Byliśmy równolatkami. Poznaliśmy się w Warszawie, w 1952 roku, w ówczesnej PWSM, w pałacyku Sobańskich w Alejach Ujazdowskich. On był studentem Stanisława Szpinalskiego, niezwykle barwnej postaci, wybitnego artysty, jednego z uczniów Ignacego Paderewskiego; moją maestrą była, może mniej barwna, ale na pewno równie autentyczna, znakomita artystka, Maria Wiłkomirska. Andrzej już wówczas imponował swoją światowością, wielokrotnym bywaniem za granicą, wliczając w to Paryż, który wydawał się wtedy wręcz nierealny. Moja sytuacja przypominała nieco los balzakowskiego bohatera, „wielkiego człowieka z prowincji w Paryżu”. Istotnie, z prowincjonalnego Lisińca, z przedmieścia Częstochowy, kompletny ignorant w zawiłych relacjach warszawskiego środowiska muzycznego, siedemnastolatek, znalazłem się w gąszczu różnych układów, w których on czuł się już jak ryba w wodzie. Nie odczuwałem wobec niego żadnego skrępowania ani onieśmielenia. Obce mi było również jakiekolwiek uczucie zazdrości wobec jego oszałamiającego talentu. Po prostu podziwiałem i zachwycałem się tym niezwykłym zjawiskiem, jakim był Andrzej. Do dziś nie wiem zresztą, skąd u Andrzeja był ten stosunek do mnie, który określiłbym jako zaufanie. Nie było miedzy nami jakiejś specjalnej zażyłości ani superkoleżeństwa, ale wyraźnie istniała komitywa, a nawet bliskość.

Moje pierwsze poważne słuchanie Andrzeja to była Sonata h-moll Chopina. Siedziałem bardzo blisko niego, niemal na wyciągnięcie ręki. Zauważyłem coś, co zapamiętam do końca życia, mianowicie ruch jego palców. W przeciwieństwie do niezwykle popularnego stylu gry na fortepianie, który określiłbym jako ruszanie palcami po klawiaturze, jego palce poruszały się w sposób krańcowo ekonomiczny, jakby bez ruchu. Miałem wrażenie, że on gra nie na klawiaturze, ale jakby bezpośrednio na strunach; że nie wydobywa dźwięku, ale kształtuje go swą wyobraźnią. Po wielu latach wielkim zdumieniem napełniło mnie odkrycie, że w czasie, kiedy jeszcze byłem koncertującym artystą, posługiwałem się fortepianem niemal identycznie.

Jego wykonanie Sonaty, w sposób nie do końca uświadomiony, nadrukowało mnie na zawsze. Była to muzyka czysta, wolna od nieznośnej dla mnie tak zwanej, interpretacji. Po prostu sama muzyka. Taka, jaką kreują moi preferowani, czyli Artur czy Marta, czy Światosław. Sonata Andrzeja była wielkim, jednolitym freskiem, a sposób, w jaki przedstawiał dramaturgię zakończenia Larga połączonego z architekturą początkowych akordów Finału, spowodował, że serce podeszło mi do gardła; tego wrażenia żaden inny pianista, z później słyszanych, nigdy już we mnie nie wywołał.

Andrzej miał chyba zgoła mozartowską potrzebę zabawy. Jego szczególne, paradoksalne, naturalnie wyrafinowane poczucie humoru nie opuszczało go właściwie nigdy. Spośród wszystkich naszych spotkań zapamiętałem tylko jeden wybuch wielkiej irytacji. Andrzej był więcej niż urodziwy, urodą Efeba. Wprawdzie był gejem, ale chyba z tych jakby nieco zażenowanych. Krążyły za nim tabuny starszych panów z naczelnych pozycji socjalnej listy rankingowej, najważniejszych postaci środowiska. Pamiętam jak po jednym z występów konkursowych, tuż po zejściu z estrady rzucili się na niego w sposób niewybrednie nachalny. I wtedy on do mnie, niby na ucho, ale takim szeptem raczej scenicznym, wyraźnie wściekły i poirytowany, wypowiedział życzenie pod ich adresem, które nie bardzo nadaje się do zacytowania tutaj.

Nie wiem jak to się stało, ale obaj, niezależnie, w jednym czasie zdecydowaliśmy o, chyba wówczas precedensowym, wykonaniu w uczelni pierwszego tomu Das Wohltemperierte Klavier. Stąd też ta żartobliwa dedykacja pod zdjęciem w Programie Konkursu: „Koledze po Bachu”. Nie wiem, czy byłem pierwszym (w każdym razie miałem wrażenie, że jestem), któremu Andrzej pokazał swą, podobno debiutancką, kompozycję. Byłem porażony jej szczególną dramaturgią i wyrazem. Jej charakter nie pasował mi do postaci Andrzeja. Był to utwór, którego nazwy nie pomnę, jakby z innego świata. Wtedy nie wiedziałem, ale dziś, ex post, widzę, że był to w gruncie rzeczy jego prawdziwy, intymny, skrywany przed światem obraz. Obraz jakiejś nigdy niegojącej się traumy i nigdy niezabliźniającego się rozdarcia.

Wydaje mi się, że teraz dopiero rozumiem, dlaczego Andrzej jakby zanegował swe gigantyczne możliwości pianistyczne, na szczęście – choć w niewielkim wymiarze – utrwalone między innymi na płytach z Koncertami Mozarta pod genialnym Fritzem Reinerem. On po prostu musiał wypowiedzieć prawdę o sobie swoimi utworami, bez posługiwania się dramatami innych. Myślę, że w Trio i Koncercie, jako może jedyny, a może jeden z bardzo niewielu, przedstawił siebie bez ekshibicjonizmu, ale w sposób, który mi, znającemu go odrobinę, zapiera dech w piersiach. W tych utworach jest cały Andrzej ze swoim losem. Niekiedy zastanawiam się, jaka byłaby jego twórczość, gdyby nie ta upiorna, niewyobrażalna trauma duszy żydowskiego dziecka doświadczonego koszmarem nazistowskiego piekła.

Wszystkie nasze relacje były nietypowe i niepodobne do żadnych, które przydarzyły mi się w życiu. On, genialnie utalentowany, ja ze swoimi zwyczajnymi zdolnościami. Nigdy nie wyczuwałem pomiędzy nami najmniejszej nierówności, nigdy nie czułem się mniejszy lub mniej ważny. Było nam, na swój sposób, dobrze ze sobą. Przygodę spotkań z Andrzejem noszę ze sobą jak żywą wartość. Jestem wielce rad, że dane mi było ją przeżyć. Takie swoiste bycie razem, jakby z jakimś Mozartem.

 

 

Nr 10/2015