Krakowska Jesień Muzyczna. 29.09–02.10.2014, Kraków

 

Ideą „Krakowskiej Jesieni Muzycznej”, festiwalu zorganizowanego przez Stowarzyszenie Artystyczne „Porta Musicae” i Filharmonię Krakowską, jest połączenie tzw. klasyki z promocją muzyki najnowszej. Cztery festiwalowe dni wypełniły więc w znacznej części utwory XIX i XX wieku, a zagrali uzdolnieni absolwenci i studenci krakowskiej AM – muzycy, mimo młodego wieku, już docenieni. Największą atrakcją były trzy prawykonania zrealizowane w ramach programu zamówień kompozytorskich Instytutu Muzyki i Tańca.

Pierwsze z nich – Esej o ziemi i o niebie Anny Zawadzkiej-Gołosz – na koncercie inauguracyjnym wykonał zespół Cracow Duo, czyli wiolonczelista Jan Kalinowski i pianista Marek Szlezer. Kompozytorka (*1955) ukończyła teorię muzyki oraz kompozycję w krakowskiej PWSM i kontynuowała studia w Niemczech. W centrum zainteresowań autorki leży eksploracja brzmienia: natury dźwięku, jego barwy i relacji. Najnowszy utwór ucieleśnia idee, nad którymi pracowała w ostatnich latach: tzw. „melodie faktur”, „melodie i akordy rezonansowe” czy motywy melodyczne alla Doppler. Mieliśmy więc niestandardowe techniki wydobywania dźwięku: na wiolonczeli glissanda i gra poza strunnikiem, pulsujące flażolety i zmienny nacisk smyczka, a na fortepianie szumowe jego traktowanie i quasi pizzicata. Utwór, zgodnie z tytułem, rozpada się wyraźnie na dwie części – ziemską i niebiańską. W pierwszej dominują wspomniane efekty sonorystyczne, druga zaś, pojawiająca się niespodziewanie brzmi jak z nieba za sprawą impresjonistycznych z ducha przebiegów fortepianu i glissand wiolonczeli. Ten kontrast odczytałam jako sugestywne przeciwstawienie chaosu i harmonii – krzyku ziemi i muzyki sfer. Oryginalny i indywidualny Esej zdaje się być sukcesem, przynajmniej w świetle deklaracji kompozytorki: „Wolę nie brzmieć, niż być odczytywana przez pryzmat skojarzeń z twórczością innych”. Niekwestionowanym już sukcesem było wykonanie utworu; nie bez kozery powstał z myślą i na miarę Cracow Duo.

Zespół złączyła przed trzynastu laty praca nad Sonatą g-moll Chopina i ten właśnie utwór, zabrzmiał w dalszej części wieczoru, a obok niego Sonata nr 2 Tansmana z 1930 roku. Efektownie wypadły zwłaszcza finały obu utworów. Koncert zamknęły Wszystkie złości moje krakowianina Wojciecha Widłaka. Zbudowaną z epizodów narastającej, wybuchającej nagle złości kompozycję cechuje wirtuozeria i humor. Następny wieczór stał pod znakiem młodych wirtuozów: pianistki Agnieszki Kawuli, skrzypka Błażeja Kociuban oraz operującej piękną barwą wiolonczelistki Marty Nagawieckiej. Najbardziej zachwyciła mnie Kawula, laureatka wielu konkursów, którą wyróżnia siła, pewność gry i wyraźna osobowość. Młodzi przedstawili „młodą” muzykę, czyli trzy tria fortepianowe będące początkowymi opusami: Rachmaninowa (Trio elegijne g-moll), Chopina (Trio g-moll) oraz Panufnika (op.1).

Najoryginalniej pod względem programu i obsady przedstawił się koncert 1 października. Otworzył się słynnym szekspirowskim Kwartetem smyczkowym op. 18 nr 1 Beethovena, który, pomijając uchybienia intonacyjne wiolonczeli, wybrzmiał dobrze. A grało młode Airis Quartet: Aleksandra Czajor i Grażyna Zubik (skrzypce), Natalia Warzecha (altówka), Joanna Gutowska (wiolonczela). Dwie kolejne ciekawe pozycje wykonało trio perkusyjne Amadrums (Wiktoria Chrobak-Mielec, Maciej Hałoń i Rafał Tyliba) specjalizujące się we współczesnych utworach z pogranicza teatru muzycznego. Wykonali Trio per uno op. 27 (1999) serbsko-niemieckiego kompozytora i charyzmatycznego marimbafonisty Nebojša Jovana Zivkovića oraz Musique de Tables (1987) Thierry’ego de Mey, belgijskiego kompozytora i reżysera. O dziełach Zivkovića mówi się, że to „nowa muzyka z sercem i duszą” – tak można by też określić witalne, inspirowane archaicznym rytuałem Trio. Musique de Tables, w którym muzycy uderzają rękoma w stoły, wymaga ściśle określonego szurania, obcierania go i klaskania. Amadrums świetnie wydobył walory obu kompozycji, dając oprócz muzyki efektowne widowisko.

Wieczór zakończyło drugie prawykonanie: Musique concertante na kwartet smyczkowy i trio perkusyjne Krzysztofa Aleksandra Janczaka. Urodzony w 1983 roku artysta to jeden z najbardziej docenionych kompozytorów młodego pokolenia (stypendysta Rządu Francuskiego, kawaler Srebrnego Krzyża Zasługi, laureat szeregu międzynarodowych konkursów). Jego domeną jest wykorzystywanie konwencji muzyki filmowej (największy sukces osiągnęła jego ścieżka dźwiękowa do obrazu Zima Piotra Sobocińskiego). Musique concertant, w doskonałym wykonaniu septetu, zebrał gromkie brawa – utwór istotnie może się podobać: jest przystępny, klimatyczny i ładny w tradycyjny sposób. Trio perkusyjne (trzy marimby) odsłania tu niezwykle delikatne oblicze, tworząc wraz ze smyczkami subtelną, zwiewną aurę z klimatu Elfenmusik. Ten sześcioogniwowy utwór, łączący ludowość, romantyzm, filmowość i rozmyte jakby harmonie, otrzymuje piękną kulminację w ekstatycznym finale.

Ostatni koncert należał do wykonawstwa dojrzałego i zrównoważonego w wyrazie, może jedynie pozbawionego pewnej dozy szaleństwa. Trójka doktorów krakowskiej AM: skrzypaczka Ilona Nieciąg, wiolonczelistka Beata Urbanek-Kalinowska (koncertmistrz Orchestra of Life Nigela Kennedy’ego i Akademii Beethovenowskiej) oraz pianista Gajusz Kęska, wykonała słynne Trio d-moll op. 49 Mendelssohna oraz śpiewną Rapsodię Różyckiego.

Wieczór przyniósł też trzecie festiwalowe prawykonanie: Betelgeuse na skrzypce, wiolonczelę i fortepian Marcela Chyrzyńskiego. Styl krakowskiego kompozytora jest przystępny i tradycyjny, głównie poprzez wyrazistość formalną i rytmiczną – w tym duchu utrzymana jest też Betelgeuse. Tytuł przywołuje Betelgezę – gwiazdę w konstelacji Oriona, która może wybuchnąć jako supernowa, dając początek kolejnej gwieździe. Ów nieprzerwany cykl istnienia zainspirował ideę utworu: kompozycja, choć jednoczęściowa, składa się z czterech faz odpowiadających temu kosmicznemu procesowi. Początkowe luźne atomy muzyczne stopniowo scalają się, narastając w obsesyjnym, motorycznym crescendo (wybuch) aż do kulminacji rozładowanej w najczystszym trójdźwięku durowym (narodzenie się gwiazdy). Utwór Chyrzyńskiego jest propozycją dość tradycyjną (melodycznie, harmonicznie, formalnie), lecz przemyślaną i wyrazistą.

 

 

Nr 11/2014