19.09.2014, Szczecin.

 

Szczeciński koncert International Lutosławski Youth Orchestra był zwieńczeniem tygodniowych prób i warsztatów w ramach drugiej edycji jej działalności. Program stworzony został dla popularyzacji twórczości patrona Orkiestry oraz by polepszyć wykonawstwo muzyki współczesnej wśród młodych muzyków. Wydarzenie okazało się manifestem młodości, z całym bagażem jej zalet i wad. Stało się tak za sprawą nie tylko wykonawców, lecz także doboru utworów: stroniących od „starszego” repertuaru klasycznego na rzecz nowych oraz „odnawiających” brzmień – jak to było w przypadku kompozycji Krzysztofa Meyera.

Tworząc nawiązujące do muzyki Mozarta Pięć kontredansów na dwie orkiestry (poszerzając język dźwiękowy Klasyka, modyfikując warstwę rytmiczną i aktualizując kompozycję tak, by – nie zatracając swego ducha – stała się bardziej dzisiejsza), stworzył coś na wzór remiksu, który w muzyce „młodzieżowej” (jak ją nazywa Paweł Mykietyn) jest zjawiskiem powszechnym. Meyer tym samym sprzeciwił się Autorytetowi, co symbolicznie oddał fakt, że solidnym i dojrzałym filharmonikom szczecińskim wykonującym partie Mozarta przeciwstawiona została grająca utwór Meyera młoda orkiestra – mniej doświadczona i sprawna technicznie, ale pełna pasji i energii.

Łańcuch I patrona orkiestry może być muzyką definiującą stan, w jakim znajduje się każdy młody. Zamiast podążać ściśle za poleceniami starszych, muzyk – zgodnie ze swoim autonomicznym „rytmem” – interpretuje dane mu frazy, często ad libitum. W interpretacji muzyków International Lutosławski Youth Orchestra było słychać ową świeżość, poza tym wielkie zaangażowanie, ale też zdenerwowanie i niepewność.

Głównym punktem programu było prawykonanie Exposure na orkiestrę symfoniczną powiększoną o solistów instrumentów etnicznych. Zastosowane pomysły były nadto oczywiste i trywialne. Proste struktury rytmiczne typowe dla muzyki hip-hop, zagrywki z muzyki filmowej czy sonorystyczne triki mające nadać całości „współczesne” brzmienie – nie wystarczyły do stworzenia arcydzieła. Użyte w kompozycji instrumenty etniczne potraktowano po macoszemu, choć nie można odmówić grającym na nich muzykom sprawności. Całość okazała się jedynie efektownym fajerwerkiem, przeładowanym elementami, które zapewne miały być tylko… fajne. Słuchając podobnych prób kompozytorskich włączania muzyki popularnej do poważnej, często odnoszę wrażenie, że twórcy tylko powierzchownie poznali tę pierwszą, nie sięgając głębiej.

 

 

Nr 10/2014