Andrzeja Czajkowskiego poznałam tuż po wojnie w Łodzi. Warszawa przecież wówczas nie istniała. Ten chłopak nie miał łatwego życia. Nie miał rodziców. Wychowała go babcia, którą znałam. Pamiętam spotkanie w Łebie w grupie moich znajomych muzyków. Ja byłam najstarsza, a Andrzej młodszy ode mnie o prawie siedem lat, był wówczas małym chłopcem. Cały czas mam przed oczami jego śliczne zdjęcie z tamtych czasów. Mieliśmy ze sobą częsty kontakt, ale nigdy wspólnie nie graliśmy. Postrzegałam go wyłącznie jako pianistę. O tym, że komponuje, wtedy nie wiedziałam. To było jeszcze dziecko. Dowcipne, zabawne i umiejące śmiało rozmawiać z niemal dorosłą panienką. Potem Andrzej zniknął. Aż nagle nasz muzyczny świat obiegła wspaniała rekomendacja, jakiej po belgijskim konkursie, którego został laureatem, udzielił mu nasz mistrz Rubinstein. Publicznie określił go jako najwspanialszego muzyka obecnej doby. Wielu ludzi było nawet dotkniętych i oburzonych takim wyróżnieniem z ust takiego autorytetu. Ale trzeba było człowieka miary Rubinsteina, żeby to wszem wobec ogłosić. Potem słyszałam z Andrzejem III Koncert Prokofiewa. Niewielu było pianistów zdolnych do takich interpretacji.

Ze wzruszeniem czytałam potem w jego listach o naszych zagranicznych spotkaniach. Andrzej bowiem nigdy już do kraju nie powrócił. Raz spotkaliśmy się, kiedy miałam kurs we Włoszech. Był tam też Władimir Aszkenazi. (Z którym Czajkowski stawał w konkursowe szranki i w Warszawie, i w Brukseli.) Kłóciliśmy się, kto zagra ze mną wszystkie sonaty Beethovena. Pozostały mi po tym piękne zdjęcia. Potem często wysyłaliśmy sobie pozdrowienia. I nagle dowiedziałam się, że Andrzej nie żyje. Jak to: Andrzej nie żyje?! Później czytałam te ich niezwykłe listy z Halinką. A dopiero na końcu poznałam jego muzykę. Zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie. Jego Inwencje były dla mnie rewelacją. To muzyka totalna. Wyrażająca wszystkie emocje. To moja muzyka. Podobnie Sonata klarnetowa czy Trio Notturno. Wspominam też mroczne, wstrząsające shakespeare'owskie Sonety. Wybrałam się także na prapremierę jego kolosalnej opery (Kupiec wenecki op. 7) do Bregencji. Ostatnio zdumiała mnie jego Sonata altówkowa. Andrzej był geniuszem.

 

 

Nr 10/2015