

W tym opuszczonym szpitalnym budynku było coś niepokojącego, nic więc dziwnego, że artyści chętnie nawiązywali do estetyki horroru. Mrugające światło ewokowało ten trop, a jednocześnie zachęcało do posłuchania niezwykłego dwunastościennego głośnika, wystawionego przez Partyzancką Grupę Artystyczną. Szumy tworzyły fascynującą wielopłaszczyznową przestrzeń dźwiękową, a ich fluktuacje dobrze korespondowały z migającym światłem. O horrorze chorych izolowanych w zamkniętych zakładach psychiatrycznych przypominało San Clemente Pierre’a Jodlowskiego. Przywiązanie kompozytora do warsztatu (wysokojakościowe wideo i staranna wielokanałowa elektronika) jakoś nie chciały mi się zgrać z partyzanckim charakterem przeglądu. Znacznie lepiej wpisywał się w ten etos film Kishonia Horacego Muszyńskiego – utrzymana w estetyce taniego horroru opowieść o chorobie zmieniającej ludzi w krwiożercze ogórki kiszone. Pod powierzchnią absurdalnej historii kryła się gra z polskimi stereotypami i problemami społecznymi, a ważnym elementem filmu był artefakt dźwiękowy – głos znanego lektora Tomasza Knapika.

Survival był w tym roku wyjątkowo dźwięczny, ale też… pachnący, przede wszystkim za sprawą instalacji AROMA pracowni sezonowej. Zapach krojonego pora spowijał zaś instalację i performans Grupy Zapora Porazol, lek na całe zło w przestrzeni dawnej szpitalnej apteki. W klimat niepokoju wpisywały się prace nawiązujące do posthumanizmu: w dolinę niesamowitości zabierał Beauty Makers Agaty Wieczorek przedstawiający zjawisko female maskingu, natomiast instalacja VR Immanuel bliskowschodniego kolektywu była dość złożoną propozycją, jednak jej klimat (budowany także za pomocą zapętlonego fortepianowego motywu na bazie Lacrimosy Mozarta) przywodził na myśl atmosferę Escape room.

Od wymarłej ciszy opuszczonego szpitala radykalnie odcinał się radosny gwar zlokalizowanej na dziedzińcu strefy piknikowej i muzyka sącząca się z festiwalowego klubu. Obydwie przestrzenie były wobec siebie jak awers i rewers. Jak zdrowie i choroba. Jak życie i śmierć.

 

Nr 07/2019