28. Warszawskie Spotkania Muzyczne. 10–17.05.2014, Warszawa.

Warszawskie Spotkania Muzyczne łączą prezentację twórczości najnowszej wąskiego kręgu kompozytorów, czyli poniekąd spotkanie w gronie znajomych, z ideą spotkania w szerszym sensie i kontekście – muzyki o różnej stylistyce i źródłach, tworzonej dziś i przed wiekami, a nawet – w czasie realnym. Ta ostatnia, czyli improwizacja, pojawiła się w tym roku kilkakrotnie, za każdym razem w innym kostiumie i w innej konwencji.

 

Krzycząca współczesność

Największym bodaj wydarzeniem festiwalu była jegoinauguracja w Studiu Koncertowym PR im. Lutosławskiego. Koncert otworzyły interesujące brzmieniowo, eksponujące instrumenty dęte drewniane oraz perkusję Radianty na orkiestrę Grzegorza Duchnowskiego. Punkty przecięcia rozmaitych brzmień, ciekawe sprzężenia barw i rytmów, złożyły się na utwór tętniący życiem, muzykę niebanalną. Nie tak efektowną jednak, jak kolejna premiera wieczoru, czyli Kali-yuga na perkusję solo, głos męski i 28 instrumentów Marcina Błażewicza. Tytuł utworu, nawiązujący do nazwy jednej z czterech epok w kosmogonii hinduistycznej – tej w której aktualnie żyjemy, oznacza „wiek kłótni i hipokryzji”. Adekwatnie do tego terminu, jego muzyka – z wybijającymi się na pierwszy plan głosem Macieja Nerkowskiego, operującym na poziomie jakiegoś niemal histerycznego krzyku oraz perkusją (Leszek Lorent) – była pełna wręcz chaosu. Publiczności najwyraźniej bliższa była – sądząc po aplauzie – ta estetyka niż cyklu pieśni Władysława Słowińskiego Łódeczka Charona do słów Tadeusza Różewicza, z udziałem Jarosław Bręka w partii solowej. Podobnie jak wiersze poety – zobiektywizowane, pozornie wyprane z ekspresji, wydobywające tylko na styku słów i znaczeń sensy  tragiczne, z niepokojącym motywem nieznajomego i śmierci – muzyka płynęła monotonnym nurtem, a takie chwyty, jak motyw tykającego czasu, dość dosłownie przedstawiony, nie przekonywały. Niemy krzyk poezji wydał się krzykiem beznamiętnym. Czy o to mogło chodzić kompozytorowi?

W kontekst rozkrzyczanej choć nieco banalnej współczesności wspisywała się Symfonia II – Emerge Tomasza Jakuba Opałki (podobnie jak poprzednie utwory – prawykonanie). Utwór dedykowany Władysławowi Słowińskiemu – dynamiczny, z rozbudowaną partią perkusji, w którym twórca ulega rozmaitym inspiracjom, także muzyką rozrywkową – w niektórych momentach przypominał wręcz wrzawę na stadionie. Kompozycjom przedstawionym na koncercie dobrze przysłużyli się znakomici wykonawcy, na czele z Polską Orkiestrą Sinfonia Iuventus pod dyrekcją Krzysztofa Słowińskiego. Pozostające na dobrym poziomie wykonawstwo, może nie w każdym wypadku spełniało oczekiwania, ale było sporym atutem festiwalu.

Kameralnie i nostalgicznie

Koncerty kameralne, które znalazły się w programie festiwalu, wypełniła muzyka kompozytorów XX wieku. Nie przyniosły one spektakularnych muzycznych odkryć, ale pod względem wykonania mogły zadowolić nawet wybrednych słuchaczy. Występ Kwartetu Wilanów na Zamku Królewskim przypomniał rzadko grywane kompozycje Andrzeja Panufnika (III Kwartet smyczkowy „Wycinanki”) i Zbigniewa Bujarskiego (Kwartet na otwarcie domu), obie powstałe pod koniec XX wieku, a ponadto Beny More redivivo na kwartet smyczkowy Kubańczyka Carlosa Malcolma, pochodzący z lat siedemdziesiątych (sprzed stażu kompozytora w warszawskiej Akademii Muzycznej), utwór będący mariażem środków charakterystycznych dla muzyki współczesnej oraz konwencji i rytmów kubańskiej muzyki popularnej. Duo concertante Pawła Łosakiewicza ukazało bogate możłiwości koncertowania na dwoje skrzypiec. Prawykonanie na tym koncercie miał ponadto IV Kwartet smyczkowy Zbigniewa Bagińskiego, wyzyskujący możliwości zastosowania mikrotonów w muzyce.

Spotkaniem z kameralistyką na wysokim poziomie stał się występ Agaty Szymczewskiej (skrzypce), Magdaleny Bojanowicz (wiolonczela) i Grzegorza Skrobińskiego (fortepian), w których wykonaniu zabrzmiało „poważne i lekkie” zarazem Trio fortepianowe nr 2 Jerzego Bauera oraz II Trio fortepianowe e-moll Dymitra Szostakowicza. Miało miejsce też prawykonanie Sonaty na skrzypce i fortepian Ignacego Zalewskiego w wykonaniu Agaty Szymczewskiej i Marka Brachy, utworu w niecodzienny i intrygujący sposób podchodzącego do kwestii równowagi między instrumentem koncertującym a zwyczajowo rozumianym akompaniamentem. Całości dopełniła Pentasonata Andrzeja Panufnika – przykład fascynacji geometrycznych kompozytora – w ekspresyjnej interpretacji Brachy.

 

Smyczki z… wirtuozerią

Koncert Orkiestry Kameralnej PR "Amadeus" pod dyrekcją Anny Duczmal-Mróz rozpoczął się Prismatic Shapes Bartosza Kowalskiego. Jest to przykład mistrzowskiego wykorzystania medium orkiestry smyczkowej zarówno pod względem brzmieniowym, jak i możliwości dramaturgicznych oraz ekspresyjnych. W tym zakresie Mała fantazja Miłosza Bembinowa, o kilka lat wcześniejsza i po raz pierwszy prezentowana w rodzinnym mieście kompozytora, okazała się mniej przekonująca. Wykonanie Concerto in minore per flauto e orchestra d’archi Giuseppe'a Saverii Mercadantego, które miało uświetnić pierwszą część koncertu, okazało się miałkie, bo choć niewątpliwych atutów solisty (Łukasz Długosz) trudno nie docenić, to cóż po wirtuozach, choćby i wyrafinowanych, którzy swoje obcowanie z muzyką sprowadzają do tego, żeby jąjedynie odegrać? Podobnie rzecz się miała z Badinerie z Suity h-moll J.S. Bacha zagranym na bis. Na koncercie wyróżniło się Red, Yellow, Red. Hommage à Mark Rothko Dariusza Przybylskiego – ciekawymi fakturami, gęstymi płaszczyznami o statycznym charakterze.  Natomiast Dedykacje na orkiestrę smyczkową Jerzego Maksymiuka i Muzyka na smyczki Adama Sławińskiego, przyniosły może ciekawe pomysły – u pierwszego z nich inteligentne nawiazania do muzyki Charlesa Ivesa i Tomasza Sikorskiego, u drugiego wykorzystanie możliwości rozmieszczenia instrumentalistów na planie litery „V” – nie wydawały się one jednak zanadto odkrywcze.

 

Chóralistyka pół-żartem

Przykładem wybitnego wykonawstwa był występ Polskiego Chóru Kameralnego pod dyrekcją Jana Łukaszewskiego w Sali Wielkiej Zamku Królewskiego. Stopliwość głosów chóralnych, ciekawa barwa, dobrze wyważone głosy męskie (co rzadziej się zdarza) i świetna technika to atuty tego zespołu. Nic dziwnego, że zdobył „Fryderyka". Wszystkie utwory wieczoru były wykonywane po raz pierwszy.

Niektóre odwoływały się do przeszłości, jak w The Struggle Between Winter and Summer na chór mieszany Alicji Gronau, gdzie pojawia się nawiązanie do staroangielskiego kanonu Summer is icumen in. Przeszłość przeglądała się w Czterech figlikach Marii Pokrzywińskiej do słów Mikołaja Reja. Mniej ciekawie nawiązał do przeszłości Maciej Małecki w Trzech pieśniach do słów Jana Kochanowskiego na chór a cappella. Pianista Fikus – ballada żartobliwa, utwór Benedykta Konowalskiego silił się na dowcip i był żenująco słaby. Zabrzmiały jeszcze Cztery utwory bez słów Zbigniewa Penherskiego, oparte na sylabach solmizacyjnych, oraz Zaświat Jana Oleszkowicza, wyłaniający się z tajemniczych wokaliz, by wytrysnąć ekstatycznymi inwokacjami w różnych językach skierowanymi do Boga. Ponadto – Krotochwilna Skotopaska 1: Małmazja świeci Anny Ignatowicz-Glińskiej, trochę pretensjonalna, żartobliwa. Pokazaniem możliwości medium chóralnego i skrzącym się dowcipem była kompozycja Krzesimira Dębskiego – Altruitki, Rajzefiberki i inne do słów Wisławy Szymborskiej.

Spotkania lekko improwizowane

Ornamentem festiwalu były koncerty mniej lub bardziej improwizowane. Ta forma twórczości nie była dotąd eksponowana w ramach Spotkań. Wysmakowana stylistycznie a przy tym tchnąca świeżością muzyka jazzowa pojawiła się na koncercie zespołu WE4 wibrafonisty Karola Szymanowskiego, kontrabasisty Grzegorza Nadolnego, perkusisty Piotra Biskupskiego oraz Wojciecha Milewskiego, wirtuoza harmonijki chromatycznej oraz trąbki. Nawiązujące do standardów kompozycje, pochodziły z płyty Harmonijnie. Mieliśmy więc beztroskiego ton, i harmonijkę na froncie sceny.

Improwizacja twypełniła też koncert „Głosy i improwizacje. Sztuka zdobienia muzyki włoskiego i hiszpańskiego renesansu”. Hiszpański wirtuoz fletówhistorycznych Vincente Parrillo z zespołem More Hispano dali popis sztuki improwizacji sprzed wieków. Występ opierał się na oryginalnych diminucjach samego Parrilla do znanych  melodii tenorowych (Ave Maris Stella, La Spagna) i oryginalnych kompozycji renesansowych Antoine’a Busnoys, Josquina Desprez czy Philippe’a Verdelota. W przypadku hiszpańskich artystów wyrafinowane, trafne, kontrapunktujące się w ciekawych konfiguracjach glosy wzbudziły ogromne emocje oraz zasłużony aplauz.

 

Muzyka na nowo odkryta

Finał Spotkań znów wyeksponował improwizację - jako potrzebę wyrazu i sensu, stworzonych z wyobraźni wykonawców – zarazem kompozytorów. Drugi z finałowych koncertów był ponadto najobszerniejszym spotkaniem z muzyką Andrzeja Panufnika .

Zespół #Ensemble, a właściwie jego część (Brzdęk Ferajna) tworzony przez młodych muzyków, entuzjastycznych i sprawnych, przestawił dwie improwizacje na temat Hommage à Chopin Andrzeja Panufnika. Były to, podobnie jak oryginał, wokalizy, ale z towarzyszeniem nieco większego składu – z udziałem Marty Grzywacz, sięgającej po rozszerzone techniki wokalne i z nadzwyczajną precyzją operującej głosem, flecistki Anny Ćwiek-Karpowicz, której paleta środków dorównywała śpiewaczce, pianisty Krzysztofa Kozłowskiego oraz akordeonisty Pawła Janasa. Artyści wykazali się konsekwencją w budowaniu jednolitego nastroju poszczególnych improwizacji i wyczuciem formy.

Bardziej w kierunku stylistyki jazzowej przesunięta była improwizacja na temat Pentasonaty w wykonaniu Aleksandra Dębicza, w której pojawiły się harmoniczne odwołania do motywiki utworu. Z oryginalnych kompozycji związanego z Warszawą (do czasu emigracji) Andrzeja Panufnika, wykonane zostało Trio fortepianowe op. 1, które na festiwalu zabrzmiało dwukrotnie: w siedzibie Polskiego Wydawnictwa Muzycznego podczas prezentacji strony internetowej poświęconej kompozytorowi (www.panufnik.polmic.pl) autorstwa dr Beaty Bolesławskiej-Lewandowskiej – w interpretacji Janusza Wawrowskiego (skrzypce), Magdaleny Bojanowicz (wiolonczela) oraz Bartłomieja Kominka (fortepian), a na koncercie finałowym z udziałem skrzypaczki Agnieszki Guz, wiolonczelisty Bartosza Koziaka i pianisty Krzysztofa Kozłowskiego. Oba wykonania pozwalały delektować się tym znakomitym utworem. Drugą część koncertu wypełniły kompozycje z późniejszego okresu – Dreamscape (Pejzaż ze snów) – wokaliza na sopran i fortepian w wykonaniu Wandy Franek, dysponującej głębokim, ciemnym altem, i Aleksandra Dębicza oraz Triangles (Trójkąty), odwołujące się do symboliki tantrycznej. Ten ostatni utwór został po raz pierwszy wykonany na koncercie – dotychczas odbyło się bowiem tylko wykonanie i nagranie w studiu telewizji BBC2. Wykonawcami byli: Seweryn Zapłatyński, Ania Karpowicz i Jagoda Sudujko (flety) oraz Dominik Płociński, Magdalena Bojanowicz i Bartosz Koziak (wiolonczele). Utwór ukazywał już zupełnie innego Panufnika, zafascynowanego geometrycznymi i symetrycznymi ukształtowaniami, dojrzałego, choć też bardziej introwertycznego w meandrach swojej wyobraźni dźwiękowej.

 

Muzyka jako doświadczanie

W całości na improwizacji oparty był koncert-spektakl „Kawalerowie w Raju – ekspedycja dźwiękowa do tekstów Josifa Brodskiego i Williama Blake’a”. Scenografią była tu wyświetlana na trzech ścianach projekcja wizualna, odnosząca się zarówno do tytułowego raju, jak i miejsca koncertu (Podchorążówka w Łazienkach Królewskich). Niecodzienne i bogate instrumentarium, w tym media elektroniczne i instrumenty tradycyjne oraz rozmaite przedmioty i instrumenty, na jakich grają muzycy zespołu Kawalerowie Błotni, stanowiło dodatkowy element widowiska – choćby ruchy ramion i dłoni Krzysztofa Knittla grającego na elektronicznej harfie o niewidzialnych strunach. Muzykom towarzyszył aktor Dariusz Jakubowski, recytujący (skandujący?) tekst Pieśni niewinności i pieśni doświadczenia Brodskiego oraz Wprowadzenia do Pieśni niewinności i pieśni doświadczenia Blake’a. Muzyka stała się komentarzem do tekstu i obrazu. Nie do końca dało się jednak zrozumieć komentowane słowa, ale można je było przeczytać w programie. Dźwięki, kojarzące się pejzażami natury (odgłos grzmotu), wraz z tekstami i obrazami natury oraz spacerujących po parku tworzyły wzajemne odniesienia. W wywołanym tematem i komentarzem nastroju refleksji nad wizją utraconego raju niewinności, także tego akustycznego (pikanterii dodawała skrzypiąca podłoga i nieco przeszkadzający słuchacze) sami artyści zdawali się jej bliscy, z dziecięcą niemal swobodą bawiąc się dźwiękami. Tworzona przez nich muzyka była jednak zarazem doświadczeniem i doświadczaniem. Koncert mógł też rodzić pytanie – ku czemu powiedzie muzyczne doświadczenie przyszłości? Czy od struktur i form o przemyślanej konstrukcji, jak u Panufnika, do nieustannie powracających znanych klisz, czy może drogą  powrotu do natury, do swobody muzykowania nieskrępowanej ideami? Do kreacji jako aktu i doświadczenia?

 

 

Nr 06/2014