19.05.2015, Warszawa.

 

Monograficzny koncert Zygmunta Krauzego w Filharmonii Narodowej został znakomicie zakomponowany: usłyszeliśmy cztery dzieła głównego bohatera wieczoru oraz dwa prawykonania, kolejno Marcina Stańczyka i Wojciecha Błażejczyka – jego dawnych uczniów.

Sinfonia Iuventus pod batutą Ronalda Zollmana rozpoczęła swój występ od Rivière souterraine 2. To muzyka ciemna, prawie mroczna, oparta na eksperymentach z barwą fortepianu (przekształcenia elektroniczne), powtarzanych w smyczkach strukturach, które stopniowo przechodzą w powolny, chorałowy ruch. Wstrząsające siłą ekspresji dzieło zostało wykonane chłodno i precyzyjnie, a interpretacja nie popadła w zbyt łatwą emocjonalność.

Kolejny utwór – Posłuchy Marcina Stańczyka (dyrygował Maciej Tarnowski) – był eksperymentem na granicy muzyki i performansu. Młody twórca chciał uzyskać brzmienia, które pojawiają się już po wysłuchaniu muzyki, jakby akustyczne wspomnienia utworu; słyszeliśmy rozczłonkowane frazy, pojedyncze rozproszone dźwięki. Stańczyk zdawał się badać granice percepcji słuchacza – mieliśmy trzaski, szelesty i niemą grę klarnetu (brzmiał tak cicho, że był prawie niesłyszalny). Ten niezwykle interesujący, teatralny, trochę Schaefferowski kierunek poszukiwań Stańczyka nie został do końca wykorzystany. Z pewnością warto jednak śledzić drogę tego twórcy.

Pierwszą część koncertu zamknęło 5 pieśni do poezji Tadeusza Różewicza na baryton i fortepian Krauzego w wersji z towarzyszeniem orkiestry kameralnej. Cykl ten, jako kompozycja, jest nierówny. Niektóre z utworów w gęstej orkiestrowej szacie straciły na surowości i ascetyczności, a zespół grał z tak agresywnym i mocnym forte, że niekiedy zagłuszał głos Mariusza Godlewskiego. Szkoda, bo śpiewał znakomicie – wyraziście, bez egzaltacji i z dbałością o każdą frazę tekstu.

Drugą połowę wieczoru otworzyło starsze dzieło Krauzego – Tableau vivant na orkiestrę kameralną. Ten przykład kompozytorskiej techniki unistycznej brzmiał wystukiwanym przez orkiestrę niepokojącym, rozpadającym się marszem. Sama interpretacja była miejscami kanciasta i zbyt silnie poddana rygorowi metrum, przez co umykały niektóre wysublimowane niuanse.

W Muzyce strun Wojciech Błażejczyk skupił się na brzmieniu samym w sobie i możliwościach wydobycia dźwięków za pomocą struny – pianista na przykład wprawiał struny fortepianu w drganie przy pomocy struny gitarowej; uzyskiwał w ten sposób nowatorskie, nieco oschłe brzmienia. Sama kompozycja była dosyć jednostajna, zamiast dramaturgicznego rozwoju proponowała zastygłą dźwiękową mgłę. Być może to daleka inspiracja unizmem Krauzego, któremu zadedykowano dzieło.

Koncert zakończył się jasną i przejrzystą Canzoną (2013). To dzieło o wielu odcieniach: bliskie minimalizmowi i unizmowi, z pierwszoplanową rolą melodii, jakby postmodernistyczny temat z wariacjami. W tej dosyć konserwatywnej formie dyrygent odnalazł się znakomicie; orkiestrę prowadził płynnie przez wszystkie rejestry utworu – od lirycznej śpiewności do silnych brzmień tutti.

Résumé: cztery znakomite dzieła mistrza (w tym – według mnie – wybitna Rzeka podziemna 2) oraz dwa obiecujące utwory jego uczniów starannie wykonane pod rygorystyczną batutą Ronalda Zollmana. Czego chcieć więcej?

 

 

Nr 06/2015