Eugeniusz Morawski to jedna z najbardziej tajemniczych postaci w historii muzyki polskiej. Zachowana twórczość kompozytora, obejmująca trzy poematy symfoniczne, trzy balety, kilkanaście pieśni, utwory kameralne oraz wokalno-instrumentalne, zaniedbana przez niego samego i poważnie uszczuplona po powstaniu warszawskim, dopiero teraz zaczyna zwracać uwagę badaczy i słuchaczy.

Zaginionych utworów było o wiele więcej. Morawski był autorem jeszcze trzech poematów symfonicznych, dwóch baletów, czterech symfonii, pięciu oper, trzech koncertów, dziesięciu sonat, siedmiu kwartetów smyczkowych i jednego oratorium. Dotychczas na rynku ukazały się albumy z nagraniami poematów symfonicznych i pieśni. Chociaż utwory te bez wątpienia świadczą o talencie kompozytora, melomani nadaj czekają na nagranie (i, być może – wystawienie) prawdziwego opus magnum Morawskiego – dwuaktowego baletu Świtezianka. Specyficzny urok muzyki tego twórcy – klimat niesamowitości i grozy, gęsta faktura i niezwykle pomysłowa orkiestracja sprawiają, że jego styl jest bardzo rozpoznawalny. Balansując na styku neoromantyzmu i ekspresjonizmu, Morawski stworzył prawdziwie nową jakość.

 

Kompozytor-terrorysta

Trudno byłoby znaleźć artystę o równie dramatycznych i skomplikowanych losach. Morawski – rówieśnik Mieczysława Karłowicza – urodził się w 1876 roku. Absolwent warszawskiego Instytutu Muzycznego (w klasie kompozycji i fortepianu) oraz Szkoły Sztuk Pięknych, działał także we Frakcji Bojowej Polskiej Partii Socjalistycznej. I to właśnie z powodu owej aktywności, w listopadzie 1907 roku, został aresztowany przez carską ochranę i osadzony w Cytadeli Warszawskiej. Trudno wyobrazić sobie bardziej niefortunny zbieg okoliczności. Morawski był wtedy w trakcie organizowania, razem ze swoim przyjacielem Mikalojusem Čiurlionisem, koncertu w warszawskiej filharmonii. Gdyby wydarzenie to doszło do skutku, być może losy kompozytora – a przynajmniej jego spuścizny – potoczyłyby się zupełnie inaczej.

Dość jednak powiedzieć, że po kilku miesiącach spędzonych w Cytadeli, oskarżony o terroryzm, Morawski wyruszył nie na zesłanie na Syberię, jak było przewidziane w wyroku, lecz do Paryża. Zadbał o to ojciec kompozytora, sprytnie wykorzystując koneksje z carskimi urzędnikami. Tak rozpoczął się najbardziej tajemniczy etap w życiu Morawskiego – etap, o którym nadal niewiele wiadomo. Kilka utworów kompozytora wykonano w Paryżu, Monte Carlo i, prawdopodobnie, w Angers. Ale jego sława nigdy nie zatoczyła szerszych kręgów ani za granicą, ani w Polsce. W roku 1912, we Lwowie i w Warszawie, zagrano poemat symfoniczny Don Quichotte, w latach dwudziestych zdarzały się okazjonalne wykonania poematów symfonicznych Nevermore i Ulalume. Chociaż część krytyki nie kryła zachwytu, a publiczność gorąco oklaskiwała te utwory – pozostałe wciąż czekały na publiczne wykonanie, a Morawski ociągał się z powrotem do kraju.

 

Historia pewnego trójkąta

Zmusiła go do tego dopiero ciężka sytuacja materialna, w jakiej znalazł się w 1930 roku. Do kompozytora pomocną rękę wyciągnął wtedy ówczesny minister Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, Janusz Jędrzejewicz, notabene również działacz PPS-u. Morawski został więc najpierw dyrektorem Konserwatorium Muzycznego w Poznaniu, po czym przeniósł się niebawem do Warszawy i został dyrektorem Średniej Szkoły Muzycznej. Po utworzeniu Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej – i po rezygnacji Karola Szymanowskiego ze stanowiska rektora w 1932 roku – jego miejsce zajął właśnie Morawski. Nie bez znaczenia były zapewne nawiązane w Paryżu przyjaźnie z Bolesławem Wieniawą-Długoszowskim i Edwardem Rydzem-Śmigłym, osobami bardzo wpływowymi, jednakże skupiona wokół Szymanowskiego część środowiska muzycznego wybór Morawskiego przyjęła fatalnie.

Z wydarzenia bardzo szybko uczyniono spór postępowców z konserwatystami, a sam Szymanowski w korespondencji uznawał Morawskiego (wespół z Piotrem Rytlem i Stanisławem Kazurą) za jednego ze swoich głównych wrogów. Konserwatyzmowi dwóch ostatnich z wymienionych panów nie sposób zaprzeczyć, Morawskiego uznano jednak za reakcjonistę głównie dlatego, że połączył z nimi siły. Konfliktowa sytuacja między dwoma kompozytorami wkrótce potem przerodziła się w otwartą wojnę.

Wszystko za sprawą baletu Świtezianka, wystawionego w maju 1931 roku w warszawskim Teatrze Wielkim. Tytuł dzieła przywołuje na myśl balladę Adama Mickiewicza, ale Morawski stworzył autorską wersję libretta. Rdzeniem historii opowiedzianej w balecie są dzieje miłosnego trójkąta, którego bohaterami są mieszkańcy wioski nad brzegiem jeziora Świteź: Sagna, Wit oraz kniaź Ryś. Sagna i Wit są kochankami, Ryś natomiast bezskutecznie stara się zdobyć względy dziewczyny. Wit odpędza rywala, ale kniaź powraca w trakcie wiejskiej zabawy i porywa ukochanego Sagny. Zrozpaczona dziewczyna tańczy nad brzegiem jeziora, skąd dostrzega w mgłach widma, które wabią ją do jeziora. Sagna rzuca się w jego toń, topi i przemienia w tytułową świteziankę.

Tak kończy się pierwsza część baletu. Ryś pragnie odzyskać dziewczynę, prowadzi więc związanego Wita nad Świteź i każe mu grą na flecie przywabić Sagnę. Kiedy dziewczyna pojawia się we mgłach, kniaź zabija rywala i w jego przebraniu spieszy na spotkanie ukochanej. Sagna, przejrzawszy grę Rysia, kiedy tylko ten znajduje się wystarczająco daleko od brzegu – rzuca się na niego razem z innymi wodnymi upiorami i topi go jeziorze.

W ten sposób przedstawia się akcja baletu. Utwór wykonano pod batutą Adama Dołżyckiego – bardzo uzdolnionego i cenionego wtedy dyrygenta. Za choreografię odpowiadał Piotr Zajlich, za scenografię – Adam Wodyński. Rolę Wita wykonywał Sylwin Baliszewski, Rysia – Zygmunt Dąbrowski, a w roli tytułowej wystąpiła Halina Szmolcówna, ówczesna primabalerina Teatru Wielkiego i żona Grzegorza Fitelberga. Tajemnicą poliszynela środowiska artystycznego było, że Fitelberg i Morawski serdecznie się nie znosili, a ten ostatni – jeśli wierzyć plotkom – przechowywał wizytówkę Fitelberga w małej czarnej trumience, która stała na jego biurku.

Warto na marginesie dodać, że Świteziankę wystawiono w towarzystwie baletu Piotra Rytla zatytułowanego Faun i Psyche, który krytycy solidarnie zgromili, ganiąc zarówno kompozytora, jak i wykonawców. Ze Świtezianką stało się inaczej – balet odniósł spory sukces, a jego wykonania zaliczyć można do największych triumfów Morawskiego. Nawet zwolennik Szymanowskiego, Felicjan Szopski, nie przeszedł wobec muzyki utworu obojętnie, wróżąc dziełu powodzenie na scenach zagranicznych.

Nestor polskich krytyków, Stanisław Niewiadomski, był w swojej recenzji o wiele bardziej wylewny: „W muzyce Eugeniusza Morawskiego pełno życia, temperamentu, wybuchów, gwałtów, krzyku, huku i grzmotów. Jej dynamika co chwila popada w istny szał, rytmika nie nuży ani na moment, barwy orkiestralne to istna orgia […]. Świtezianka interesuje jako twór talentu, inteligencji i głębokiego kunsztu”.

Niewiadomski był zresztą zwolennikiem muzyki Morawskiego od dawna. Już w roku 1912 roku o utworach tego kompozytora pisał z entuzjazmem i podziwem. Również Karol Stromenger od lat wypowiadał się o muzyce Morawskiego pozytywnie, a jego długa i treściwa recenzja z wykonania poematu symfonicznego Nevermore z 1925 roku jest jednym z najważniejszych ówczesnych tekstów dotyczących twórczości tego kompozytora.

W szkicu o Świteziance Stromenger uchylił również rąbka tajemnicy na temat sytuacji Morawskiego, której zrozumienie jest tak ważne dla recepcji jego dzieł:
„Trzeba stwierdzić niespotykany sukces muzyczny. Muzyka udana, silna, bardzo sceniczna, ma charakter w scenach rodzajowych, ma siłę tragizmu, fantastyczną powagę, rzuty i chwyty pewne, celowe. W sumie – wydarzenie artystyczne […]. W muzyce Morawskiego uderzają dziwne sploty przeciwieństw: patos i humor, zdrowa brutalność koncepcji i wyrafinowany styl orkiestrowy, niewspółczesna szczerość i współczesna orkiestracja. Artyzm nie tkwi w samej technice, wyobraźnia silna, […] talent dojrzały, na własnych zagonach produktywny, samodzielny, z przetrawionym modernizmem i własnym warsztatem […]. Jak Morawski nie należy do żadnej grupy kompozytorskiej, tak nie należy do żadnej kliki wzajemnych świadczeń. Po wielu latach spędzonych w Paryżu ten rodowity warszawiak od roku już prawie nie przestaje się dziwić, że w świecie muzycznym Warszawy nie znajduje oparcia. Jako dyrektor Konserwatorium Warszawskiego musi pracować wśród warunków trudnych dla artysty i obowiązkowego człowieka. Zapewne kiedyś po śmierci będzie miał śliczne nekrologi”. Przewidywania Stromengera niestety się nie sprawdziły, a jedną z przyczyn był bez wątpienia spór, jaki powstał przy przyznawaniu Państwowej Nagrody Muzycznej w 1933 roku. Nagrodę otrzymał Morawski, ale nie obyło się bez skandalu.

 

Sukcesy i skandale

Do konkursu zgłoszono dwa utwory: Świteziankę Morawskiego oraz IV Symfonię Szymanowskiego. Już sam pomysł konfrontacji tych dwóch utworów wzbudził w akolitach tego ostatniego skrajne emocje. Adolf Chybiński pisał w liście do Juliusza Zborowskiego, że „bije się złoto z łajnem!”; równie gorąca dyskusja rozgorzała w prasie. W skład jury decydującego o przyznaniu nagrody wchodzili: młodzi kompozytorzy Piotr Perkowski i Michał Kondracki (reprezentujący Stowarzyszenie Muzyki Polskiej i zacięcie broniący Szymanowskiego), Stanisław Niewiadomski, Franciszek Brzeziński, Karol Stromenger (desygnowani przez Ministerstwo), Piotr Rytel (jako przedstawiciel Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej) oraz Witold Maliszewski (naczelnik Wydziału Muzycznego Ministerstwa).

Od razu po rozpoczęciu obrad stało się jasne, że oprócz Kondrackiego i Perkowskiego, wszyscy sędziowie są za przyznaniem nagrody Morawskiemu. W krótkim czasie konfliktowa atmosfera, wprowadzona przez dwóch młodych sędziów, zmusiła do rezygnacji z uczestnictwa w obradach Piotra Rytla (powodem były nieporozumienia między nim a Stowarzyszeniem Muzyki Polskiej, które niezbyt szczęśliwie przeniosły się do grona jurorów). Kiedy okazało się, że i ten zabieg na niewiele się zdał i faworytem nadal jest Morawski, Perkowski i Kondracki w ramach protestu również opuścili skład sędziowski. Oburzenia nie krył Niewiadomski, publikując na łamach „Kuriera Polskiego” długi artykuł, w którym bronił wartości muzyki Świtezianki. Jako ripostę Perkowski opublikował w „Wiadomościach Literackich” tekst zatytułowany Dlaczego złożyłem mandat członka jury państwowej nagrody muzycznej, artykuł emocjonalny i przesycony argumentami

Nie brak było w nim również uszczypliwych uwag na temat sytuacji finansowej Morawskiego. Przypomnieć wypada, że kwota nagrody – 5 000 przedwojennych złotych – była sumą w owych czasach bardzo wysoką, a głównym powodem, dla którego Morawski przyjechał do Polski, była jego zła sytuacja finansowa.

Perkowski nie przebierał w słowach: „Bóg świadkiem – co to za diabelski trud dokładne przejrzenie partytury Świtezianki. Instrumentacja utworu […] hamowała tempo pracy «badaczy», którzy długie chwile spędzali w zadumie nad tym, po co «mądry rabbi» męczy niebiańską celestę niepotrzebnym łechtaniem w chwili, gdy cała orkiestra, złożona co najmniej ze stu osób, razem ze wszystkimi trąbami, puzonami, tubami i bębnami rżnie jak się da – byle tylko najgłośniej. Przecież słabiutkiego chichotu łechtanej celesty i tak nikt nie usłyszy?! Ale najgorzej przedstawia się sama «muzyka» Świtezianki. Gdy «badacz» zmuszony jest «upajać» się upartym powtarzaniem przez autora w kółko tego samego, a przy tym wyjątkowo ubogiego motywu w ciągu nieskończenie długiego czasu, poprzez nie wiem ile stron partytury – dostaje się takiego zawrotu głowy, że w obawie przed nudnościami trzeba za każdym razem wznawiać zdrowotny spacerek po świeżym powietrzu. […] Młoda muzyka polska, która z roku na rok, bodaj z dnia na dzień przybiera, jak potok górski, na sile, rozpędzie i wielkości – z chwilą nadejścia wiosennych promieni jednym muśnięciem spienionych fal oczyści granitową skałę prawdziwej sztuki i zniesie ze sobą resztki śnieżnych bałwanów-upiorów”.

Tekst Perkowskiego nie jest ani popisem erudycji, ani świadectwem obiektywnej, merytorycznej oceny. Nie jest jednak wyjątkiem w ówczesnym dziennikarstwie muzycznym. Kondracki zemścił się na Morawskim dwa lata potem, kiedy Jascha Horenstein wykonał w warszawskiej Filharmonii poemat Nevermore. Napisana przez niego „recenzja” jest wyjątkowo jadowita, nieżyczliwa, a o jakichkolwiek argumentach merytorycznych czytelnik może zapomnieć. Kondracki rozpoczął rozważania od zasadności umieszczania na afiszach zdrobnień od imion wykonawców, zaraz potem przeszedł jednak do frontalnego ataku na Morawskiego: „Niestety istnieją objawy i wiele groźniejszej patologji, z któremi nie pójdzie tak łatwo. Jeżeli dajmy na to ktoś uważa muzykę jako środek odstręczający, i chce np. trochę «postraszyć» ludzi. Więc wydobywa wtedy czarne okulary, czarnego kruka, i czarnym atramentem pisze dużo, dużo (mnóstwo za bardzo) czarnych nut. Z tego powstaje czarny charakter. Jeszcze tylko brakuje czarnej maski i rewolweru i na sali zapanuje zdecydowany popłoch – a może wesołość? Można łatwo zrozumieć tragiczny pesymizm niektórych niemłodych już dziś kompozytorów, którym ciężko przychodziły męki twórcze. Niepojętym się tylko może wydawać, jak nie potrafili oni stąd wysnuć najdalej idących wniosków o rezygnacji twórczej i zastosowania się do samego hasła: «Nevermore»? Poco męczyć siebie i innych? […] Straszyć ludzi «przedwczorajszemi» kompozycjami – chyba po to tylko, aby im raz na zawsze wybić z głowy chęć przekonania się do kompozytorów współczesnych i ich dzieł. Rezultat ten, że się słuchacze chwytają za głowy i wołają o pomstę do nieba […]. Nie tą drogą się zdobywa to, do czego się wzdycha; droga do Filharmonji prowadzi… nie przez Konserwatorjum”.

 

Konfrontacja w filharmonii

Kiedy kilka miesięcy po przyznaniu Państwowej Nagrody Muzycznej zorganizowano w Filharmonii Warszawskiej „Polski Koncert Europejski” – w skład programu weszły oba zgłoszone do nagrody utwory. Partię solową w IV Symfonii miał wykonać Szymanowski, a dyrygować – Grzegorz Fitelberg. Morawski nie ufał jednak dyrygentowi i, obawiając się sabotażu, wysunął do zarządu Filharmonii żądanie, aby Świteziankę wykonał jego dyrygent – Walerian Bierdiajew. Filharmonia warunek przyjęła, lecz obawiając się rozruchów (a zapewne – aby podsycić atmosferę sensacji) dodatkowo obstawiono koncert policją.

Z dzisiejszej perspektywy takie postępowanie może wydawać się przesadzone, jednak w tamtych latach dyskusje na temat sztuki bywały tak gorące, że i w filharmonii dochodziło do rękoczynów (na marginesie można dodać, że bardzo często w takich zajściach uczestniczył Stanisław Kazuro).

Oczywiście obstawa policyjna posłużyła stronnikom Szymanowskiego do wykpienia muzyki Świtezianki. Konstanty Regamey zapytywał w artykule opublikowanym w „Zet”, czy aby nie trzeba bronić muzyki Morawskiego przed protestami publiczności i zbyt głośnymi gwizdami. Dla odmiany Piotr Rytel, recenzując to wydarzenie, skupił się na balecie swojego przyjaciela, a osobę i utwór Szymanowskiego pominął zupełnie. Ostatecznie jednak, jak wspominał Kazimierz Wiłkomirski, koncert odbył się bez żadnych przeszkód, a obaj kompozytorzy otrzymali równie gorące owacje. Choć była i taka część publiczności, która po wykonaniu IV Symfonii wyszła, inni przyszli zaś tylko na balet Morawskiego.

Mimo sukcesu tej miary, muzyka Świtezianki musiała czekać na wznowienie do lat sześćdziesiątych, kiedy baletem zainteresował się Bohdan Wodiczko. Wykonanie to wzbudziło wiele emocji, a bardzo entuzjastyczną recenzję napisał wtedy Stefan Kisielewski. Wprawdzie wielokrotnie pojawiały się ponawiane przez muzykologów-entuzjastów wezwania, by wprowadzić muzykę Morawskiego do życia koncertowego, jednak twórczość tego kompozytora dopiero teraz – wydaje się – powraca do świadomości badaczy. Z pewnością najwięcej szkód wyrządził sobie sam kompozytor. Zupełny brak zainteresowania publikowaniem swych utworów zemścił się na nim, kiedy mieszkanie Morawskiego zostało po powstaniu warszawskim zrównane z ziemią.

Nie znamy wartości zaginionych kompozycji Morawskiego: oratorium, dwóch baletów, pięciu oper, czterech symfonii, trzech poematów symfonicznych, siedmiu kwartetów smyczkowych oraz trzech koncertów. Z zachowanych jednak utworów to właśnie Świtezianka wydaje się utworem najbardziej świeżym, najciekawszym i dopracowanym dramaturgicznie.

Orkiestracja Morawskiego jest rozrzutna i pełna przepychu, a wyczucie kolorystyki ogromnej orkiestry i możliwości brzmieniowych poszczególnych instrumentów znamionuje pierwszorzędny talent. Na uwagę zasługuje zwłaszcza bogata sekcja perkusji – Morawski ze szczególnym upodobaniem eksponuje brzmienie ksylofonu i niskiego, powoli wybrzmiewającego tam-tamu, nadającego niektórym sekcjom szczególnie upiorny klimat. W partyturze znalazło się również miejsce dla kastanietów, użytych tylko w scenie Tańca ognia (czyżby subtelny ukłon w kierunku starszego o pięć lat baletu El amor brujo Manuela de Falli – w końcu dzieło hiszpańskiego kompozytora wystawiono po raz pierwszy w Paryżu w 1925 roku). Dodajmy do tego szybkie glissanda smyczków i harf w wysokim rejestrze oraz szybkie przebiegi w partiach instrumentów dętych dreawnianych, a otrzymamy muzykę szklistą w brzmieniu i niezwykle delikatną. Bogato ornamentowane, chciałoby się rzec: ptasie partie klarnetu Es i fletu piccolo, wprowadzają w innych miejscach groteskowe akcenty humorystyczne.

Frapujące jest wykorzystanie elementów polskich tańców ludowych: zastosowanie elementów stylu narodowego nie przynosi ze sobą żadnych kompromisów na rzecz faktury. Nawet rytm mazura wpleciony jest w stylistykę oscylującą na granicy ekspresjonistycznej deformacji. Akt drugi rozpoczyna istny danse macabre: passacaglia wykorzystująca materiał pieśni Morawskiego Die Mitternacht. W scenie rozpoczynającej tę część baletu muzyka akompaniuje tęsknocie Wita za ukochaną (nie dziwi więc, że długą tęskną melodię wykonuje rożek angielski), ale temat z pieśni pojawia się również w zakończeniu, w scenie upiornego tańca Sagny i Rysia. Zanim to jednak nastąpi, iście Ravelowskie glissanda towarzyszą zniewalająco zmysłowej scenie wabienia kniazia w otchłań jeziora.

 

•   •

 

Muzyka Świtezianki – zaskakująco świeża, świetnie orkiestrowana i bardzo ekspresyjna – z pewnością warta jest przypomnienia. O ile jednak wykonanie koncertowe niewątpliwie odsłoni liczne walory tego dzieła, to tylko wystawienie go na scenie odda muzyce Eugeniusza Morawskiego pełną sprawiedliwość i zachwyci niejednego słuchacza.

 

 

Nr 09/2014