Rzecz wydaje się banalna: wydawać dźwięki, rytmicznie uderzając dłonią o dłoń. Jednak w sytuacji koncertowej oklaski stają się sztuką dostępną tylko dla wtajemniczonych, z wyższością patrzących na tych bijących brawo nie wtedy, kiedy trzeba, nie tak, jak trzeba i nie tym, co trzeba. Najczęściej adresatami pogardliwych spojrzeń są nieszczęśnicy, którym oklaski wyrwały się pomiędzy częściami utworów. Przypadkom takim towarzyszą pełne niechęci komentarze koncertowych weteranów, ostentacyjne westchnienia, przewracanie oczami i spojrzenia skierowane w sufit (co w bardzo wysokich, nowoczesnych salach koncertowych jest coraz trudniejsze, zwłaszcza gdy siedzi się na parterze). W krytyce często traktuje się takie osoby w pełen wyższości sposób, pisząc o tych, „co przychodzą do filharmonii raz na kilka lat” albo o „oficjelach i sponsorach”, którzy lubią, kiedy jest „bardzo głośno i bardzo szybko”, za to na „naprawdę dobrych koncertach” nie urządzają owacji na stojąco.

Nie wiem, czemu ma służyć pogardliwe traktowanie publiczności i umieszczanie w tym pejoratywnym kontekście „oficjeli i sponsorów”. Czyżbyśmy nie chcieli, aby na koncertach pojawiały się osoby spoza stałego grona koncertowych bywalców? Czy nie życzymy sobie, aby sztuka była wspierana przez instytucje państwowe oraz prywatnych sponsorów? A może przez nasze poczucie wyższości tak naprawdę przemawiają kompleksy i zazdrość: nie piastujemy wysokich stanowisk, nie mamy wielkiego majątku, ale przynajmniej przynależymy do burżuazji ducha, nie to co ci parweniusze i nowoduchaccy.

 

Klaszczący inaczej

„Klaszczącym inaczej” w pierwszej kolejności należy współczuć. Przecież nikt ich w młodości nie zaprowadził na koncert, nie nauczył, nie wpoił koncertowej etykiety. Rodzice widocznie mieli inne problemy na głowie, a powszechna edukacja muzyczna w naszym kraju praktycznie nie istnieje. Trzeba zatem „klaszczących inaczej” cierpliwie uczyć, wskazywać drogę, a nie od razu traktować z pogardą. I wcale nie pomoże zapowiedź i prośba o nienagradzanie artystów brawami pomiędzy częściami utworów. Wyobraźmy sobie: przychodzimy pierwszy raz na koncert, w programie I Symfonia jakiegoś nieznanego nam kompozytora. Johannes Bahamas – to chyba twórca egzotyczny. A nie, moment, nie Bahamas. Brahms. Ale też nieznany. W programie mamy wypisane cztery części, ale zanim skończy się część pierwsza, zdążymy się w niej doliczyć nie czterech, lecz pięciu albo i sześciu części.

Nie ma wyjścia – zapowiedź nie wystarczy. Trzeba albo edukować, albo sterować publicznością w bardziej bezpośredni sposób: „jakby nie można było tego jakoś zaznaczyć, gwiazdek jakiś umieścić, nie mówiąc już o tablicy elektronicznej z wyświetlanymi jednoznacznymi komunikatami – może to i mało eleganckie, ale za to jakie pożyteczne, chyba by się artysta nie obraził za równo ułożony aplauz, zresztą, pomijając elektronikę, wystarczyłoby w programie otwarcie napisać – «teraz klaskać», «teraz nie klaskać»”, jak pisze Maciej Miłkowski w opowiadaniu Zasady klaskania („Zeszyty Literackie” 2013, nr 2).

Obyczaj nienagradzania artystów brawami pomiędzy częściami utworów wcale nie jest tak oczywisty, jakby się mogło zdawać, i często potrafi wywołać w słuchaczach niemałą konfuzję. Niech zilustrują to dwa zdarzenia, których byłem świadkiem.

Podczas koncertu Christophera Hogwooda z Orkiestrą Filharmonii w Poznaniu miejscowy prelegent zapowiedział słynnego dyrygenta i ostrzegł publiczność, aby w żadnym razie nie biła braw pomiędzy częściami utworów. Następnie na estradę wszedł Christopher Hogwood, w krótkiej prelekcji omówił wykonywany program, na który złożyły się symfonie Haydna, oraz zaprosił publiczność, by zachowywała się tak, jak zachowywałaby się publiczność w XVIII wieku, i nagradzała muzyków brawami, gdy tylko jakiś fragment szczególnie im się spodoba. Próbowałem wówczas bić brawo po ekspozycji pierwszej części, ale początkowe ostrzeżenie chyba zbyt sparaliżowało publiczność i nie podjęła ona mojej inicjatywy. Między częściami słuchacze mieli już nieco więcej śmiałości.

Wybrałem się niegdyś na premierę do opery w towarzystwie osoby, która bywała na koncertach filharmonicznych na tyle często, że znany był jej rytuał koncertowy, jednak świat operowy był dla niej obcy. Kiedy więc publiczność po szczególnie efektownym wykonaniu arii zaczęła bić brawo, owa osoba zareagowała oburzeniem: „Jak to?! klaszczą między częściami?!”. Z pewnym rozbawieniem musiałem wyjaśnić, że o ile bicie braw między częściami w filharmonii należy do złego tonu, o tyle w operze jest mile widziane.

 

Komponowanie (dla) oklasków

Jak wyjaśnić ten paradoks? Cofnijmy się do XVIII wieku, gdy powstały pierwsze publiczne cykle koncertowe ze słynnymi paryskimi Concerts Spirituels na czele. Wiele o obyczajach panujących na owych paryskich koncertach mówi list Mozarta do ojca, w którym opisuje on prawykonanie Symfonii D-dur KV 297, napisanej specjalnie na otwarcie kolejnego koncertu w ramach cyklu. Mozart wspomina o szczególnie efektownym pasażu w pierwszej części, na który publiczność natychmiast zareagowała brawami. Spodziewając się takiej reakcji, Mozart powtórzył pasaż pod koniec części, znów wzbudzając entuzjazm publiczności. W trzeciej części opóźnił konwencjonalny premier coup d’archet, głośny pasaż smyczków unisono, rozpoczynając piano i wprowadzając forte dopiero po paru taktach. Zgodnie z oczekiwaniem, paryska publiczność najpierw zaczęła się uciszać „sz!”, a gdy rozległ się pasaż forte, nagrodziła kompozytora gromkimi brawami. Jak widać, Mozart nie tylko nie był oburzony zachowaniem Paryżan, lecz nawet liczył na ich entuzjastyczne reakcje i do nich prowokował.

Warto wspomnieć, że jeszcze u progu XIX wieku format koncertu był zupełnie odmienny od dzisiejszego. Symfonie rzadko grano, wykonując wszystkie części po kolei. Ogniwa utworu przeplatano częściami sonat, kwartetów czy ariami, dla których symfonia tworzyła efektowną ramę. W takich warunkach poszczególne części traktowane były bardziej autonomicznie. Jeszcze dziś zdarzają się takie symfoniczne potpourri, szczególnie na koncertach wieńczących konkursy czy kursy mistrzowskie. Wtedy nierzadko wykonywane są tylko poszczególne części utworów bądź jeden utwór wykonuje kilkoro wykonawców (solistów, dyrygentów). W takiej sytuacji naturalne jest, że oklaski rozbrzmiewają po każdej części.

 

Źródła wstrzemięźliwości w brawach

Co zatem zmieniło się, że przerywanie utworu oklaskami przestało należeć do dobrego tonu? Jak zwykle wszystkiemu winni są Niemcy. Nauczyciele muzyki lubią powtarzać historię, jak to Beethoven był przeciwny rozczłonkowywaniu symfonii i, walcząc o spójność cyklu symfonicznego, napisał V Symfonię, w której połączył wszystkie ogniwa wspólnym motywem. Jest w tym trochę racji, ale też sporo przesady, bo wspólną motywikę odnajdziemy też w symfoniach Haydna czy Mozarta, nawet jeśli nie tak wyrazistą jak u Beethovena. Winnych należałoby szukać raczej wśród niemieckojęzycznych myślicieli i filozofów. O ile bowiem w XVIII wieku dominowała racjonalistyczna i hedonistyczna wizja muzyki jako szczególnego układu dźwięków, który ma sprawić słuchaczowi przyjemność, o tyle XIX wiek przynosi zmianę perspektywy.

Począwszy od Wilhelma Wackenrodera, o muzyce zaczyna się pisać w kategoriach boskich, mistycznych. Muzyka ma odsłaniać przed słuchaczem to, co niewyrażalne słowami. Artur Schopenhauer stawia muzykę ponad wszystkimi innymi sztukami, gdyż nie ukazuje ona idei – szczebli obiektywizacji woli – lecz bezpośrednio samą wolę. Za sprawą romantycznej estetyki muzyka stała się więc sztuką równą religii, a po ogłoszeniu śmierci Boga przez Nietzschego religię wręcz zastąpiła. 

Przekonanie o świętym charakterze muzyki odnajdziemy w twórczości późnoromantycznych kompozytorów: w mistycznych symfoniach-poematach Aleksandra Skriabina, monumentalnych wokalno-instrumentalnych symfoniach Gustava Mahlera, a przede wszystkim u Richarda Wagnera. Kompozytor ten wzniósł świątynię swojej sztuki w Bayreuth, gdzie rokrocznie miało być odprawiane uroczyste misterium sceniczne Parsifal. Zakaz wystawiania dzieła poza tym jednym teatrem został zignorowany dopiero przez Metropolitan Opera w Nowym Jorku w 1903 roku, ponad dwadzieścia lat od premiery dzieła. Zniesiono go w 1914 roku, po trzydziestu dwóch latach od premiery Parsifala w Bayreuth. Jeszcze w tym samym roku dzieło wystawiono w pięćdziesięciu różnych teatrach operowych. Taka była wówczas siła religii zwanej wagneryzmem.

 

Tajna broń przeciw klaskaniu

W tym samym czasie, gdy niemieccy słuchacze przeżywali muzykę jako sacrum, publiczność włoska i francuska znajdowała się pod znacznie słabszym wpływem romantycznej filozofii niemieckiej. W obu tych krajach, szczególnie w kulturze operowej, przetrwał hedonistyczny model odbioru muzyki, przez co spontaniczne wyrażenie aprobaty po znakomicie wykonanej arii mieściło się w dobrym obyczaju. Jednak zauważmy, że obyczaj ten nie dotyczy opery w ogóle, lecz tylko repertuaru do XVIII wieku oraz dziewiętnastowiecznej opery francuskiej i włoskiej. Gdybyśmy nawet chcieli zaklaskać w trakcie spektaklu Parsifala, ręce same zatrzymają nam się w pół drogi i w ten sposób uchronią nas przed lekkomyślnie popełnionym świętokradztwem.

Trzeba bowiem zaznaczyć, że dawni mistrzowie w starciu z „klaszczącą inaczej” publicznością nie są wcale bezbronni i, jeśli tylko chcieli, potrafili tak napisać utwór, by owację między częściami wykluczyć. U wspomnianego Beethovena trzy ostatnie części VI Symfonii są ściśle związane ze sobą pojawiającym się w partyturze słowem attaca. Każda z części logicznie wypływa z poprzedniej, nie ma nawet chwili pauzy na brawa. Jednak Felix Mendelssohn-Bartholdy też wpisał attaca pomiędzy wszystkimi częściami swojej III Symfonii, podczas gdy każda z nich – wydawać by się mogło – stanowi zamkniętą całość. Ze względu na to jedno, krótkie słowo, dyrygent wykonujący symfonię skraca przerwy pomiędzy częściami i ani na moment nie opuszcza rąk, nie dając słuchaczom pretekstu do braw. W lżejszej, IV Symfonii słowo attaca znajdziemy tylko pomiędzy trzecią a czwartą częścią. Czyżby Mendelssohn w jednej z symfonii dopuszczał owacje w trakcie jej trwania, a w drugiej – nie?

 

Zakazy i nakazy bicia

No dobrze, pogłębiliśmy naszą wiedzę na temat społecznych, historycznych i filozoficznych kontekstów klaskania / nieklaskania między częściami, znamy parę za i parę przeciw, wciąż jednak nie odpowiedzieliśmy na tytułowe pytanie: bić albo nie bić? Bić. Romantyczny model odbioru muzyki stanowi relikt minionej epoki i nie powinniśmy czuć się nim zobowiązani. Wiele części utworów kończy się tak efektownie, że ręce aż same zrywają się do braw. Dlaczego więc mamy się powstrzymywać, dlaczego nie mielibyśmy spontanicznie wyrazić swojej opinii? Wreszcie: oklaski pomiędzy częściami pozwalają zamaskować inny przykry odgłos dobiegający z widowni – plagę kaszlu, która w nowych, pojemnych salach koncertowych, rozpisana na grubo ponad tysiąc gardeł, staje się nie do zniesienia. Choć i z tym odruchem starają się walczyć niemieccy strażnicy świętości sztuki. W Filharmonii Berlińskiej do tradycyjnej informacji o zakazie fotografowania, nagrywania i prośby o wyłączenie telefonów komórkowych dołączono jeszcze jedną prośbę: o powstrzymanie się od kaszlu podczas koncertów! Tylko czekać, aż zaczniemy się jeszcze zakuwać w kaftany, aby przypadkiem głośno nie wiercić się na siedzeniu, a ochrona zacznie przeszukiwać damskie torebki w poszukiwaniu cukierków w szeleszczących papierkach.

W swoim przyzwoleniu na oklaski chciałbym jednak zrobić ważne zastrzeżenie: nie mogą one przeszkadzać artystom. Jeśli widzimy, że wykonawca zdradza niezadowolenie, gdy utwór przerwano brawami, uszanujmy to i pozwólmy mu dokończyć występ w ciszy i skupieniu. Jeśli muzycy zaplanowali swój koncert jako misterium, w którym z jednego utworu logicznie wypływa drugi, dajmy się zaprosić do tego przeżycia i nie niszczmy mistycznej atmosfery oklaskami. Wreszcie uważam za niedopuszczalne, by oklaski rozlegały się, gdy widać, że muzyk już unosi smyczek albo batutę, gdy zbiera się do uderzenia pierwszego dźwięku, gdy już bierze oddech. Oklaski w takim momencie wybijają artystę z rytmu i choć profesjonalni muzycy znakomicie sobie radzą z różnego typu nieprzewidzianymi wydarzeniami na estradzie, to podobne przerywanie im w połowie zdania wydaje się zwyczajnie niegrzeczne.

 

Klaskanie na głosy

Skoro już zdecydowaliśmy, że jednak bić, zastanówmy się jeszcze nad tym jak. Mogłoby się komuś wydawać, że klaskanie to po prostu klaskanie. Nic bardziej mylnego. Kiedyś wytłumaczono mi, że są cztery rodzaje oklasków: sopranowe – złożonymi palcami o złożone palce; altowe – palcami o wnętrze dłoni; tenorowe: równolegle dłonią o dłoń oraz basowe: wnętrzem dłoni o wnętrze dłoni. Każde brzmią nieco inaczej – wyżej, niżej, ciszej, mocniej. Mamy także klaskanie pozorne, gdy entuzjastycznie ruszamy rękami, jednak prawie nimi nie uderzamy – jeśli nie chcemy się wyróżnić w rozentuzjazmowanym tłumie, lecz nie chcemy też dodawać decybeli do ogólnej wrzawy. Mamy klaskanie ostentacyjne, kiedy dla wyrażenia dezaprobaty klaszczemy tylko dwa lub trzy razy albo klaszczemy, uderzając palcem o palec. Mamy pełne dezaprobaty ostentacyjne siedzenie podczas owacji z założonymi rękami. Mamy wreszcie buczenie, które wyraża najwyższą niechęć wobec artysty. Na przeciwległym biegunie mamy pełną uznania owację na stojąco, wznoszenie okrzyków czy popularne w krajach niemieckojęzycznych klaskanie połączone z intensywnym tupaniem. Pełne spektrum emocji do wyrażenia brawami. 

Warto z niego korzystać, bo przecież nie każdy koncert podoba nam się tak samo. Ba, podczas jednego koncertu nie każdy utwór przypadnie nam tak samo do gustu lub różni wykonawcy spodobają nam się mniej lub bardziej. Warto wtedy poczekać na swojego ulubieńca, by złożyć mu szczególne wyrazy uznania. I odwrotnie: warto też wyrazić swoją dezaprobatę, gdy któryś z muzyków w naszym mniemaniu popsuł koncert. Damy w ten sposób zarówno muzykom, jak i organizatorom sygnał, że nie przełkniemy gładko wszystkiego, co nam podadzą, że mamy swoją opinię i swoje gusta, nawet jeśli mielibyśmy się nimi różnić w gronie słuchaczy. Nie ukrywam, że trochę tęsknię za czasami, gdy muzyka rozpalała publiczność do tego stopnia, że na widowni wybuchały kłótnie czy nawet dochodziło do rękoczynów. Czyli jednak bić? Nie, bójek nie popieram, ale nie bójmy się wyrażać swojej opinii poprzez brawa. To bardzo ważna informacja.

Gdybym w duchu romantycznym postrzegał muzykę jako sacrum, na zakończenie ułożyłbym pewnie dekalog klaskania. Nie postrzegam, więc zasad jest tylko pięć.

 

• Nie gardźmy „klaszczącymi inaczej”: mają prawo do swojej opinii. Starajmy się dyskutować, przekonywać i edukować, a kto wie – może już wkrótce zmienią się w koncertowych weteranów.

• Nie bójmy się klaskać między częściami. Oklaski w trakcie utworów mają długą tradycję, szczególnie w muzyce do XVIII wieku. Dajmy się czasem ponieść spontanicznej reakcji na muzykę.

• Nie przeszkadzajmy artystom: mają prawo do wykonania utworów w skupieniu. Nie bijmy braw, gdy muzycy sobie tego nie życzą. Nie przerywajmy oklaskami koncertów ułożonych jako logiczny ciąg utworów, muzyczne misterium czy opowieść.

• Różnicujmy oklaski. Można klaskać na tyle sposobów, jest tyle możliwości, by wyrazić swoje uwielbienie lub dezaprobatę. Korzystajmy z nich. I nie przejmujmy się tym, jak klaszcze osoba siedząca obok. Każdy ma przecież prawo do własnego zdania.

• Jeśli koncert nam się nie podobał, nie musimy klaskać, nawet jeśli występuje przed nami słynny artysta. Najwięksi mistrzowie także mogą podjąć decyzje artystyczne, z którymi się nie zgadzamy. Naszą odpowiedzialnością jest poinformować o tym artystę poprzez wyrażenie wyraźnej dezaprobaty dla jego działań.

 

 

W pierwotnej wersji tekst ukazał się na blogu nibytygodnik.pl

 

 

 

Nr 11/2017