Kiedy Leonard Bernstein umierał dwadzieścia osiem lat temu, był ikoną muzyki XX wieku. Dyrygent, kompozytor, pianista, popularyzator muzyki i filantrop, pierwszy urodzony i wykształcony w Stanach Zjednoczonych artysta tego kalibru. Mógłby obdzielić aktywnościami kilku innych muzyków. Chciał być pamiętany jako kompozytor i poniekąd słusznie rozpaczał pod koniec życia, że jego nagrania jako dyrygenta mogą przyćmić jego własną twórczość, a ludzie będą go pamiętali głównie ze względu na muzykę do West Side Story.

 

Spektakularny start

Przyszedł na świat 25 sierpnia 1918 roku w Lawrence w stanie Massachusetts. Jego rodzice pochodzili z Równego na Wołyniu. Ojciec przyszłego artysty prowadził hurtownię artykułów fryzjerskich i nie był zachwycony artystycznymi aspiracjami syna, ten jednak wykazywał się nie tylko talentem, lecz także determinacją. Podczas studiów na Harvardzie w latach 1935–1939 Bernstein zaznajomił się z muzykami, którzy w przyszłości będą mieli na niego duży wpływ. Aarona Coplanda poznał podczas jego przyjęcia urodzinowego w roku 1938. Od tego czasu Bernstein często pokazywał mu swoje kompozycje, a starszy kolega doradzał mu i wskazywał, co można w nich poprawić. Lenny odwdzięczył mu się, promując później jego dzieła jako dyrygent. Podczas studiów artysta poznał też Dimitrija Mitropoulosa, ówczesnego dyrektora artystycznego Minneapolis Symphony Orchestra1. Mimo że Bernstein nigdy nie był jego uczniem, grecki maestro zafascynował młodszego kolegę charyzmą, zapoznał go też z symfoniami Gustava Mahlera, które go zachwyciły i z wykonywania których stał się później tak znany.

Po ukończeniu Harvardu, dzięki protekcji Mitropoulosa, Bernstein został uczniem Fritza Reinera w Curtis Institute of Music w Filadelfii. Zrobił na swoim mentorze duże wrażenie; często też wspominał go jako jedną z najbardziej wpływowych postaci w swoim życiu. Przyjaźnie z Coplandem i Mitropoulosem pomogły Bernsteinowi znaleźć się w pobliżu kolejnego wybitnego dyrygenta – Sergiusza Kusewickiego, dyrektora Boston Symphony Orchestra. Bernstein dostał się na prowadzone przez niego letnie kursy dyrygenckie w Tanglewood, a później został jego asystentem w Bostonie. Jednak pierwsza poważna praca zawodowa autora Kandyda wiązała się z New York Philharmonic Orchestra. W roku 1943, wbrew zastrzeżeniom zarządu orkiestry, jej ówczesny szef Artur Rodziński zatrudnił Bernsteina na stanowisku swojego asystenta. Paradoksalnie, wątpliwości decydentów powodowało amerykańskie pochodzenie młodego artysty. W owych czasach uważano, że najlepsi dyrygenci pochodzą z Europy, zarząd zespołu z podejrzliwością patrzył więc na decyzję polskiego dyrygenta.

Szansa na wybicie się nadarzyła się w listopadzie tego samego roku. Koncerty odbywały się wówczas w seriach. Pierwszy w czwartek, drugi w piątek, a trzeci w niedzielę. Te listopadowe poprowadzić miał Bruno Walter – doświadczony dyrygent o ogromnym autorytecie. Koncert w czwartek przeszedł dobrze, w piątek Walter nie czuł się już najlepiej, a w sobotę ciężko przeziębiony nie był w stanie podnieść się z łóżka. Ponieważ Rodzińskiego nie było w Nowym Jorku, jedyną osobą, która mogła poprowadzić koncert, był właśnie Bernstein. Stanęło przed nim poważne wyzwanie. Nie było już czasu na próbę, a Lenny nie prowadził wcześniej orkiestry podczas publicznego występu. Młody muzyk udał się do chorego Waltera, przekartkował z nim partytury i to musiało mu wystarczyć za całe przygotowanie do koncertu. Ten jednak okazał się ogromnym sukcesem i był początkiem błyskotliwej kariery2.

W roku 1946 Lenny po raz pierwszy wystąpił za granicą – poprowadził Orkiestrę Filharmonii Czeskiej w Pradze. W tym samym roku w Londynie dokonał jednego ze swoich pierwszych nagrań studyjnych: nagrał Koncert fortepianowy Ravela z Philharmonia Orchestra, wcielając się w podwójną rolę pianisty i dyrygenta, do czego zainspirował go Mitropoulos. Po powrocie do Tanglewood, w tym samym roku, po raz pierwszy poprowadził operę – amerykańską premierę Petera Grimesa Brittena, dzieła zamówionego przez Fundację Kusewickiego. W roku 1949 los ponownie uśmiechnął się do artysty i pozwolił mu poprowadzić prawykonanie jednego z najważniejszych dzieł symfonicznych XX stulecia – Symfonii Turangalîla Oliviera Messiaena. Dzieło zamówił u kompozytora Kusewicki, który miał też nim zadyrygować, ale ponieważ się rozchorował, zaszczyt ten przypadł Bernsteinowi. Prasa oceniła jego interpretację bardzo pozytywnie, ale artysta najwidoczniej nie przepadał za muzyką francuskiego kompozytora. W jego oficjalnej dyskografii znajduje się tylko jeden jego utwór3, a do Turangalîli już nie wrócił.

 

Bezkompromisowa pogoń za sławą

Mimo sympatycznego i ciepłego wizerunku, w rozmaitych zakulisowych rozgrywkach Bernstein potrafił postępować okrutnie i cynicznie, a żadna sytuacja nie ilustruje tego lepiej niż wydarzenia, które rozegrały się w Bostonie pod koniec lat czterdziestych. W tym czasie starzejący się Kusewicki zaczynał myśleć o przekazaniu Boston Symphony Orchestra innemu dyrygentowi. Zarząd orkiestry wahał się między Mitropoulosem a Charlesem Munchem, popularnym ze względu na aktywny udział w działaniach francuskiego ruchu oporu podczas wojny. Zachowanie greckiego dyrygenta było w oczach Kusewickiego afrontem: zdobył powodzenie, występując z jego orkiestrą. Krytyka go chwaliła, publiczność przyjmowała owacyjnie, a orkiestra go uwielbiała. Miał też, w przeciwieństwie do Rosjanina, dość swobodny i pozbawiony wyższości względem otoczenia sposób bycia, co jeszcze bardziej pogrążyło Mitropoulosa w oczach starszego kolegi.

Niechęć Kusewickiego była tajemnicą poliszynela w amerykańskim środowisku muzycznym, a Bernstein postanowił ją wykorzystać na swoją korzyść. Uknuł więc (wespół z Kusewickim) spisek, mający na celu wyeliminowanie Mitropoulosa z gry. Bernstein publicznie oświadczył Kusewickiemu, że Mitropoulos jest gejem, a był to w konserwatywnym Bostonie grzech, którego nie dało się wybaczyć. Uzbrojony w tę wiedzę Kusewicki udał się na zebranie zarządu swojej orkiestry i postawił jego członkom ultimatum: albo wyznaczą na jego następcę Bernsteina zamiast Muncha, albo on natychmiast złoży publiczną rezygnację ze stanowiska. Był pewny, że zarząd ugnie się i nie dopuści do sytuacji, w której zmiana władzy w instytucji odbędzie się w tak kontrowersyjnych i niesprzyjających okolicznościach. Zarząd miał jednak liczne zastrzeżenia w stosunku do Bernsteina. Zdaniem jego członków był zbyt młody i zbyt niedoświadczony, był Amerykaninem (a nie Europejczykiem), powszechnie znano jego lewicowe poglądy (a mówimy przecież o pierwszych latach zimnej wojny), miał liczne powiązania z Broadwayem, a na domiar złego był Żydem. Kusewicki srogo się przeliczył, stawiając zarząd BSO pod ścianą. Jego rezygnację przyjęto, a nowym dyrektorem artystycznym orkiestry został Munch4

Denuncjując orientację seksualną Mitropoulosa, Bernstein przemilczał swoje własne preferencje. Homoseksualizm nie przeszkodził mu poślubić w 1951 roku chilijskiej aktorki Felicii Montealegre i mieć z nią trójki dzieci. Zrobił to, aby uciszyć plotki, które mogły zaszkodzić jego karierze.

 

Do utraty tchu

Tymczasem ta nadal rozwijała się dynamicznie. W roku 1952 poprowadził New York Philharmonic Orchestra w czasie prawykonania II Symfonii Charlesa Ivesa – dzieła, które czekało na to pół wieku5. W 1953 zadyrygował w mediolańskiej La Scali Medeą Cherubiniego z Marią Callas. Tym samym był pierwszym amerykańskim dyrygentem, który dostąpił zaszczytu poprowadzenia przedstawienia w tym teatrze. Rok później na zlecenie stacji telewizyjnej CBS rozpoczął cykl popularyzatorski Omnibus, który przekształcił się później w Young People’s Concerts. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że Bernstein z równą wirtuozerią wykorzystywał możliwości telewizji, co orkiestr, które prowadził. Miał pomysły i charyzmę, dzięki którym, zwracając uwagę na siebie, zwracał ją też na zagadnienia, jakie pragnął przybliżyć. W latach 1958–1969, w szczytowym okresie swojej kariery, był dyrektorem artystycznym New York Philharmonic, później zaś nie związał się na stałe z żadną orkiestrą. Występował z różnymi zespołami – a to ze swoją ulubioną Israel Philharmonic, a to z orkiestrami z Bostonu czy Chicago. 

Był częstym gościem w Europie: kierował London Symphony Orchestra, Wiener Philharmoniker, Royal Concertgebouw czy Orchestre National de France. Z Berliner Philharmoniker wystąpił tylko raz, w roku 1979, prowadząc IX Symfonię Mahlera. Pomysł zaproszenia go wyszedł od orkiestry, a nie od pełniącego funkcję dyrektora muzycznego Herberta von Karajana; cały muzyczny świat trząsł się więc od plotek sugerujących, że austriacki dyrygent nie przepada za młodszym kolegą i zazdrości mu popularności. W roku 1989 Bernstein zawitał też (po raz drugi) do Polski. Poprowadził wówczas NOSPR w Teatrze Wielkim w Warszawie podczas koncertu uświetniającego obchody pięćdziesięciolecia wybuchu II wojny światowej. Dyrygował wtedy uwerturą Leonora III op. 72b Beethovena oraz swoim własnym dziełem – Chichester Psalms6.

Ostatni koncert Bernsteina odbył się 19 sierpnia 1990 roku w Tanglewood. Dyrygent poprowadził wtedy tylko dwa utwory – Four Sea Interludes z Petera Grimesa Brittena i VII Symfonię Beethovena. Doprowadził ten utwór do końca z najwyższym trudem, desperacko walcząc o złapanie tchu. Od młodości cierpiał na astmę, a poważne problemy ze zdrowiem pogłębił fakt, że przez całe życie był nałogowym palaczem. Na początku października tego roku artysta ogłosił przejście na emeryturę, a pięć dni później zmarł na atak serca w swoim mieszkaniu w Dakota Apartments w Nowym Jorku7. Pochowano go na Green–Wood Cementery. Zgodnie z jego życzeniem, w trumnie umieszczono partyturę V Symfonii Mahlera.

 

Brak taktu

Sylwetka Bernsteina jako dyrygenta jest niewątpliwie bardzo złożona. Wielu czołowych amerykańskich krytyków, w tym piszący dla „The New York Times” Harold Schonberg czy Virgil Thomson, wyrażało się z lekceważeniem o jego zdolnościach kompozytorskich i akrobacjach na podium dyrygenckim. Te kąśliwe uwagi wskazują również na mroczną stronę charakteru artysty – obsesyjną potrzebę bycia w centrum uwagi, podobania się i wzbudzania podziwu. Również recenzja Jerzego Waldorffa opublikowana po pierwszym koncercie dyrygenta z Nowojorczykami w Polsce w roku 1959 nie jest entuzjastyczna. Krytyk pisał: „Bernstein zdawał się mieć na celu […] zwrócenie uwagi publiczności na siebie, zmuszenie jej do zachwytu nad swym temperamentem. Przy batucie skakał w górę, potem kucał, tupał, podrygiwał, tańczył, gryzł palce, zaś bisowy utwór […] prowadził… klęcząc na taborecie od fortepianu. Nikt mi nie wytłumaczy, że te gesty związane były niezbędnie i logicznie z powstającymi dźwiękami! A w przeciwnym razie sądzę, że jeśli kapelmistrz pozwala sobie na gestykulację odwracającą uwagę słuchaczy od muzyki, to przejawia tym samym brak szacunku dla muzyki. Ktoś mógłby powiedzieć, że ruchy dyrygenta są obojętne, byle tylko wywoływana nimi muzyka była piękna. Otóż nie! Jedno odstępstwo od praw sztuki pociąga za sobą kolejne inne. […] Kiedy Bernstein […] zaczął grać Koncert G-dur Mozarta, jego zgubna chęć podobania się publiczności znów dała znać o sobie; Andante Koncertu odegrane było w rażącej sprzeczności ze stylem […] muzyki, pseudoromantycznie, ckliwie, pod łatwy zachwyt niewybrednych odbiorców. […] Bernstein to na pewno wysoce utalentowany muzyk, ale brak mu kultury i taktu”8.

W tych ostrych słowach kryje się przynajmniej część prawdy na temat interpretacji Bernsteina. Jego repertuar obejmował dzieła od baroku do współczesności. Zwolenników nagrań w nurcie wykonawstwa historycznego trzeba przed interpretacjami tego dyrygenta przestrzec. Vivaldi, Bach, Haydn i Mozart poddawani są niezliczonym i ciężkostrawnym zabiegom romantyzującym, dokładnie takim, o których pisał Waldorff. Również sposób, w jaki dyrygent interpretował dzieła Beethovena, nasuwa silne skojarzenia z tradycją XIX-wieczną. Powolne tempa, narracja kształtowana z emfazą i patosem, ciężki i masywny dźwięk mogą do tych interpretacji zniechęcać. Ostentacyjny emocjonalizm Bernsteina zamienia niektóre wykonywane przez niego utwory w ich własne karykatury.

Trzeba też pamiętać, że nie było jednego Bernsteina-dyrygenta. Było ich co najmniej dwóch, bowiem jego styl wykonawczy przeszedł z biegiem lat zadziwiającą metamorfozę. Pierwsza faza odpowiada w przybliżeniu okresowi, kiedy artystę łączył kontrakt z firmą Columbia (dziś prawami do tych nagrań dysponuje Sony) i kiedy rozpoczynał swoją działalność jako dyrektor Nowojorczyków, a więc obejmuje koniec lat pięćdziesiątych i w zasadzie całe lata sześćdziesiąte. Bernstein stworzył wtedy rozległą kolekcję nagrań świadczącą jak najlepiej zarówno o jego talencie, jak i użytej podczas sesji technice nagraniowej. Nagrania te wyróżniają się znakomitym, ciepłym i bezpośrednim dźwiękiem, interpretacje są plastyczne, pełne wigoru i żywej rytmicznej pulsacji. Bernstein nagrał wtedy cykle dzieł symfonicznych Beethovena, Brahmsa, Czajkowskiego, Mahlera, Nielsena czy Sibeliusa. Szczególną jego zasługą była popularyzacja muzyki Mahlera. Nie był oczywiście pierwszym dyrygentem zafascynowanym symfoniami austriackiego kompozytora, ale był (razem z Rafaelem Kubelikiem) jednym z pierwszych, którzy nagrali cały komplet. Bernstein identyfikował się z Mahlerem, rozumiał dobrze jego rozdarcie pomiędzy dyrygowaniem a komponowaniem, a także poczucie wyobcowania wynikające z semickiego pochodzenia. Kierując Nowojorczykami, był też de facto jego następcą9.

Sięgał także do muzyki najnowszej, w tym do dzieł kompozytorów amerykańskich. Jego interpretacje kompozycji Coplanda, Gershwina, Harrisa, Ivesa czy Schumana słusznie przeszły do klasyki fonografii i zasługują na rekomendację. Podczas tej dekady dyrygentowi udało się zarejestrować właściwie wszystkie najważniejsze dzieła należące do symfonicznego kanonu. Wiele z tych interpretacji do dzisiaj brzmi świeżo i potrafi pozytywnie zaskoczyć. Na szczególną uwagę zasługują nagrania dzieł Bartóka (Muzyka na smyczki, perkusję i czelestę, Koncert na orkiestrę), Berlioza (Symfonia fantastyczna), Bizeta (Symfonia C-dur), Dvořáka (IX Symfonia), Honeggera (Pacific 231), Mahlera (II i IV Symfonia), Saint-Saënsa (Karnawał zwierząt) i Vaughana Williamsa (IV Symfonia).

 

Wolno, wolniej...

W roku 1972 Bernstein podpisał kontrakt z Deutsche Grammophon, dla tej firmy dokonał też większości swoich późnych nagrań. O ile lata siedemdziesiąte można określić jako okres przejściowy, o tyle w ostatniej dekadzie styl wykonawczy dyrygenta stał się znacznie bardziej kontrowersyjny. Lenny stał się, podobnie jak Sergiu Celibidache czy Otto Klemperer, dyrygentem znanym z bardzo powolnych temp. W potocznym rozumieniu przywykło się identyfikować powolne tempa z pogłębieniem wyrazu. Czy tak jest w przypadku Bernsteina? Bywa różnie. Za przykład może posłużyć Święto wiosny Strawińskiego. Nagranie z Nowojorczykami z 1958 roku to klasyk. Interpretacja jest żwawa, dzika, nieokrzesana, a przy tym ekscytująca i porywająca. Remake z London Symphony Orchestra z 1972 roku jest całkiem dobry, aczkolwiek nie wzbudza podobnego zachwytu. Ostatnie nagranie, z 1982 roku, pochodzi z koncertu, podczas którego Bernstein poprowadził Israel Philharmonic Orchestra. Próżno szukać w nim tej charyzmy, która porwała orkiestrę ćwierć wieku wcześniej. To ostatnie Święto wiosny brzmi tak, jakby ten utwór napisał… Brahms na spółkę z Czajkowskim i Mahlerem.

W ostatniej dekadzie uwypukliły się najgorsze cechy Bernsteina jako dyrygenta. Nachalna emocjonalność potrafiła zepsuć wiele utworów zarejestrowanych przez niego w tym okresie. Artysta wrócił do bardzo wielu dzieł, które nagrał wcześniej, pozostawił po sobie jednak interpretacje często skrajnie odmienne od tych wcześniejszych. Nie zawsze jednak ową odmienność można zaliczyć na plus. Jego nowe interpretacje symfonii Beethovena i Brahmsa (nagrane tym razem z Wiedeńczykami) są wyjątkowo ciężkostrawne – zarówno ze względu na powolne tempa, jak i patos oraz ciemne, masywne brzmienie orkiestry. Sława Bernsteina jako gwiazdy batuty w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych mogła konkurować tylko z famą Herberta von Karajana, jednak w przeciwieństwie do niego amerykański dyrygent rzadko sięgał po opery. W dyskografii operowej Bernsteina znajdziemy jednak takie rarytasy, jak zarejestrowana w La Scali Lunatyczka Belliniego z Marią Callas, Falstaff Verdiego z Wiedeńczykami i Dietrichem Fischerem-Dieskauem, Tristan i Izolda z Peterem Hofmannem i Hildegard Behrens, Carmen z Marilyn Horne czy nagrana w Rzymie Cyganeria Pucciniego.

Oczywiście, ten styl wykonawczy do niektórych kompozytorów pasuje bardziej, do innych mniej. Są jednak w późnych nagraniach Bernsteina miejsca tak wyjątkowe i tak zachwycające, że nie sposób przejść obok nich obojętnie. Nie każdy dyrygent potrafi dyrygować wolno. Często zdarza się, że muzyka traci wtedy spójność, szwy pękają, a słuchacz zamiast dumać – zaczyna ziewać. Są w interpretacjach artysty odcinki rozciągnięte prawie w nieskończoność, ciche i skoncentrowane, w których wytwarza się niezwykłe napięcie i które są zniewalająco sugestywne. Dzieje się tak w wolnych częściach symfonii Dvořáka, Czajkowskiego, Sibeliusa czy Mahlera. To momenty wyciszenia, w których czas wydaje się zastygać. Do uzyskania takiego efektu trzeba niezwykłej charyzmy i wyczucia. Nagrania „późnego Bernsteina” wciąż budzą kontrowersje, o czym można się przekonać, czytając recenzje ukazujących się wciąż reedycji. Również nagrania DVD pokazują go od niezbyt korzystnej strony. Nachalne przeżywactwo, przerysowana gestykulacja i obsesyjna próba zwrócenia na siebie uwagi sprawiają, że oglądanie części z tych wystąpień budzi niepohamowaną wesołość.

 

• •

 

Czy nie powinniśmy jednak odrzucić licznych grzechów Bernsteina jako człowieka i docenić jego najlepszych stron? Czy nie miał racji Bohdan Pociej, pisząc: „w wybuchach młodzieńczego temperamentu jest ekspansywny i zaborczy. Ukazuje zaskakująco nowe koncepcje utworów. Ma sugestywną siłę przekonywania o słuszności swych pomysłów. Można naturalnie z chłodnym sceptycyzmem wskazywać miejsca niepogłębione, «niedojrzałe» […], powierzchowność ujęcia tych czy innych szczegółów, złośliwie wytykać «efekty zewnętrzne». Można nie poddawać się urokowi tego rodzaju sztuki odtwórczej czy wręcz uciekać od niej. Czy nie lepiej jednak brać Bernsteina takim, jaki jest? Cieszyć się samym istnieniem fascynującego zjawiska, pobłażliwie przymykając oczy na jego słabe […] strony?”10

 

1 Później zespół przemianowano na Minnesota Orchestra.

2 Rejestracja koncertu jest dostępna w serwisie YouTube.

3 Chodzi o 3 Petites Liturgies de la Présence Divine, zarejestrowaną w 1961 roku z NYPO.

4 O kulisach tych wypadków pisze W.R. Trotter w książce Priest of Music. The Life of Dimitri Mitropoulos, Portland 1995, s. 240-241. 

5 II Symfonia Ivesa powstała w latach 1897–1902. 

6 Innymi utworami w programie dyrygowali Krzysztof Penderecki i Lukas Foss. Cały koncert został zarejestrowany dla potrzeb telewizji, a rejestracja Chichester Psalms pod dyrekcją Bernsteina jest dostępna w serwisie YouTube: https://www.youtube.com/watch?v=7Yhnml4DW9g.

7 Budynek ten położony jest u wylotu 72nd Street, w bezpośredniej bliskości Central Parku. W podwórzu tego samego budynku w 1980 zastrzelono Johna Lennona.

8 J. Waldorff, Diabły i anioły. Kraków 1988, s. 366-368.

9 Gustav Mahler był dyrektorem Filharmonii Nowojorskiej w latach 1909–1911.

10 J. Waldorff, op.cit., s. 392-393. 

 

 

Nr 12/2018