13.12.2015, Teatr Studio Buffo

Dzieciństwo jest stanem odnawialnym. Przypomina o tym historia Piotrusia Pana: jego niezgoda na wejście w dorosłość była silniejsza niż upływ czasu, dzięki czemu wieczny chłopiec w każdym pokoleniu znajdował małą towarzyszkę, której dorosła mama – mimo nieodzownej matczynej troski – pozwalała wyruszyć w świat wyobraźni. W zwyczajnym życiu nie ma lepszego sposobu, by powrócić do świata dzieciństwa niż dać się porwać magii teatru i muzyki i, zapominając o dorosłej racjonalności, znów uwierzyć w baśniową krainę Niebywalencji.

Po piętnastu latach od premiery, kultowy Piotruś Pan Jeremiego Przybory, Janusza Stokłosy i Janusza Józefowicza znów zaprasza dzieci i dorosłych do obejrzenia mądrej i pełnej humoru opowieści, która zostawia w pamięci trwały ślad. O tym, jak bardzo był on trwały, mogłam przekonać się na własnej skórze, gdyż pierwsze spektakle Piotrusia oglądałam jako dziecko dwukrotnie – za każdym razem równie zafascynowana imponującą inscenizacją (wówczas w Teatrze Roma, którego wnętrze pozwało na nieco większy rozmach), talentem młodych aktorów i wpadającymi w ucho piosenkami. I choć minęło wiele czasu, a mój bagaż muzycznych i teatralnych doświadczeń znacznie wzrósł, niektóre melodie i teksty wciąż tkwiły w mojej pamięci, a tamta inscenizacja jest dla mnie synonimem musicalu idealnego, któremu dotąd nie dorównała żadna produkcja tego rodzaju.

Powrót Piotrusia budził więc we mnie tyleż radości, co obaw, że czar dzieciństwa nieodwracalnie pryśnie. Na szczęście siła doskonałego libretta Przybory i wspaniałej konstrukcji muzycznej Stokłosy pozwoliły na nowo wzbudzić te same emocje, wzbogacając je jednak o już zupełnie dorosłą radość płynącą z subtelnych, ironiczno-humorystycznych walorów obu tych elementów. To właśnie na zasadzie podwójnego kodowania opiera się wszakże międzypokoleniowa magia Piotrusia Pana, dzięki której zarówno dzieci, jak i dorośli na każdym etapie życia nieodmiennie mogą zachwycać się tym samym spektaklem. Bo nowy Piotruś, choć obecnie wystawiany jest na znacznie mniejszej scenie Teatru Studio Buffo, a aktorów obsadzonych w partii dzieci piętnaście lat temu nie było jeszcze na świecie, nie stracił nic ze swojej atrakcyjności.

Mimo ograniczenia przestrzeni, realizatorom udało się zachować najważniejsze elementy scenografii: piracki statek z ogromnym masztem i żaglem, paszczę krokodyla (w Romie gad mógł sunąć po scenie w całej okazałości) i, przede wszystkim, podniebny lot dzieci, które, obsypane gwiezdnym pyłem, fruną nad widownią. Barwne i bardzo stylowe kostiumy (przedwojenny angielski szyk w kontraście do skąpo odzianych Indian i uroczych chłopców-obdartusów z Niebywalnecji), spektakularne rekwizyty (pochodnie z prawdziwym ogniem, pryskająca woda, latająca nad widownią Skierlinka i fruwająco-pływająca w podwodnej przestrzeni ryba-balonik) oraz świetnie zaplanowany ruch sceniczny nie pozwalały oderwać oczu od kolejnych scen. 

Największą przyjemność sprawiała jednak muzyka wespół ze słowem. Stokłosa z Przyborą stworzyli tu duet niemal tak doskonały, jak duet Starszych Panów, w którym za komponowanie odpowiedzialny był Wasowski. Dla kogoś, komu bliski jest niezwykle wyrafinowany i pełen rozmaitych aluzji dowcip tych dwóch dżentelmenów, ironiczne i naszpikowane intertekstualnymi odniesieniami libretto Przybory to prawdziwa uczta dla ducha. Muzyczność tekstu Przybory (instrumentacje głoskowe, częste występowanie rymów męskich, nagromadzenie obcobrzmiących terminów w języku Indian i piratów, kontrasty stylu wypowiedzi poszczególnych bohaterów) zyskała wspaniałe dopełnienie w zróżnicowanej i odwołującej się do wielu konwencji muzyce Stokłosy. Od pierwszych taktów uwertury jesteśmy bowiem zawieszeni między światem opery a światem musicalu, a żadna ze stylistyk nie jest zastosowana całkiem na poważnie. Ten muzyczny dystans do obu gatunków doskonale licuje z dowcipnym potraktowaniem konwencji romansu przygodowego, w którym bohaterami są przecież dzieci. Każda z mistrzowsko zinstrumentowanych piosenek i arii (w tym aspekcie nieoceniona okazała się współpraca z Krzysztofem Herdzinem) jest świadectwem niezwykłej wrażliwości Stokłosy na subtelności tekstu oraz niezwykłej biegłości w splataniu rozmaitych muzycznych nawiązań z własnymi, oryginalnymi pomysłami melodycznymi.

Piętrowa konstrukcja znaczeń ujawnia bogactwo zarówno tekstu, jak i warstwy muzycznej, stanowiąc o humorystycznej wymowie całego spektaklu, dzięki której – mimo wielu wzruszających momentów – Piotruś Pan nie jest ckliwym broadwayowskim cackiem, ale mądrą opowieścią o tym, jak wielką rolę odgrywa dzieciństwo w późniejszym, dorosłym życiu. Ani Przybora, ani Stokłosa nie pozwalają bowiem swoim bohaterom ani na chwilę popaść w kiczowatą konwencję chwytającej za serce historii miłosnej. O tym, jak doskonale wyważone są proporcję między powagą poruszanych kwestii (rola rodziny i wychowania w opozycji do pragnienia wolności i wiecznego dzieciństwa), a ich humorystyczną oprawą, świadczy wiele momentów, w których w tekst wplecione są aluzje do samej materii teatru. W Awanturze o lek Miś (Artur Kozłowski) śpiewa: „Tato, pierwszy łyknij sobie / Ja po tobie / Teraz chór”, po czym odzywa się chór, pełniący rolę komentatora akcji. Wszystko to odbywa się zaś na tle ruchliwego akompaniamentu fagotu, który wprowadza dodatkową motorykę akcji, będąc przy tym elementem komicznym. Gdy zaś piracki statek osiada na mieliźnie, elokwentny Kapitan Hak każe swojej załodze odpychać się nie od brzegu, ale od proscenium. Ironia bywa także wyraźnie słyszalna w samej muzyce: kiedy Wendy (Amelia Kaczmarczyk) wzywa Piotrusia (Witold Sosulski) do wspólnego powrotu do domu, odkrywa w sobie drugi – poza macierzyńskim – instynkt: „To ja na żonę mogę ci / A ty na męża mógłbyś mi”, a jej wyznanie spuentowane jest przez chichot smyczków.

Zupełnie rozbrajająca jest kończąca pierwszą część spektaklu scena, w której bohaterowie śpiewają romantyczny duet, stojąc przed spienionym morzem niczym para na Titanicu, ale rezolutna Wendy na chwilę przerywa tę poważną na śmierć i życie zabawę: „Przepraszam muszę iść siusiu / I wracam gotowa na śmierć”, a niezrażony tym Piotruś dopowiada z właściwą sobie świadomością własnej roli w całym przedsięwzięciu: „To dobrze, że jestem tu z Wendy / Dodam jej odwagi i sił / Bo jako bohater legendy / I tak będę wiecznie w niej żył”. 

Absolutnym muzycznym majstersztykiem jest aria Ale ta bezczelna mina!, w której Kapitan Hak (Wojciech Paszkowski) obnaża swoje biegunowe uczucia w stosunku do Piotrusia. Ta iście mozartowska stylizacja ukazuje kunszt kompozytorski Stokłosy, który nie waha się sięgnąć do wzorców z najwyższej półki. Ostinato klawesynu buduje napięcie, które Hak co i rusz musi temperować, przypominając sobie, że śpiewa nad śpiącym dzieckiem. Kiedy jednak jego furia sięga zenitu, w muzyce pojawia się orkiestrowa gonitwa niczym z uwertury do Czarodziejskiego fletu, która prowadzi do brawurowego finału zbudowanego na kadencyjnym powtarzaniu słowa prowokuje. Postać Haka, w którą przed laty wcielił się fenomenalny Wiktor Zborowski, ma zresztą bodaj najciekawszą konstrukcję psychologiczną. Ten dżentelmen wśród piratów, który „chamstwa wprost nie znosi”, nie tylko łamie stereotyp morskiego zbója, ale także posługuje się specyficznym, naszpikowanym staromodnymi określeniami językiem.

Poza zabawną Barkarolą piratów, w której trójdzielne metrum jest już nieźle podchmielone i zabawnie podtrzymywane przez akompaniament tuby, na szczególną uwagę zasługuję rzecz jasna finałowy marsz Darlingów ród. Dziarski pochód całej rodziny, który powraca także w trakcie oklasków, kończy przedstawienie w radosnej atmosferze, co nie pozwala na ostateczne emocjonalne roztkliwienie po ujmującej piosence dorosłej Wendy (Natasza Urbańska). Także w tekście marszu pojawia się zabawny, typowy dla Przybory wtręt – Miś krzyczy bowiem, parafrazując Gałczyńskiego „Skumbrie w tomacie / I stare gacie / Zaczekajcie!”. Po takim zakończeniu, mimo ocieranych wcześniej ukradkiem łez wzruszenia, trudno wyjść z teatru bez uśmiechu na twarzy i poczucia, że świat mądrych baśni – na szczęście – wciąż jest na wyciągnięcie ręki.

I chociaż obsada sprzed piętnastu lat wokalnie wydawała się nieco lepsza, a nagranie nie jest w stanie zastąpić występującej w kanale orkiestry (nie mówiąc o tym, że nagłośnienie jest zdecydowanie przesterowane, co bardzo niedobrze wpływa na odbiór spektaklu przez najmłodszych widzów), Piotruś Pan Studia Buffo jest wciąż tym samym, otwierającym przed nami wrota wyobraźni Piotrusiem, który – miejmy nadzieję – „Póki na ten świat / Przychodzić będą dzieci / Odnajdywać będzie ślad / Po którym do nich leci”.