Spodobała mi się retoryka, ostatnich wypowiedzi na temat Adama Mickiewicza: „kobieciarz”, „opiumista”, „Jim Morrison i Umberto Eco w jednym” – jak nazywa go Paweł Potoroczyn, dyrektor Instytutu Adama Mickiewicza. Długo zastanawiałam się, jak zwrócić uwagę na sylwetkę Jana Karłowicza w sposób równie zaczepny i ciekawy. Był to bowiem niezwykle porządny i spokojny człowiek, a jak wiadomo biografie porządnych i spokojnych ludzi nie budzą żadnego zainteresowania. W jego życiorysie nie pojawiają się ani narkotyki (nawet w czasach studenckich w Moskwie), ani prostytutki (nawet w czasie studiów w Paryżu), jest za to przykładne życie rodzinne i lata ciężkiej pracy. Zainteresowanie może ewentualnie budzić to, że przez długi czas nie musiał zarabiać. Był to człowiek wybitny, skromny i wesoły, o jasnym umyśle, niezwykle pozytywnie nastawiony do świata podobno jego ojciec, a zatem dziadek Mieczysława Karłowicza, znał się z Mickiewiczem. Pewne jest też, że był jednym z najlepiej wykształconych Polaków, jakich mieliśmy w historii i gdyby nie on, Mieczysław najprawdopodobniej nie miałby żadnych zainteresowań. Nie mówiąc o tym, że by go nawet nie było na świecie.

Jan Aleksander Ludwik August Karłowicz urodził się 28 maja 1836 roku w Subortowiczach, niedaleko Wilna, i przez Litwinów jest dziś uważany za Litwina. Oczywiście był Litwinem – takim samym, jak Adam Mickiewicz. Imię Aleksander nosił po ojcu, Ludwik po dziadku, zaś August, dla odmiany, po ostatnim królu Polski. Był jedynym dzieckiem i oczkiem w głowie udanego na pozór małżeństwa, które jednak, z powodu niezgodności charakterów, żyło w separacji. Ojciec, urzędnik, niespełniony poeta, niezwykle barwna postać, w młodości grał na skrzypcach. Był to sentymentalny typ dobrodusznego szlachcica, ruchliwy, porywczy, o wielkim sercu i dość szerokich horyzontach intelektualnych. Gospodarował, polował, publikował i był do nieprzytomności zakochany w synu, z którego chciał zrobić artystę. I chociaż raz po raz zmuszany był ratować swe majątki po spustoszeniach powodowanych przez cholerę, znajdował zawsze fundusze na fortepian, teatr, nuty i książki dla syna (na których syn, przyjmując postępową zasadę „pal diabli majątek”, nigdy zresztą nie oszczędzał). Matka, Antonina z domu Mołochowiec, sympatyczna kobieta, dla której główną rozrywką była, jak się zdaje, lektura, potrafiła grać na fortepianie. Sięgała najchętniej po trio Mendelssohna, niemniej ostrożnie próbowała także i sonaty Beethovena (którego wszakże, po zapoznaniu się z partyturami, uznała za wariata). Ciotka śpiewała. Wilno, gdzie Jan uczył się w gimnazjum, pod względem muzycznym leżało na szlaku pielgrzymek do Rosji, nie było też, jak wiadomo, kulturalną pustynią. Raz po raz koncertowali tam wybitni instrumentaliści. Na prowincji muzykowano stale.

 

Wilno, Moskwa, Paryż

Jan od dziecka uczył się grać na wiolonczeli u Samuela Kossowskiego, którego metodę odsądził jednak, po niejakim czasie, od czci i wiary. Jako nastolatek był już także całkiem sprawnym pianistą, z utworami Chopina i Liszta w repertuarze. Ojciec zapewniał go, że gra na fortepianie imponuje kobietom, szczególnie zaś wizerunek wyciągniętego poziomo na stołku wirtuoza, improwizującego dziko, z oczami wzniesionymi do nieba (sporo wiedział o świecie także w innych dziedzinach). Jan uczył się zawsze wiele i bez najmniejszego wysiłku (czego Mieczysław po nim nie odziedziczył, miewał bowiem słabe stopnie, a w dzienniczku nagany za lenistwo i nieuwagę).

Gimnazjum ukończył ze złotym medalem za pilność, zużywszy uprzednio trzysta pięćdziesiąt piór, trzy gumki do ścierania, dwa ołówki, pudełko kredek zwykłych oraz jedną do rysunku – z czego jasno widać, że przyszły literat. W Wilnie przystawiono mu ogółem dwadzieścia pijawek i dano pięćdziesiąt kopiejek na mszę do Ostrej Bramy za jego życie (mało – zdaje się, że równowartość jednej lub dwóch ówczesnych lekcji wiolonczeli). Z zachowanych w całości sumariuszy wydatków, prowadzonych przez opiekuna Karłowicza w Wilnie, wiemy między innymi także i to, że w zimie się nie kąpał. Zimy na Litwie bywały srogie.

Najprawdopodobniej w roku 1853, jako siedemnastolatek, rozpoczął działalność koncertową. Brał udział w odbywających się w Teatrze Wileńskim i Sali Szlacheckiego Klubu występach publicznych, wielokrotnie grywał także na prywatnych wieczorach kulturalnego towarzystwa. Sądząc po jego ówczesnym repertuarze, nie mógł nie być utalentowany. Ojciec dostawał gęsiej skórki kiedy słuchał syna. Syn denerwował się, jeśli podczas jego gry rozmawiano.

Naukę kontynuował na wydziale filologiczno-historycznym Uniwersytetu Moskiewskiego (1853-1857). Choć nie była to jego wymarzona uczelnia, a Moskwa po kilku latach naprawdę mu obrzydła, był zdania, że „tylko w sferze nauk historyczno-filologicznych można omyć się z cisnących współczesne społeczeństwo brudów egoizmu i materializmu”(!). Oczywiście nie zaniechał muzyki, brał lekcje u wiolonczelisty nazwiskiem Gebel, który miał jego zdaniem zupełnie nieadekwatną do umiejętności pozycję w teatrze, co Jan, za pomocą domniemanych stosunków rodzinnych w Petersburgu, starał się zmienić, niestety na próżno. O ile nie zachowały się żadne świadectwa zwątpienia naukowego, o tyle Karłowicz-artysta przechodził kryzysy. Odpowiedzialna za nie była także ogromna ilość zajęć uniwersyteckich – Karłowicz starał się uczyć po kilkanaście godzin dziennie, nie pozostawało mu zatem wiele czasu na regularną pracę nad grą na wiolonczeli. W Moskwie, w roku 1857, po raz pierwszy usłyszał Adriena François Servais’go – jednego z najlepszych wiolonczelistów XIX wieku, zwanego „Paganinim wiolonczeli” (którego uwielbiał jego ojciec). Matka pytała syna w liście, czy, słysząc wirtuoza tej klasy, kompletnie się czasem nie załamał. Jednakże Jan się nie załamał, tylko zmotywował. A Servais, niespełna trzy lata później, został jego pedagogiem.

Na jesieni 1857 roku Karłowicz znalazł się w Paryżu. Słuchał wykładów na Sorbonie i w Collège de France (zauważył, że profesorowie dwoili się tam i troili, żeby przypodobać się słuchaczom), a pragnąc zostać także uczniem Konserwatorium Paryskiego, złożył prywatną wizytę Danielowi Auberowi, najprawdopodobniej zaopatrzony w listy polecające od Stanisława Moniuszki. W przedostatni dzień roku 1857 przystąpił do egzaminu wstępnego. Oczywiście bał się, w jury zasiedli bowiem ludzie, których znał z partytur, między innymi to m.in. Auber, Carafa, Halévy, Alard oraz – bagatela – Franchomme. Do Konserwatorium został przyjęty na podstawie odegrania solo na wiolonczeli około czterdziestu taktów, z których wyjątkowo nie był zadowolony. Nazajutrz, listem Aubera, został oficjalnie mianowany regularnym uczniem, z prawem „konkursowania do nagród”. Z listu do rodziny wiadomo, że szacowna uczelnia powiadamiała o wynikach egzaminów tylko przyjętych, nieprzyjętych nie powiadamiano wcale.

Karłowicz szybko porzucił jednak Konserwatorium, nie miał bowiem zaufania do przydzielonego mu nauczyciela, Vaslina; Auber nie wyraził natomiast zgody na transfer do klasy Franchomme’a. Wkrótce porzucił także Collège i Sorbonę – głównie dlatego, że oferowane tam kursy dostępne były (tak pisał, choć może tylko uspokajał ojca) również w formie drukowanej, sporo zagadnień znał już także z Moskwy. Zapisał się wówczas do płatnej École Beethoven, gdzie przez pół roku uczył się w klasie wiolonczeli Sebastiana Lee oraz harmonii u Renauda de Vilbaca (ucznia Halévy’ego, zdobywcy Prix de Rome). Ze szkoły był kontent. Pomimo że nie cenił wysoko wokalistyki francuskiej (odradzał ciotce naukę w Paryżu, jako że francuska metoda śpiewu wydawała mu się „obrzydliwa”, w tym względzie przyznawał prymat Włochom) – często odwiedzał paryską operę (gdzie m.in. był świadkiem nieudanego zamachu na życie cesarza).

Grywał w kwartecie złożonym z Polaka i dwóch Francuzów. Nadsyłał korespondencje do krajowej prasy, recenzując koncerty muzyków polskich. Jasny kolor jego półdługich włosów wzbudzał powszechne zainteresowanie, ostrzygł się zatem krótko, aby nie wyglądać na cudzoziemca. Poczynił mnóstwo arcyciekawych uwag o wielu aspektach życia w Paryżu, na podstawie których jego ojciec, Aleksander, uznał stolicę Francji za Babilon. Matka zmartwiła się, że zdaniem syna, litewska francuszczyzna podobna była do paryskiej „jak pięść do nosa” (Karłowicz zwrócił uwagę na to samo, z czego kpił Maurycy Sand opisując wymowę Chopina, mianowicie na płaskie „e” w słowach typu „Dieu”). W tym miejscu narodziła się (chyba) miłość Karłowicza do językoznawstwa – był potem wszakże autorem słowników, między innymi gwar polskich i języka polskiego.

 

Heidelberg, Bruksela, Berlin

Na jesieni 1858 roku został studentem filozofii Uniwersytetu w Heidelbergu. Kontynuował naukę harmonii u Karla Bocha, rozwijał się towarzysko i koncertował. Młodego Polaka odwiedzały zauroczone jego ogładą i urodą panny. Matka nakłaniała syna do kompozycji, marzył jej się synowski Souvenir de Paris. Z jej listu wiadomo o pierwszej, wymienionej z tytułu, prawdopodonie fortepianowej kompozycji Jana, Romance sans paroles (zaginiony). Oczywiście także i tutaj Karłowicz nie zatrzymał się na dłużej. Na jesieni 1859 roku został studentem Konserwatorium w Brukseli, w klasie wiolonczeli Adriena François Servais’go. Ojciec rósł z dumy. Jan był nie tylko uczniem Servais’go, lecz także służył mu jako domowy akompaniator i niebawem wszedł w przyjacielskie stosunki z całą jego rodziną. Być może grał w orkiestrze Konserwatorium lub brał solowy udział w organizowanych przez uczelnię koncertach, udzielał się także na prywatnych muzycznych wieczorach. Był jednak względem siebie bardzo sceptyczny i zrażał się trudnościami. W Brukseli studiował również grę na organach (Lemmens), wynajmował też harmonium, pracował nad teorią i historią muzyki (być może u Fétisa).

Ojciec nalegał na powrót syna z zagranicy i życzył sobie, by osiadł na stałe w Warszawie lub Wilnie. Marzył, by Jan zajął stanowisko wykładowcy harmonii, organów, fortepianu lub wiolonczeli w Warszawskim Instytucie Muzycznym. W tym celu w roku 1860 wystosował do dyrektora Instytutu uprzejmy list, załączając suszone kwiatki („jako wielbiciel jego talentu”; w ogóle często załączał kwiatki) oraz dwadzieścia pięć rubli, na który Apolinary Kątski odpowiedział wówczas jedynie w sposób grzecznościowy (zatrudnił Jana dopiero dziesięć lat później). Oczywiście nie wszyscy członkowie rodziny byli tak entuzjastycznie nastawieni do artystycznej edukacji Jana Karłowicza, jak jego ojciec. Znalazł się i sceptyczny, zgryźliwy wuj, który próbował obrzydzić Janowi muzykę.

W roku 1860 Karłowicz, zgodnie z wolą ojca, wrócił do kraju. Ubolewając nad ubóstwem polskiego piśmiennictwa muzycznego, a zarazem chcąc się przysłużyć Warszawskiemu Instytutowi Muzycznemu, w roku 1862 dokonał przekładu Lehrbuch der Harmonie Richtera, który uważał za podręcznik wzorowy. Uzupełnił go streszczeniem dwóch pism Weitzmanna dla „rozszerzenia poglądu ucznia i oswojenia czytelnika z nowymi prawami sztuki, zawierającymi zasady teoretyczne wyciągnięte z „najświeższych utworów” (sic). Jako materiał do ćwiczeń zamieścił wybrany przez siebie zbiór motywów polskich. W przedmowie do wydania wyraził przekonanie o nieprzerwanym rozwoju muzyki, akceptację dla zniesienia starych zasad harmonii przez twórcę, który ma prawo ustanawiać nowe zasady, uzasadniając to wyłącznie własnym talentem. Sporą część roku 1862 poświęcił celom społecznym: piastował nominalnie urząd kancelisty sądu powiatowego w Wilnie z rangą sekretarza kolegialnego, najprawdopodobniej jednak myślał wówczas gdzie znowu pojechać.

Na jesieni 1862 roku wstąpił na Uniwersytet w Berlinie, niespodziewana śmierć ojca odwołała go jednak do kraju i zmusiła do eksmatrykulacji. Do roku 1865 przebywał na Litwie, gospodarowanie majątkiem pozostawił matce (nie lubił tego – później scedował je na żonę), przez długi czas chorował. We wrześniu 1865 roku ożenił się z Ireną Sulistrowską z Wiszniewa, która została matką czworga jego dzieci. Aby żoną jego została „krajowa panna”, nalegał jeszcze za życia Aleksander Karłowicz, który pisał: „ani piękne, półnagie Gallów dziewice, ani boskie córy skromne Albionu, ani potulne i ciche Buntestagu perły, ani pracowite Belgijki z swoimi tulipanami, ani zuchwałe Włoszki! nie zastąpią naszej dziarskiej, pięknej i poczciwej Litwinki!”. Litwinka ta również ładnie śpiewała.

Na Litwie Karłowicz czuł się wirtuozem, pomimo że na afiszach i w programach koncertów określany był często jako wiolonczelista-amator. W roku 1865 wielokrotnie koncertował publicznie w Wilnie (Klub Szlachecki, Teatr). Opuścił Litwę w maju 1865 roku, by ponownie zostać słuchaczem wydziału filozoficznego Uniwersytetu w Berlinie (chociaż Irena utrzymywała, że „kocha Jasia, któren doktorem czy nie”; była zresztą wówczas w ciąży, którą ze wstydu przed teściową ukrywała, utrzymując, że cierpi na niestrawność). Studia ukończył w roku 1866 po zdaniu egzaminu i publicznej obronie napisanej pod kierunkiem E.E. Kummera dysertacji De Boleslai primi bello kioviensi. W roku 1867 ubiegał się o katedrę historii powszechnej w Szkole Głównej w Warszawie. Wydziałowi filologiczno-historycznemu złożył swą rozprawę habilitacyjną Don Carlos, królewicz hiszpański, szkic biograficzno-historyczny – stanowiska jednak nie otrzymał. Z tajemniczych przyczyn. W roku 1868 pracował na Litwie nad językoznawstwem i mitologią, nie zaniechał jednak ani koncertów, ani podróży.

 

Warszawa, Nowy Jork, Praga, Warszawa

W roku 1871 przyjął propozycję Apolinarego Kątskiego i objął stanowisko nauczyciela klasy muzyki zbiorowej w Warszawskim Instytucie Muzycznym, niestety z wynagrodzeniem tak niskim, że nie pokrywało nawet kosztów zakwaterowania. Zrezygnował z pracy po zaledwie kilkunastu lekcjach, tłumacząc swoje odejście chorobą oczu (z którymi rzeczywiście miał kłopoty). Na Litwie zajął się etnologią i lingwistyką. W roku 1872 ukończył przekład podręcznika Lehrbuch der musikalischen Komposition Lobego. We wstępie tłumacza napisał: „podręczniki powinny być pociągające; a są takimi wtedy tylko, gdy przedstawiają najweselszą i najdostępniejszą stronę wiedzy”. Na jesieni 1873 roku wraz z żoną i matką przeniósł się do Wiszniewa, które Irena otrzymała w spadku po ojcu. Furmanki przewiozły wówczas z Podzitwy bibliotekę liczącą dwa tysiące sto osiemdziesiąt sześć woluminów. Sprawy administracyjne i gospodarcze Karłowicz pozostawił żonie, która odsunęła od niego wszelkie codzienne troski, jakie mogłyby oderwać go od twórczej pracy.

Po śmierci Moniuszki, wdowa po kompozytorze powierzyła Karłowiczowi uporządkowanie po mężu rękopisów z okresu warszawskiego, Jan zaczął zatem gromadzić i opracowywać jego utwory. W roku 1876 ogłosił przedpłatę na utwory dotychczas niewydane (pod własną redakcją) oraz wyczerpane. Na rzecz wdowy trudnił się także ściganiem impresaria nazwiskiem Caroselli, który bezprawnie, przy czym „po mniejszych teatrach” i „nędznie”, wystawiał w Wilnie operę Halka. W roku 1876 ogłosił w Warszawie swój autorski projekt nowej notacji muzycznej. Reformę podjął, będąc zdania, że tradycyjna notacja nie odpowiada swemu przeznaczeiu (łatwemu i szybkiemu jej czytaniu i wykonywaniu); postulował usunięcie konwencjonalnych norm dotychczasowej notacji, na miejsce których zaproponował ich znakowe ekwiwalenty (między innymi stałe oznaczenia literowo-cyfrowe).

W maju 1876 roku wyruszył w podróż do Ameryki. Notację przedstawił osobiście na Wystawie Filadelfijskiej, gdzie zdobyła podobno uznanie rzeczoznawców. W Warszawie reformę przyjęto sceptycznie i polemicznie. Sam Karłowicz nigdy nie użył swej nowej notacji do własnych kompozycji. Podczas transatlantyckiej podróży męża, Irena nosiła pod sercem Mieczysława. W latach 1876-1877 Jan Karłowicz (oczywiście nie sam) założył i prowadził bank. W roku 1880 stracił matkę, pierworodną córkę Stanisławę i przyjaciela. W niedługim czasie uregulował swoje sprawy majątkowe i opuścił rodzinne strony (mówiono również, że nie mógł znaleźć wspólnego języka z sąsiadami). W roku 1882 osiadł w Heidelbergu, gdzie jego córka Wanda (podobno bardzo wygadana) brała lekcje fortepianu u Karla Bocha (tego samego, u którego Jan ćwierć wieku przedtem uczył się harmonii). Z przyczyn zdrowotnych coraz rzadzej grał na wiolonczeli (przewlekły reumatyzm w palcach obu rąk, szczególnie lewej), niemniej Gloger określał jego grę – mniej więcej z tego czasu – jako „prześliczną” i „pełną głębokiego uczucia”.

Podczas pobytu za granicą nie zaniechał kontaktów z krajowymi towarzystwami naukowymi: nadsyłał korespodencje dotyczące miedzy innymi życia muzycznego w Heidelbergu, Moguncji, Frankfurcie, Bayreuth, Kolonii itd. Lata 1883-1887 spędził na wycieczkach rekreacyjno-krajoznawczych, pielgrzymkach artystycznych i zjazdach naukowych. W roku 1885 przeprowadził się do Pragi, w 1886 do Drezna, a w 1887 na stałe do Warszawy – gdzie zaangażował się w długoletnie przedsięwzięcia i zobowiązania (niektórzy mówili, że niepotrzebnie). W latach 1887-1899 redagował miesięcznik etnograficzny „Wisła” i zamieścił w nim liczne prace. Z powodu pogarszającego się stanu zdrowia regularnie przebywał w sanatoriach i letniskach (Grodzisk, Nałęczów, Krynica, Zakopane).

Kontynuował badania nad twórczością Moniuszki: w roku 1885 opublikował biografię kompozytora, był inicjatorem Sekcji im. Moniuszki przy Warszawskim Towarzystwie Muzycznym (1891), która dała instytucjonalne podstawy do badań nad jego twórczością. Działał w Warszawskim Towarzystwie Śpiewaczym Lutnia (był wiceprezesem, jurorem w konkursach, członkiem honorowym, a od 1888 roku czynnym członkiem – tenorem). W pięćdziesiątą rocznicę śmierci Chopina stworzył przy WTM nieocenioną dla polskiej chopinologii Sekcję im. Chopina, nakładem której, kilka lat później, ukazały się Niewydane dotychczas pamiątki po Chopinie jego syna Mieczysława. Przed śmiercią kierował przekładem sławnego dzieła Niecksa o Chopinie, które (w innym tłumaczeniu) wydane zostało przez Narodowy Instytut Fryderyka Chopina dopiero ponad sto lat później.

Brał udział w licznych zjazdach naukowych, gdzie tylko mógł – słuchał muzyki. Parał się również zbieraniem folkloru, korespondował z Oskarem Kolbergiem. Zygmunt Gloger zwrócił uwagę, że zapisywał pieśni z niezwykłą łatwością. Dzięki opisowi Karłowicza znamy sukę biłgorajską, instrument pokazywany na Pierwszej Polskiej Wystawie Muzycznej w 1888 roku w Warszawie. Między innymi z jego inicjatywy powstało Muzeum Etnograficzne. Cieszył się powszechą estymą i nadano mu liczne godności. Przez całe życie był człowiekiem niezależym, nie zrósł się w powszechnej świadomości z żadną instytucją. Zmarł 14 czerwca 1903 roku w Warszawie, w wieku sześćdziesiu siedmiu lat.

 

Kompozytor

Niewiele osób wie, że komponował. Uczył się harmonii, posiadał gruntowną znajomość współczesnej mu literatury muzycznej, najnowszych pism teoretycznych; był sprawnym pianistą, przede wszystkim zaś uzdolnionym wiolonczelistą – byłoby dziwne, gdyby nie sięgnął po papier nutowy. Pisał na własny i lokalny użytek, nigdy nie myślał o sobie jako o kompozytorze. Rękopisy większości jego utworów zachowały się w komplecie: są to pieśni, utwory chóralne i fortepianowe (wiadomo, że pisał też na kwartet smyczkowy). Dzięki zainteresowaniu Narodowego Centrum Kultury utwory te zostały wykonane po raz pierwszy w cyklu Polska Muzyka Odnaleziona, w maju 2015 roku. Pozostają niewydane. Przypisywana Mieczysławowi pieśń O nie, wierz! wyszła, zdaniem współczesnych (Starczewski), spod pióra ojca; syn miał jedynie „wzbogacić gdzieniegdzie akompaniament imitacjami”.

Chociaż trudno wyobrazić sobie Mieczysława bez dorobku intelektualnego i artystycznego ojca, był to jednak zupełnie inny Karłowicz. Pozytywny i wesoły, oddany polskiej kulturze, a przy okazji „wykonywujący [na wiolonczeli] trudności niesłychane”.

 

 

Nr 08/2015