Dokładnie przed sześćdziesięciu laty, w lipcu 1954 roku, ówczesny numer jeden wśród polskich muzyków – Andrzej Panufnik – opuścił socjalistyczną ojczyznę. Zaproszony do Zurychu, by zadyrygować orkiestrą radiową, miast wrócić do Warszawy poleciał do Londynu i poprosił o azyl. Okoliczności tego wydarzenia opisał trzy dekady później w książce Composing myself, wydanej wkrótce w Polsce jako Panufnik o sobie (a przed paroma miesiącami wznowionej w atrakcyjnej szacie graficznej). Wspomnienia przechodzą przez sito pamięci i filtr emocji, warto więc konfrontować je z innymi źródłami, jeśli takowe istnieją(1).

 

Ucieczka

Napięcie towarzyszące kontaktom z polską amabasadą w Szwajcarii, ponury tajniak nie spuszczający z Panufnika oczu w hotelu i na ulicy, wreszcie pościg polskich służb bezpieczeństwa za taksówką mknącą z przerażonym bohaterem tych wydarzeń po ulicach Zurychu – tak ekscytująco przedstawione w rozdziale „Ucieczka” sceny rozegrały się w wyobraźni kompozytora(2). Z raportu sporządzonego dla Ministerstwa Spraw Wewnętrznych wynika jednak, że polska placówka interesowała się nim wyłącznie z pobudek kurtuazyjnych. 15 lipca 1954 roku w ambasadzie w Bernie, gdzie na lotnisku nie doczekano się Panufnika, konsul, na polecenie z Warszawy, sporządził taką oto relację:

„Panufnik przyleciał samolotem do Zurychu 9 lipca br., gdzie oczekiwał go attaché handlowy (...) [który] wręczył Panufnikowi, zgodnie z Waszym poleceniem, za pokwitowaniem 200 fr. tytułem pożyczki zwrotnej po otrzymaniu honorarium. Panufnik pojechal z Libermannem [chodzi o Rolfa Liebermanna – przyp. DG] do miasta i zamieszkał w hotelu „Rex” w centrum miasta(3). Nazajutrz, 10 lipca, kompozytor zadzwonił do drugiego sekretarza, ob. Stefana Pietrzaka i podał mu program nagrywanego koncertu oraz swój adres. Przy okazji sekretarz Pietrzak oświadczył, że cieszymy się z jego przybycia do Zurychu i że poseł [dziś powiedzielibyśmy: ambasador] ma zamiar po powrocie z Włoch zaprosić go do Berna.

We wtorek 13 lipca w południe zadzwoniłem do Panufnika i zaprosiłem go serdecznie po ukończeniu pracy. Panufnik przyjął zaproszenie i oświadczył, że jest przemęczony próbami z orkiestrą i nagrywaniem na taśmie swoich utworów i że chętnie wypocznie po tej pracy. Oświadczył on, że nagrywanie zakończy w środę 14 lipca wieczorem i wtedy będzie mógł umówić się ze mną co do godziny przysłania samochodu poselskiego dla zabrania go do Berna. (...) Wieczorem tego dnia około godziny 8 otrzymałem telefon od Panufnika, który oświadczył mi, że zamierza wracać 16 lipca samolotem, odlatującym z Zurychu o godzinie 13. Równocześnie umówiłem się z nim, że samochód przyślę do hotelu 15 lipca o godz. 10 rano.

15 lipca o godz. 9.30 rano kierowca Poselstwa zadzwonił z hotelu «Rex» w Zurychu do sekretarki, zawiadamiając, że Panufnika nie ma w hotelu. W portierni oświadczono mu, że Panufnik opuścił hotel wieczorem 13 lipca, a nazajutrz, t.j. 14 lipca przed południem przyszła jakaś kobieta, która zabrała jego walizkę. Po godzinie oczekiwania w hotelu kierowca wrócił sam do Berna. Rachunek za noclegi Panufnik opłacił. Do chwili obecnej, t.j. do godz. 18, nie otrzymałem od Panufnika żadnej wiadomości, któraby wyjaśniła to dziwne jego zachowanie.

P.S. Godz. 20.00 z wieczornej prasy tutejszej dowiaduję się o ucieczce Panufnika do Londynu”(4).

Ze wspomnień Krzysztofa Muszkowskiego, poprzednio adiutanta generała Sikorskiego, a w połowie lat pięćdziesiątych sekretarza Witolda Małcużyńskiego i tłumacza w brytyjskim MSZ, dowiadujemy się, że kiedy przygotowywano plan opuszczenia Zurychu przez Panufnika, brano pod uwagę potrzebę „zmylenia śladów w obawie przed natarczywością polskich urzędników dyplomatycznych”. W atmosferze ogólnej podejrzliwości któż mógł przypuszczać, że w Warszawie uznano, że nie ma podstaw do obaw o to, że Andrzej Panufnik będzie usiłował dotrzeć do żony, przebywającej od pewnego czasu w Anglii, zaś osoba dyrygenta zaproszonego przez szwajcarskie radio – polskiego konsula w gruncie rzeczy niewiele obchodziła.

 

Konferencja

W nowej sytuacji MSW zaczęło gromadzić informacje o Panufniku i reakcjach na jego ucieczkę (jak mawiali jedni) albo wybór wolności (jak komentowali tę decyzję inni). Wśród ściśle tajnych relacji znajduje się opis konferencji prasowej zorganizowanej nazajutrz po przyjeździe kompozytora do Anglii przez wydawcę „Dziennika Polskiego”, Leszka Kirkiena. Główny bohater wydarzenia nie pojawił się na spotkaniu, a reprezentująca go żona Scarlett „odczytała krótkie oświadczenie na temat powodu ucieczki Panufnika, usprawiedliwiając jednocześnie jego nieobecność nerwowym wyczerpaniem”, jak opowiadał potem w polskiej ambasadzie Sam Russell, komunizujący dziennikarz z „Daily Worker”. W swojej autobiografii Panufnik wspomniał natomiast jedynie o drugiej konferencji, zorganizowanej 21 lipca, kiedy osobiście odczytał oświadczenie będące odpowiedzią na pytanie, które – rzecz jasna – padło już za pierwszym razem: dlaczego numer jeden wśród polskich muzyków odmówił powrotu do kraju?

Usłyszawszy to pytanie 15 lipca, Scarlett „nie umiała odpowiedzieć i wyraźnie wściekły Kirkien, zaczął sam odpowiadać, wyjaśniając, że «powszechnie wiadomo dlaczego ucieka się z Polski» i że w wypadku Panufnika chodziło o «nacisk psychiczny» (mental pressure) na nim wywierany. Panufnikowa zgodziła się z tą definicją, a gdy zapytano ją, co rozumie przez «mental pressure», odpowiedziała, że Panufnik był atakowany za formalizm w muzyce. Ogólniki te nie zadowoliły dziennikarzy, którzy zażądali przykładów. Wówczas Panufnikowa podała, że zakazano w Polsce wykonywania Panufnika Symfonii tragicznej i Kołysanki. Na to Russell zapytał, czy Rząd Polski jest przeciwny kołysankom. Spowodowało to wybuch śmiechu, na co Panufnikowa zareagowała stwierdzeniem, że «Prawda» atakowała w 1948 roku Panufnika za formalizm”.

Scarlett odzyskała pewność siebie dopiero zapytana o życie w Polsce. „Odpowiedziała, że opisać je można tylko jednym określeniem: «bloody awful»”. Czy ten dosadny epitet był skutkiem trzech miesięcy spędzonych w Londynie? Panufnik w swojej autobiografii twierdził bowiem, że w Warszawie żona „rozkwitała w promieniach pochlebstw składanych jej przez szarmanckich Polaków” i zapewniał, że „nie miała najmniejszej ochoty wyjeżdżać”.

 

Cherchez la femme

Inaczej widziało tę sytuację otoczenie, w którym decyzja Panufnika zdziwiła wiele osób. Pracowniczka londyńskiej ambasady rozmawiała na ten temat z Arthurem Hedleyem, a ten wybitny chopinolog „w bardzo ostrych słowach mówił o Panufnikowej. Uważał, że Panufnik jest ofiarą próżnej i nieuczciwej kobiety”. Jako najprawdopodobniejsze rozwiązanie zagadki podpowiedział: „Cherchez la femme”. Na wielu stronach swojej autobiografii Panufnik przekonuje czytelników, że wbrew własnym życzeniom posłusznie wypełniał polecenia urzędników rozmaitego szczebla. Czy w domu mógłby zatem przeciwstawić się wyjątkowo atrakcyjnej kobiecie o niebagatelnym doświadczeniu w rozgrywkach damsko-męskich? W aktach MSW czytamy: „mężczyni w jej towarzystwie stają się zdenerwowani, a niektórzy dostają drżenia”(5). Neutralny w tych kwestiach Jarosław Iwaszkiewicz podsumował Panufnikową dwoma przymiotnikami: „śliczna, ale wredna”(6). Znajomy Panufników, w swoim czasie kierownik wydziału wizowego w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, wystawił jej taką opinię: „człowiek niesłychanie zimny o chorobliwych wprost ambicjach wybicia się. (...) Jasne jest dla mnie, że taki mięczak i chorobliwy snob jak Panufnik (znałem go dobrze od 1942 roku) nigdy nie zdecydowałby się na coś takiego, gdyby nie żelazna wola i ambicja Scarlett”.

Celem życia Scarlett było brylowanie w towarzystwie jako party-girl; osoby jej pokroju dziś dekorują tabloidy. Z początkiem lat pięćdziesiątych Warszawa stała się jednak dla pięknej Irlandki zbyt ciasna i szara, postanowiła więc wybrać się na podbój londyńskiej socjety. Cytowany Krzysztof Muszkowski relacjonuje dość ryzykowne zachowanie Scarlett, oczekującej na przyjazd męża w Anglii: „na własną rękę skontaktowała się z reporterem wielonakładowego popularnego dziennika «Daily Mail», nie bardzo pewnie zdając sobie sprawę z tego, jakie to mogło pociągnąć za sobą niebezpieczeństwa. Z pomocą tegoż reportera, który na szczęście stanął na wysokości zadania, znalazła bezpieczny kontakt, dzięki któremu udało się dyskretnie zawiadomić brytyjskie ministerstwo spraw wewnętrznych (Home Office) o natychmiastowej potrzebie ewentualnego azylu dla Panufnika, jeśli ten wyląduje niespodziewanie i bez odpowiednich papierów na londyńskim lotnisku. Jednocześnie drogą znaną jedynie tej instytucji zawiadomiono Foreign Office. Cała rzecz musiała być otoczona najgłębszą tajemnicą, ze względu na protokół dyplomatyczny, nakładający na Brytyjczyków konwencyjne przepisy z tytułu ich stosunków dyplomatycznych z Polską Ludową. Scarlett, pchana raczej motorem emocjonalnym, nie wyczuła potrzeby powściągliwości, jakiej wymagają wszelkie kontakty z oficjalnymi czynnikami. Dla niej najważniejszy miał być rozgłos po udanej ucieczce męża”(7). Liczyć mogła zaś na wielkie zainteresowanie mediów, gdyż 5 marca 1953 roku, wykorzystując poruszenie wywołane zgonem Stalina, pilot Franciszek Jarecki zmylił patrole graniczne i doleciał do Bornholmu, gdzie poprosił o azyl. Jego wyczyn długo nie schodził z pierwszych stron zachodnich gazet, a w uznaniu za odwagę zaproszony został do Białego Domu.

Jeszcze jeden wątek – traktowany jako tło „ucieczki Panufnika” – wspomniał po latach Włodzimierz Kotoński: „Ja wtedy z Panufnikiem miałem dobry kontakt (...). Często się spotykaliśmy, bywaliśmy u siebie. (...) Cały ten wyjazd Panufnika był niepotrzebny, wydarzył się na chwilę przed odwilżą i był spowodowany przez jego pierwszą małżonkę, Marie Elizabeth O’Mahoney, zwaną Scarlett, która prawdopodobnie była związana z brytyjskimi służbami specjalnymi”(8).

 

Czy Scarlett była szpiegiem?

Wypowiedziane przez Kotońskiego podejrzenie znacznie wcześniej zrodziło się w MSW i zawdzięczamy temu dość grubą teczkę z informacjami na temat Scarlett. 19 lipca 1954 roku, cytowany już eks-kierownik wydziału wizowego w MSZ przypominał, że „6 i pół roku temu” meldował o swoich podejrzeniach wobec Scarlett, tak opisując swoje obserwacje. Znajomość zawarli z jej inicjatywy, a „jej stałą metodą było zaczynanie zażyłości od opowiadania o swoim rzekomo koszmarnym dzieciństwie w Płd. Irlandii(9), po czym przechodziła szybko do niezwykle korzystnych dla obecnego ustroju w Polsce porównań. Twierdziła, że tu dopiero można żyć. (...) W stosunku do osób odporniejszych Scarlett stosowała metodę próbną, a mianowicie szła z nim do łóżka, licząc na ten ostatni sposób przywiązania danego osobnika. Jeśli i to nie dawało rezultatu, powoli zrywała znajomość. Drugi powód, dla którego zrywała znajomość, był zawsze związany ze zmianą stanowiska interesującego ją człowieka, w tym sensie, że traciła ew. źródło informacji. W stosunku do bardziej «miękkich» osobników, trzymała się w roli wielkiej damy i «kumpla», jednocześnie nie spuszczając ich ze smyczy ani na moment”.

Zastanawiając się w 1948 roku nad tym, czy bujne życie towarzyskie i erotyczne pięknej Irlandki nie jest przykrywką dla działalności szpiegowskiej, w końcu jednak uznano, że nie ma powodu do niepokoju. Zwerbowania nastolatki przez brytyjski wywiad – a w tym właśnie wieku opuściła Anglię jako żona oficera armii Andersa Jana Zakrzewskiego – nie brano pod uwagę. W roku 1950 rozważano natomiast wykorzystanie jej kontaktów do własnych celów i z tego powodu objęto ją na pewien czas dokładną obserwacją. Z pomysłu tego wkrótce zrezygnowano, niemniej teczka Scarlett coraz to wzbogacała się o kolejne notatki. Pomijając banalne szczegóły dotyczące licznych romansów motywowanych stanowiskiem, pozycją albo zasobnością portfela poznawanych mężczyzn, zacytujmy jeszcze tylko dwa doniesienia pozwalające wyobrazić sobie atmosferę, w jakiej Andrzej Panufnik podejmował decyzję o emigracji. Latem 1950 roku informatorka „Maria” zauważyła:

„Piotrowska, która jeszcze rok temu była pełna entuzjazmu dla swego drugiego męża (może imponowało jej jego stanowisko) [Kazimierz Piotrowski był wicedyrektorem departamentu w Ministerstwie Oświaty – DG], obecnie twierdzi, że za bardzo poświęca się on sprawom służbowym i partyjnym, że to nie jest życie. Twierdzi ona, że Piotrowski jest ideowym komunistą, oddanym bez reszty sprawie budownictwa socjalizmu w Polsce, i w związku z tym ona jest mu niepotrzebna. (...) Obecnie nic nie robi, chodzi po mieście, spotyka się z nowym adoratorem. (...) Sama zresztą projektuje ilość swych mężów na 8 sztuk. (...) Piotrowska chciała wyjechać z powrotem do Anglii, ale nie ma możliwości. O ile podobało się jej w Polsce bardzo w latach 1947/1948, a nawet w 1949, to obecnie ma już dosyć występów na tym terenie i chce wyjechać. Bardzo możliwe, że trzecie swe małżeństwo zawrze z tego punktu widzenia”.

Trzecim mężem został najpopularniejszy wówczas w Polsce pisarz, Adolf Rudnicki. Ślub zawarli w 1950 roku, by rozwieść się w styczniu 1951 roku, po czym przyszła kolej na numer jeden wśród muzyków – czyli na Andrzeja Panufnika. „Dnia 22 X [1951] odwiedziła mnie w teatrze żona Panufnika, poprzednio żona Rudnickiego, a poprzednio Piotrowskiego Kaz. – relacjonował „Jaz”. – Opowiadała z ożywieniem, że obecnie jest przyjmowana z mężem przez premiera, w ambasadach na rautach. (...) W tym roku ma wielką nostalgię za Anglią, ale nie jedzie, gdyż mąż jej odradza wyjazd teraz, bo być może zostałaby rozdzielona z nim jak wybuchnie wojna”.

 

Reakcja „Wolnej Europy”

Pozycja Panufnika rosła, a wraz z nią uzależnienie od władz, dla których atrakcyjny i obyty w świecie artysta stanowił cenną wizytówkę propagandową. Znakomity dyrygent i kompozytor publikował artykuły i wypowiadał się w radiu na tematy niewiele mające wspólnego z muzyką, co spotykało się z ostrą krytyką Romana Palestra w audycjach nadawanych przez „Wolną Europę”. Bezpardonowo osądzał młodszego kolegę za gotowość do takich koncesji, jak wyjazd z „Mazowszem” do Chin po to tylko, by dyrygować Kantatą o Stalinie(10). 8 lipca 1954 roku, a więc w przeddzień wyjazdu Panufnika do Zurychu, Palester poświęcił mu całą audycję z cyklu „Kultura w niewoli”. Wyśmiewając wystąpienie radiowe kolegi w sprawie „bezpieczeństwa w Europie”, stwierdził, że kiedy muzyk mówi o polityce, to jest to „jak wywód chłopca stajennego o perspektywach dalszego rozwoju fizyki atomowej”.

Tydzień później, 15 lipca, audycję z cyklu „Komentarz dnia” przygotowaną przez Palestra poprzedziła natomiast następująca zapowiedź: „Wśród powiększającego się każdego dnia grona tych, którzy «wybierają wolność», intelektualiści i artyści byli dotychczas wyjątkowo słabo reprezentowani. Dlatego ucieczka Andrzeja Panufnika jest zdarzeniem pierwszorzędnej wagi”. (Intelektualistów i artystów reprezentował Czesław Miłosz, który trzy lata przedtem odmówił powrotu do Polski. Faktyczne ucieczki, jak to formułują historycy, były domeną przede wszystkim pilotów i przebieg miewały dramatyczny(11)). I dalej: „Staję dziś przed mikrofonami naszego radia z prawdziwie mieszanymi uczuciami – rozpoczął swą audycję Roman Palester. – Dominuje wśród nich uczucie radości na myśl, że jeszcze jednemu Polakowi udało się zmylić czujność UB i wszystkich innych «nadzorców», że dobremu artyście i utalentowanemu muzykowi udało się szczęśliwie pozostawić za sobą brzemię ponurych serwitutów politycznych i pozostać na Zachodzie. Wszystko przemawia za tym, że talent Panufnika znajdzie w wolnym świecie jak najbardziej korzystne warunki dla swobodnego wypowiedzenia się i dalszego rozwoju. Znajdzie też zapewne i uznanie, na jakie ze wszech miar zasługuje. A zatem dla muzyki polskiej i jej przyszłości stało się na pewno bardzo dobrze”.

W dalszych słowach Palester przypomniał jeszcze, że najlepsza polska literatura stworzona w XIX wieku powstała na uchodźstwie. Wreszcie: „Do ostatnich dni omawialiśmy bardzo krytycznie wypowiedzi Panufnika, bo uważaliśmy je za szkodliwe i wprowadzające zamęt w umysły. Kierowała nami elementarna lojalność w stosunku do tysięcy naszych słuchaczy i rodaków w kraju. Ale to samo stanowisko, które wczoraj nakazywało nam przeciwstawić się jak najostrzej temu, co Panufnik pisał w prasie czy mówił w radio – to samo stanowisko zmusza nas do ocenienia we właściwy i lojalny sposób jego dzisiejszej decyzji. Jeśli artysta decyduje się opuścić kraj, w którym żył w świetnym dobrobycie, gdzie był uznawany, szanowany, ceniony i zamienia tę sytuację na niepewną dolę uchodźcy, to ta decyzja niewątpliwie rehabilituje w pełni człowieka – nawet jeśli w przeszłości mieliśmy mu coś do zarzucenia. Nikt z nas nie uważa się za nieomylnego sędziego i nie mamy – w gruncie rzeczy – żadnego prawa sądzić osoby, której istotnych, głębokich pobudek moralnych nie znamy. Dlatego witam nowego uchodźcę tym serdeczniej, że my, muzycy polscy, żyliśmy zawsze w gromadzie i jest mi dziś szczególnie miło, że obok Szałowskiego, Kondrackiego, Maciejewskiego, Kasserna czy Łabuńskiego stanie jeszcze jeden kolega-kompozytor i przyjaciel”.

Deklaracja Palestra zamknęłaby zapewne komentarz do „sprawy Panufnika”, gdyby po latach nie uległ on kolejnym namowom i nie opublikował wspomnień. W rozdziałach poświęconych czasom stalinowskim przedstawił się jako nieomal bezwolna ofiara peerelowskich władz, coraz to poświęcający się dla dobra kolegów. Tłumacząc motywy swej emigracji za główny powód podał zmęczenie spełnianiem kolejnych zachcianek komunistycznej machiny propagandowej. Zaznaczył, że decydując się na wyjazd, uczynił tak również dla innych, uważając za konieczne, by ktoś „uczulił Zachód na cierpienia Polaków”.

Początkowo napotkał na sprzeciw żony, ale cierpliwie tłumaczył: „nadając temu rozgłos mógłbym może oddać kolegom przysługę, opisując w wolnej prasie nasze położenie i powodując w ten sposób jakiś zewnętrzny nacisk, który pomógłby pozostałym w kraju”. Po dłuższych zabiegach męża, Scarlett: „mężnie zgodziła się na mój wyjazd, a nawet postanowiła mi pomóc”, chociaż „nie miała najmniejszej ochoty wyjeżdżać”. Trudno jednak wierzyć w szczerość Mrs. Panufnik czytając jej wspomnienia wydane w 1956 roku w Londynie jako Out of the City of Fear. Ten polit-thriller przedstawia życie w Polsce jak niewyobrażalny koszmar. Z powodu powszechnego i codziennego terroru przeciętny Polak z zasady umiera na zawał serca i taki właśnie jest stan wszystkich znajomych Panufników, funkcjonariusze UB dysponują pistoletami, z których można strzelać nie wyjmując ich z teczek, a koncertów muzyki kameralnej nie organizuje się, gdyż repertuar ten nie sluży polityce. Podobnych niedorzeczności jest w tej książce ogrom, a wszystkie one pozwalają wczuć się w uczucie, jakiego autorka doznała znalazłszy się 6 marca 1954 roku w Londynie: “Wróciłam do domu! To, o czym od dawna marzyłam, stało się rzeczywistością...”

 

 

1   W roku 1988 na łamach „Ruchu Muzycznego” (nr 12-17) ukazało się moje omówienie tej nieznanej jeszcze w Polsce książki (Andrzeja Panufnika życiorys własny). Już wtedy uwagę zwracała częsta rozbieżność między relacjami jej autora na temat czasów stalinowskich a faktami. Rozdziały poświęcone czasom powojennym są w gruncie rzeczy dość swobodną fantazją na temat tych czasów i własnej roli w środowisku muzycznym. W literaturze wspomnieniowej często mamy do czynienia z przeinaczaniem faktów i trudno ocenić, kiedy są to zabiegi celowe podejmowane, aby przedstawić się w lepszym świetle, a kiedy są to konsekwencje zawodności pamięci i paru innych procesów doskonale znanych psychologom.

2   Jeśli istotnie ktoś wówczas go śledził – czego oczywiście nie można wykluczyć – mogła to być jedynie szwajcarska policja, co nie dziwi, gdy wiadomo chociażby o jej zachowaniu wobec Pierre'a Bouleza w grudniu 2001 roku: 75-letniego muzyka potraktowano wówczas jak potencjalnego terrorystę (szczegóły ujawnił m.in. „The Guardian” (http://www.theguardian.com/world/2001/dec/05/jonhenley).

3   Hotel ten, zgodnie z przyjętymi obyczajami, zarezerwowało i opłaciło radio, a nie – jak pisze Panufnik – polska amabasada (notabene cztery lata później ten sam hotel uwieczniony został przez Friedricha Dürrenmatta w powieści Obietnica. Podzwonne powieści kryminalnej).

4   IPN BU 01208/268/J. Andrzej Panufnik, Maria Panufnik. Postanowienie o wszczęciu sprawy ewidencyjno-obserwacyjnej 26 lipca 1954.

5   Informacje o Scarlett podaję za materiałami zawartymi w dwóch teczkach IPN o częściowo pokrywających się materiałach: BU 0423/3423 i BU 1789/40.

6   Jarosław Iwaszkiewicz, Listy do córek. Warszawa, PIW 2009, s. 281.

7   Krzysztof Muszkowski, Okoliczności ucieczki Andrzeja Panufnika do Wielkiej Brytanii. Archiwum emigracji – Studia - Szkice - Dokumenty – rok 2006 – Zeszyt (1-2) 7-8, s. 354-356.

8   Grzegorz Michalski, Lutosławski w pamięci. Gdańsk 2007, s. 126.

9   W rzeczywistości Marie Elisabeth O’Mahoney, znana w Polsce jako Maria-Elżbieta Zakrzewska, Piotrowska, Rudnicka, Panufnik urodziła się w 1927 roku w irlandzkiej rodzinie zamieszkałej w Londynie; matka pracowała jako pokojówka, ojciec jako konduktor, potem portier. Z dobrymi ocenami ukończyła gimnazjum prowadzone przez zakonnice, „oceniana jako nieprzeciętnie zdolna”. Według doniesienia „Jaza”: „w Londynie zamieszkiwała w robotniczej dzielnicy Hanwell w dwóch izbach z kuchenką dobudowaną z surowych cegieł. Tryb życia w tym okresie poniżej przeciętnie skromnego”.

10  Przypuszczalnie chodziło o utwór Aleksandra Aleksandrowa, wydany w 1950 roku z polskim tekstem Leona Pasternaka. O tym, jak bardzo nie dopisywała Panufnikowi pamięć, świadczy relacja o tej podróży zamieszczona w rozdziale „Wzrastający nacisk stalinizmu”. Panufnik napisał w nim, że władze postawiły go na czele delegacji, dyrektorem zespołu wyznaczyły „młodą kobietę, z pochodzenia Rosjankę”, a towarzyszyło im „dwóch dyrygentów” i „dwoje choreografów (małżeństwo, które przyczyniło się do stworzenia wspaniałego «Mazowsza»)”. Dla porównania, inne relacje z tej podróży: „«Mazowsze» miało jechać do Chin – wspomina ówczesny chórmistrz Stefan Żuława – z Sygietyńskim, ale bez Zimińskiej. Dyrektor zażądał jej towarzystwa. To nawet nie była jego żona, pobrali się dopiero w 1954 roku. Ale Sygietyńskiemu na niej zależało. Postawił ministrowi warunek: Albo pojadą razem, albo on nie jedzie. Przeliczył się. Sokorski szefem delegacji uczynił Panufnika. Ten dyrygent wcale nie znał repertuaru zespołu. Stawał za pulpitem jedynie na najważniejszych koncertach, by otworzyć je Kantatą o Stalinie. Resztą piosenek i tańców kierowałem ja, na zmianę z Marczykiem z Filharmonii Warszawskiej” (Anna Mizikowska, Tadeusz Sygietyński i jego Mazowsze. Warszawa 2004, s. 153); „Tadeusz już do Chin nie pojechał – wspomina Mira Zimińska-Sygietyńska – pojechał Panufnik. Nie znał ani jednego numeru. Pojechał też szwagier ówczesnego ministra. Bardzo mili ludzie. jednego i drugiego nawet lubię. Pojechali jako kierownicy muzyczni. W Chinach nie wolno było nawet wymienić nazwiska Sygietyńskiego. W programie, chociaż cały był zrobiony przez Tadeusza, nie było o nim ani jednego słowa” (Mira Zimińska-Sygietyńska, Nie żyłam samotnie. Warszawa 1985, s. 234). We wspomnieniach Panufnika też nie ma ani słowa o Sygietyńskim. Jest za to opis przygnębiającego rozstania ze Scarlett, którą musiał zostawić w Warszawie. Tymczasem na wniosek ministra kultury i sztuki żona miała towarzyszyć mu w tej podróży. Widocznie z wyjazdu zrezygnowała, pozostając w domu z paromiesięczną córką.

11  Edwarda Pytko, zmuszonego do lądowania w strefie radzieckiej pod Wiedniem, odstawiono do Polski i rozstrzelano. Szczęście dopisało wspomnianemu w tekście Jareckiemu

 

 

Nr 07/2014