Filip Szałasek, Jak pisać o muzyce. O wolnym słuchaniu. [s. 284] Wydawnictwo w Podwórku, Gdańsk 2015.

 

Pierwszy człon tytułu książki Filipa Szałaska brzmi mniej więcej tak, jakby należał do serii poradników „dla żółtodziobów” (ang. The Complete Idiot's Guides). To jednak zupełnie mylne skojarzenie: Szałasek wymaga bowiem od czytelnika niemałej erudycji i gotowości do podążania za wyznaczoną przez niego meandryczną narracją, w której co i rusz pojawiają się nawiązania do modnego dyskursu filozoficzno-literackiego (Deleuze, Cioran, Barthes, Derrida), wielkich powieści (Proust) i poetów (Valéry, Eliot).

Ujęcie Szałaska dalekie jest od sztampowego potraktowania tematu pisania o muzyce. Metafory, którymi posługuje się autor, są rozbudowane i niecodzienne. A zatem: pisanie o muzyce jest niczym opisywanie snów, jest rodzajem tauromachii, jest odpominaniem, zdawaniem relacji z przeżyć intymnych. I dalej: krytyka powinna być żarliwa, wykraczająca poza konwencję (Barthes’owskie studium) i naznaczona osobowością autora (a więc ujawniająca punctum). Do tego momentu trudno się z Szałaskiem nie zgodzić. Jego oryginalne ujęcie pozwala spojrzeć na krytykę muzyczną z nowej – szerszej – perspektywy, włączyć refleksję o niej w obręb refleksji o pisaniu w ogóle, a więc potraktować ją jako jedną z dyscyplin humanistyki i to wcale nie marginalną.

Wydawałoby się, że takie rozumienie krytyki muzycznej powinno być naturalne; autor podkreśla jednak, że krytykom brakuje samoświadomości – powinni bardziej niż muzyką zajmować się samą krytyką, której także należy się namysł, inaczej stanie się działalnością „bez pamięci”. Pada nawet kontrowersyjne zdanie, że krytycy muzyczni nie czytają książek – całe szczęście Szałasek heroicznie nadrabia te zaległości: bez wątpienia przeczytał wszystko, co można było przeczytać nie tylko na temat krytyki muzycznej, lecz ma w swojej bibliografii także cały korpus tekstów, którego nie wypada nie znać, gdy jest się młodym intelektualistą.

Autor książki, której przedmiotem jest właśnie refleksja metakrytyczna, postuluje zatem, by w centrum zainteresowania postawić „to, co się dzieje z człowiekiem podczas pisania o muzyce” w sposób analogiczny do tego, jak Rudolf Otto przedstawia numinosum. Nie ma tu więc miejsca na sztywne definicje, klasyfikacje, refleksję historyczną – to robota dla muzykologów, pilnie strzegących terytoriów swych wysp, na których schronili się przed zalewem kultury masowej. Szałasek chce raczej, by czytelnik, identyfikując się z przemyśleniami i doświadczeniami autora (który jest wszak recenzentem, autorem bloga Fight!Suzan), sam spróbował pojąć tajemnicę pisania o muzyce – czynności z pogranicza światów, odmieniającej podmiot, który się jej podejmuje.

W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” (16.06.2015) autor tak tłumaczy swoje cele: „Moją książkę można potraktować jako dziennik takiego wglądu. Nauka przebiega na zasadzie analogii: ja piszę, co się ze mną dzieje, a ty możesz to porównać ze swoją kondycją podczas pisania i wysnuć wnioski na temat podobieństw i różnic. Dobrze by było, żeby czytelnik zwątpił albo nawet się wściekł i zaproponował własną wizję krytyki. Książka jest okazją do konfrontacji, a więc adresuję ją głównie do tych, którzy lubią myśleć o muzyce i chcieliby zacząć o niej pisać (albo już to robią)”.

Powróćmy zatem do tytułu: książka nie jest poradnikiem dla początkujących, próżno też szukać w niej pozytywnej odpowiedzi na pytanie, „jak pisać o muzyce”. Autor mnoży przykłady negatywne: rankingi płytowe, teksty oparte wyłącznie na skopiowanych materiałach prasowych z jednej strony, z drugiej – letnie, sprawozdawcze recenzje koncertowe autorstwa mało wyrazistych muzykologów. Po środku pustka, którą próbuje wypełnić m.in. sam Szałasek, bez wątpienia identyfikujący się z obozem krytyków żarliwych.

Szkoda tyko, że w książce jego własna obecność nie jest aż tak mocno zaznaczona. Erudycyjna gra cytatami i liczne polemiki ze współczesnymi autorami to strategia negująca zastany obraz krytyki muzycznej. Czy gdzieś można znaleźć jednak inspiracje pozytywne, warte uwagi współczesnego odbiorcy? 

Nie ulega wątpliwości, że uwagi Szałaska są celne: konieczna jest konfrontacja pisania o muzyce z nowymi mediami, a także zmierzenie się z tematem muzyki popularnej (choć sam ten przymiotnik nie jest już adekwatny) oraz wykształcenie własnego stylu, który sprawi, że czytanie tekstu o muzyce stanie się doświadczeniem estetycznym pokrewnym (analogicznym, ale nigdy nie identycznym) do słuchania muzyki. Autor lansuje też modne hasło spod znaku slow: slow listening, a więc wolne słuchanie, które znamy z podtytułu książki. Zwolnić tempo, słuchać z rozmysłem, nie dać się pogoni za nowościami. 

Tym jednak, co najbardziej niepokoi w postulatach Szałaska, jest zaciekłość, z jaką krytykuje on akademickie środowiska muzyczne, domagając się uwagi dla muzyki (i krytyki) po prostu – bez sztywnych podziałów. Jeśli jednak muzykolodzy powinni poświęcać więcej uwagi muzyce popularnej i wykształcać narzędzia do jej opisu (co bezustannie czynią – wystarczy spojrzeć na rosnący odsetek prac magisterskich i doktorskich poświęconych muzyce nie-klasycznej), to dlaczego krytycy muzyki popularnej nie mieliby z równym szacunkiem i zainteresowaniem traktować muzyki poważnej?

Wreszcie: czy znalezienie wspólnego mianownika dla działalności krytycznej obu tych grup jest rzeczywiście konieczne? Bo jeśli proporcje dialogu miałby wyglądać tak, jak we włączonych do książki rozmowach Szałaska z Markiem J. Sawickim i Anną Chęćką-Gotkowicz, gdzie pytania-elaboraty autora rozciągają się na kilka stron, to może lepiej uznać, że istnieją raczej muzyki niż muzyka i raczej krytyki niż krytyka?

 

 

Nr 07/2015