26. Festiwal Kompozytorów Krakowskich. 08–14.06.2014, Kraków.

 

Krakowski i międzynarodowy, tradycyjny i nowoczesny. Wiele wskazuje na to, że odbywający się od ponad dwóch dziesięcioleci Festiwal (dotychczas Dni Muzyki Kompozytorów Krakowskich), nie tylko zmienia nazwę, lecz także – pod kierownictwem nowego dyrektora artystycznego Marcela Chyrzyńskiego, który zastąpił Jerzego Stankiewicza – obiera nowy kierunek. Świadczy o tym urozmaicony program, w którym obok koncertów jubileuszowych (Stachowski, Panufnik, Lutosławski) znalazły się projekty audiowizualne i muzyka eksperymentalna. Ale nadal, jak sugeruje nazwa, Festiwal przedstawiać ma współczesną krakowską twórczość muzyczną w kontekście ogólnopolskim i światowym.

 

 

11 i 12 czerwca. W kameralnej Sali Złotej krakowskiej Filharmonii 11 czerwca miał miejsce wieczór zatytułowany „East – Centre – West”, na którym zagrał Cracow Duo, czyli wiolonczelista Jan Kalinowski i pianista Marek Szlezer – świetni technicznie, a przede wszystkim niezwykle muzykalni artyści. Muzyków łączy bardzo wiele: przyjaźń, studia w Krakowie i Paryżu, fascynacja muzyką romantyczną, promowanie polskiej kultury za granicą, wreszcie – talent. Dużo wspólnych cech wykazują też wszystkie wykonane przez nich utwory. Nie klucz geograficzny bowiem – jak sugeruje tytuł koncertu – jest tu istotny, ale romantyczny duch, tęsknota za klasycznie pojętym pięknem i emocją, odwrót od awangard i poszukiwanie pozamuzycznych, najczęściej poetyckich inspiracji.

Jako pierwszy usłyszeliśmy więc utwór z 2004 roku The House of Phantom na wiolonczelę, fortepian i… świeczkę, pochodzącego z Mińska kompozytora Dmitry Łybina. Ów rodzaj muzycznego żartu splata hity francuskich oper (jak Habanera z Carmen) z dźwiękowymi straszakami, znanymi z thrillerów o nawiedzonych domach.

Książka programowa festiwalu dość enigmatycznie przedstawia włoskiego kompozytora Massimo di Gesù (1970). Jego wiolonczelowy utwór (prawykonanie), zatytułowany sprytnie Arc-en-cello (co znaczy zarówno „smyczek na wiolonczeli”, jak i „łuk na niebie”) ładnymi, lecz dość tradycyjnymi środkami opowiada o tęczy rozpinającej się po burzy. Krótkie Solo na wiolonczelę, którego autorem jest związany z krakowską Akademią Syryjczyk Zaid Jabri (1975), wniosło powiew Orientu (specyficzna, rwana narracja).

Wspominany już prymat piękna (melodyjność, tradycyjne frazowanie, szlachetna barwa, unikanie czysto technicznego popisu) legł u podstaw trzech kolejnych kompozycji, jakże różnych przecież twórców: Piotra Mossa fortepianowej Sternlicht Sonate (2014), również fortepianowych Sei intermezzi op. 121 Krzysztofa Meyera (obie miały tu swe polskie prawykonania) oraz tegoż Canzony na wiolonczelę i fortepian op. 56 (1981).

W tym samym miejscu i dniu, ale wieczorem, na koncercie „Masters of Singing”, wystąpił Neue Vocalsolisten Stuttgart, który był dla mnie bezsprzeczną rewelacją Festiwalu. Przyjechała piątka z siedmiu członków – wcale nie tak niemieckiej – grupy: Truike van der Poel (mezzosopran), Daniel Gloger (kontratenor, a gdy trzeba baryton), Martin Nagy (tenor), Guillermo Anzorena (baryton) i Andreas Fischer (bas).

Udowodnili, że z głosem można zrobić wszystko. Technika i wachlarz artykulacji, jakimi dysponują, zapierają dech w piersiach. To nie śpiew: to wokalny teatr z bardzo zdolnymi aktorami. Z siedmiu przedstawionych kompozycji największe wrażenie zrobiła na mnie A-Ronne Luciana Beria (1975) oraz Pinocchio – una storia paralela Lucii Ronchetti (1963). Pierwsza przeplata Ewangelię Janową z Manifestem Komunistycznym, druga wplątuje Pinokia w tragikomiczną historię. Pozostałe utwory to: Mein Herz (1945) Koreanki Younghi Pagh-Paan i Attila Joszef, Fragments (1926) György Kurtága – pięknie eksponujący poetyckie oblicze mezzosopranu, L’Alibi della parola (1947) Salvatore Sciarrina oraz Signification (2010) i Narcisse (2002) Tiziana Manci.

Kolejnego dnia w Muzeum Historycznym odbyły się dwa koncerty. Pierwszy – „Panufnik in memoriam”, wpisał się we wspomnianą już rocznicę (przedtem, w Instytucie Muzykologii UJ, odbyła się sesja naukowa i panel dyskusyjny poświęcony kompozytorowi). Zabrzmiały trzy kwartety smyczkowe: jeden Bolesława Szabelskiego oraz dwa Panufnika. II Kwartet (1956) Szabelskiego łączy w charakterystyczny dla niego sposób dawne techniki kompozytorskie (toccata w części pierwszej) z polskim folklorem (oberek w części trzeciej). Kompozycje Jubilata z kolei przekształcają bliski mu świat w precyzyjne i subtelne struktury muzyczne: w II Kwartecie „Messages” (1980) chodzi o zapamiętane z dzieciństwa dźwięki wibrujących na wietrze drutów telefonicznych, zaś w powstałym pół roku przed śmiercią III Kwartecie „Paper-cuts” – o ludowe, lustrzano symetryczne wycinanki z różnych regionów Polski. Wykonujący utwory, świetny jak zwykle Kwartet Śląski, nie zatracił żadnego waloru tych dzieł.

Drugim muzycznym wydarzeniem tego dnia był „Koncert prawykonań pieśni Juliusza Łuciuka”. Nowe utwory mają rozmaity charakter, ambicje artystyczne, dzieli je też czas powstania. Do nurtu poważnego należą: cykl do słów Anny Kamieńskiej Pory życia (pokłosie wydarzeń 1981 roku), The Children’s Tabernacle (1993; ujęty w formie kołysanki utwór poświęcony żydowskim dzieciom – ofiarom II wojny światowej) oraz Pieśń o żołnierzach z Westerplatte, znana z filmu Prom – teraz w wersji kameralnej.

Owocem jazzowych fascynacji są powstałe w latach pięćdziesiątych Trzy impresje rytmiczne na fortepian oraz wokaliza W intymnym nastroju. Nurt dziecięcy reprezentują urocze i inteligentne 4 pieśni (1990) – trzy z nich do słów Anny Świrszczyńskiej, zaś tak zwany trzeci nurt (Third Stream) powstałe też w latach pięćdziesiątych Trzy pieśni młodzieńcze do słów Elżbiety Zechenter-Spławińskiej. Z tym nieznanym dotąd repertuarem zapoznały nas z wdziękiem dwie Gdańszczanki: Bożena Harasimowicz (sopran) i Krystyna Pyszkowska (fortepian).

 

 

Nr 07/2014