Gavin Bryars, Fifth Century. The Crossing, PRISM Quartet, Donald Nally (dyr.). 1 CD, ECM 2016, 2405.

 

Gavin Bryars – pomimo swojej renomy i niewzruszonej pozycji na Wyspach Brytyjskich – pozostaje w Polsce twórcą niemalże nieznanym. Być może w powszechnej świadomości istnieją jego pierwsze słynne awangardowe kompozycje, jak The Sinking of Titanic czy Jesus Blood Never Failled Me Yet. A przecież komponował on opery i koncerty solowe, współpracował z Tomem Waitsem, Mercem Cunnighamem czy Robertem Wilsonem, przeformułował sztywny, zdawałoby się, język minimal music. Jednak to nie dzieła sceniczne czy instrumentalne pozostają w ostatnich latach centrum jego twórczości, ale muzyka wokalna – odwieczne powroty do źródeł, intymne dialogi z przeszłością i wymarłymi formami.

Bryars tworzy laudy i madrygały, do instrumentalnych obsad dodaje zespół wiol, korzysta z dawnych technik. Nie jest to jednak strategia ponowoczesnej ironii i palimpsestowego cytatu: to, co minione istnieje tu w trybie serio; jak żyjące widmo, bezczasowa wieczność. To właśnie chóralne kompozycje znajdziemy na płycie Fifth Century: tytułowy utwór, przeznaczony na chór i kwartet saksofonowy, do tekstu metafizycznego angielskiego poety Johna Traherne’a, oraz dwa opracowania Sonetów Petrarki na głosy żeńskie (Two Love Songs).

Pierwsza kompozycja – wypełniająca większość nagrania (trwa czterdzieści minut) – formalnie najbliższa jest kantacie, ale tak naprawdę to intymna, wyciszona medytacja, podobnie jak literacki pierwowzór, Centurie rozmyślań, pisane złożoną prozą barokowe rozmyślania nad Istotą Wszechrzeczy. Brarys – jak Traherne – nigdzie się nie spieszy, buduje dramaturgię z powolnych, akordowych pionów, przywodzących na myśl surowy średniowieczny wielogłos, oraz z delikatnego, nieco mrocznego akompaniamentu czy preludiów saksofonów. Wprowadza jednak dysonansowy niepokój i hipnotyzuje repetycjami.

Ta muzyka, rozpięta między przeszłością, metafizycznym pytaniem i współczesnością, ma swoją tajemnicę i ciężar, wymaga skupienia i zatrzymania się. Z kolei dwie zamykające album pieśni do słów Petrarki to w zasadzie madrygały. Po trudach najważniejszych, teologicznych rozmyślań brzmią jak wytchnienie – są jaśniejsze, bliższe klasycznej, funkcyjnej harmonice, dają nadzieję. Ale nadal nie ma w nich egzaltacji i wielkich emocji; jest surowość i kontemplacja, dojmująca prostota. Światło.

Amerykański chór The Crossing z Filadelfii pod dyrekcją Donalda Nally’ego znakomicie rozumie muzykę Bryarsa: wykonanie jest szlachetne i wyciszone, głosy subtelnie komponują się z nienachalnym brzmieniem saksofonowego Prism Quartet, ale nie ma mowy o jednostajności. Nally klarownie rozkłada polifoniczne struktury, różnicuje artykulację. W świetnie zrealizowanym nagraniu, z delikatnym pogłosem, głosy brzmią jednocześnie silnie i kameralnie, mają głębię, ale nie zakrzykują nas. Towarzyszą nam w kontemplacji. 

Warto po tę płytę sięgnąć właśnie teraz, u progu jesieni – gdy noc robi się dłuższa, rzeczywistość powoli zamiera, a myśli same kierują się w stronę metafizycznych rozważań. Muzykę Bryarsa – utrzymaną w podobnym duchu, co kompozycje Góreckiego, Tavenera i Pärta, ale jednak całkowicie osobną – trzeba poznać, bo zadaje pytania najważniejsze. Zwłaszcza, gdy rozbrzmiewa w tak znakomitym wykonaniu. 

 

 

Nr 09/2017