29. Festiwal Musica Polonica Nova. 4-12.04.2014, Wrocław.

W dobie postępującej globalizacji i otwartych granic kategorie narodowe stają się coraz mniej wyraziste. Nie inaczej dzieje się w muzyce, która zawsze wykazywała znaczną łatwość w pokonywaniu społeczno-kulturowych barier. Jak złożoną kategorią jest dziś muzyka polska pokazał 29. Festiwal Polskiej Muzyki Współczesnej „Musica Polonica Nova”, na którym można było usłyszeć utwory kompozytorów polskich kształconych i mieszkających za granicą, kompozytora, który sam określa się jako polsko-australijski, oraz utwory cudzoziemców od lat związanych z Polską. Prawdziwą jednak nowością była obecność na festiwalu kompozycji autorów niemieckich, nawet jeśli była to cena za udział znakomitego berlińskiego ensemble mosaik. Zespół nie zawiódł, wydobywając wszelkie walory wykonywanych kompozycji.

Festiwal rozpoczął greetings from a doppelgänger Jagody Szmytki, utwór o mocnym i szorstkim brzmieniu, w którym – jak zwykle u tej kompozytorki – istotny jest ruch, instrumentalny gest pocierania i uderzania. Koncepcja sobowtóra (tytułowy „doppelgänger”), polegająca na wzbudzeniu brzmienia instrumentów za pomocą głośników kontaktowych, okazała się ciekawsza niż efekt jej zastosowania. Dobrze zabrzmiał utwór  Tadeusza Wieleckiego Przędzie się nić… IV na kontrabas i zespół kameralny z kompozytorem w roli solisty. W tym delikatnym i eterycznym strumieniu muzyki pełnym flażoletowych glissand, z ewolucyjnie rozwijaną partią kontrabasu, paradoksalnie dominowały wysokie dźwięki.

Najmocniejszym punktem programu był jednak Salz Enno Poppego. Ciąg napięciowych crescend budowanych z zapętlanych motywów regulowany jest przez powracające centrum tonalne w partii organów Hammonda. Utwór narasta do niezwykle intensywnego finału, który można by uznać za hałaśliwy, gdyby nie był przygotowany przez cały wcześniejszy przebieg. Dość wtórny charakter miało Pressante Ewy Podgórskiej z gamowym motywem eksponowanym w kolejnych transpozycjach i strettach. In minus wyróżnił się naiwnie jazzujący Alice Blue Oliviera Schnellera. Jeśli na festiwalu mają pojawiać się zagraniczne utwory, to niech nie będą tak słabe. Podobnym dysonansem programu była obecność na koncercie finałowym Concerto2000 Marcela Chyrzyńskiego, utworu już czternastoletniego ani klasycznego, ani nowatorskiego, ani specjalnie ciekawego.

Nie zabrakło w programie ambitnie zaprogramowanych koncertów złożonych przeważnie z prawykonań. W Centrum Technologii Audiowizualnych (6 kwietnia) zabrzmiały utwory na głos (Frank Wörner), perkusję (Agnieszka Koprowska-Born) i fortepian (Małgorzata Walentynowicz). Najlepiej wypadł Logical Shift Karola Nepelskiego, o oszczędnej, rzadkiej fakturze, ciekawie łączący rozszerzone techniki wokalne (cmokanie, kląskanie, gwizdanie) z brzmieniem instrumentalnym. Dźwięki akustycznych instrumentów stopniowo przenosiły się do partii taśmy, by ostatecznie rozwiać się w syku sprayów. Frapujące efekty brzmieniowe, upodabniające do siebie tak rozmaite źródła dźwięku, tworzyły zatomizowaną strukturę brzmieniową w Conversions Agnieszki Stulgińskiej. Slejpnir Dobromiły Jaskot wydał się z początku nieco chaotyczny, by wreszcie ukształtować się w pełne dzikiej ekspresji ciągłe nabrzmiewanie, gwałtownie przerywane akcentami. Koncert dopełnił Gates of Irrational Dominika Karskiego, utwór o rozchwianej intonacji, bardzo poetycki, choć jednostajny. Ciekawe, że wszyscy kompozytorzy do głosu ludzkiego podeszli tu instrumentalnie, abstrakcyjnie i barwowo.

Koncert 10 kwietnia, w nowej Sali Koncertowej Akademii Muzycznej, miał na celu przywrócenie życiu koncertowemu organów Hammonda. Przy klawiaturze zasiadł kompozytor, Dariusz Przybylski, a towarzyszył mu zespół Kwadrofonik. Niestety, zamiar się nie udał, gdyż kompozytorzy, poza samym Przybylskim, powierzyli instrumentowi rolę marginalną. Najciekawsze okazało się Trzecie miejsce po przecinku Sławomira Kupczaka, bez Hammonda, za to z wiolonczelą. Utwór został rozpięty pomiędzy głównymi motywami uderzenia w trójkąt oraz w stopę, udramatyzowany przez liczne pauzy, lecz w charakterystyczny dla Kupczaka sposób podszyty ironią. The tiger left me unsatisfied Mikołaja Laskowskiego był utworem z taśmą… przypiętą do wielkiego bębna, na której wykonywano efektowne skrecze, uzupełniane przez grę skrzypiec na podstawku i slapy klarnetu. Ostra brzmieniowość ustąpiła w zakończeniu pięknym crescendom na Hammondzie.

28 dni księżyca Mateusza Ryczka, utwór o wyraźnych fazach odprężeń i napięć, pełen był brzmieniowych efektów, które jednak nie złożyły się w udaną całość. Statyczne, medytacyjne Patterns Eunho Chang tworzyły intrygującą brzmieniowość z wiodącą rolą kolejnych instrumentów, spiętą zgrabną i nieoczywistą klamrą powracającego dźwięku fortepianu. Z Abrenuntio Dariusza Przybylskiego, złożonego z kilku skontrastowanych i powracających stylistyk, w pamięć zapadła zwłaszcza wirtuozowska kadencja na Hammondzie i przerysowany gest rozsypania piłeczek ping-pongowych.

Do udanych koncertów należał występ kwartetu Nordlys ensemble w Akademii Muzycznej (11 kwietnia). Uwagę zwrócił ReVerse2 Adama Porębskiego, intrygująco przechodzący od szmeru do dźwięku i strzępów melodii, by wreszcie wyewoluować w quasi-scherzo stopniowo dekomponowanego harmonicznego ostinata. Swoje E Maciej Jabłoński utkał z wielu krótkich motywów, a stworzona tak narracja trzyma w napięciu zarówno w ramach poszczególnych ogniw, jak pomiędzy nimi. Mosaïque Marcina Stańczyka na wiolonczelę i elektronikę imponuje pomysłami na elektroniczne przetwarzanie dźwięków, ograniczonych jedynie do efektów sonorystycznych i pizzicato. Przyjemnie słuchało się także bezpretensjonalnego i świadomie naiwnego Shadow, Inc. A parable for four players after H. Ch. Andersen Rafała Augustyna.

Muzykę odartą z patosu, skupioną wokół banału codziennego życia, od lat tworzy Aleksander Nowak. Jego dziennik zapełniony w połowie na wiolonczelę, perkusję i smyczki zabrzmiał w miejscowej Filharmonii na koncercie orkiestry Leopoldinum z Magdaleną Bojanowicz w partii solowej (10 kwietnia). Nie każdemu przypadną do gustu eufoniczne brzmienia i proste melodie, ale muzyczne odmalowanie warsztatu mechanicznego było wyjątkowo plastyczne.

Drugi biegun estetyczny wieczoru wyznaczył Beautiful to me. ah Jacka Sotomskiego, utwór o szorstkiej brzmieniowości, przypominający plądrofoniczne eksperymenty kompozytora w ramach grupy sultan hagavik, jak choćby zapętlane motywy powtarzane ze zmienną prędkością – niczym regulowanie częstotliwości obrotów głowicy magnetofonowej. Powoli rozwijające się Horao Marcina Rupocińskiego, zakończone dialogiem zespołu i taśmy, wypadło na tym tle blado, choć miało swój urok. Ciekawą grę ze słuchaczem podjął Accant Pawła Hendricha na akordeon i elektronikę wykonany przez Rafała Łuca. Gęste przebiegi na tle długich wybrzmień w początkowej sekcji, kontrastują tu ze statyczną quasi-spektralną sekcją środkową. Rozwiązania tego konfliktu nie przynosi szczątkowy, gwałtownie przerwany epilog.

Stali bywalcy festiwali muzyki nowej – Kwartet Śląski i TWOgether Duo – zaproponowali wrocławskiej publiczności utwory nowe, lecz w większości już skądinąd znane. Z koncertu Kwartetu warto zapamiętać Spirals Paula Preussera, w którym nieregularnie zapętlane motywy rzeczywiście tworzą iluzję krążenia po spirali. Duo przypomniało prawykonane na „Poznańskiej Wiośnie Muzycznej” krótkie, ale skondensowane Skrawki Michała Ossowskiego oraz šeg Piotra Tabakiernika, rodzaj instrumentalnego misterium. Premierowo wykonano też Kooperatywę II Wojciecha Ziemowita Zycha, zestawiającą ostre i mocne dźwięki z delikatnymi efektami brzmieniowymi, jednak mimo silnego kontrastu dość jednostajną.

Ważne miejsce na festiwalu od lat zajmuje nurt retrospektywny. Na koncercie finałowym uhonorowano zarówno zmarłego Wojciecha Kilara, wykonując jedną z jego najoryginalniejszych kompozycji Upstairs-Downstairs, jak i rocznicę urodzin Andrzeja Panufnika, wykonując jego Koncert fortepianowy. Jednak przede wszystkim udało się na koncercie 5 kwietnia przypomnieć twórczość outsidera Wojciecha Nowaka i przedwcześnie zmarłej Barbary Buczek. Interesująco zabrzmiały utwory Nowaka, szczególnie Duo per fisarmonica e contrabasso, kompozycja falowo zmienna, gdzie instrumenty naprzemiennie się maskują, by po wyłączeniu jednego z głosów nagle odsłonić warstwę ukrytą. W zakończeniu utwór dyskretnie osuwa się w nicość. Znacznie mniej dyskretne były kompozycje Buczkówny, nie licząc Les sons ésothériques na flet, komputer i taśmę z oplatającym pojedyncze dźwięki głosem fletu głęboko osadzonym w ziarnistej partii taśmy. Pozostałe utwory, nawet jeśli były utworzone według nowatorskiego na owe czasy języka muzycznego, brzmiały nieciekawie lub wręcz nieprzyjemnie, jak hałaśliwe Primus inter pares. Dobrze jednak, że stworzono szansę by przekonać się o tym bezpośrednio.

Utworem, w którym złożona, algorytmiczna struktura nie przyniosła ciekawego efektu brzmieniowego był również ReDim Q-Int Adriana Fołtyna. Kompozycja, mimo interesującej faktury, charakteryzowała się jednym poziomem barwowym i dramaturgicznym, a rezultat dźwiękowy przypominał nieco twórczość drugiej szkoły wiedeńskiej (Schönberg i Berg złożoną strukturę kształtowali również według klasycznych ram). Partia elektroniki z modulacją kołową i statycznymi tłami również brzmiała dosyć staromodnie. Szkoda.

Ważnym wydarzeniem było wręczenie nowo ustanowionej nagrody „Polonica Nova” przyznawanej za najlepszy utwór wykonany po raz pierwszy w ciągu ostatnich dwóch lat. Laur przypadł Agacie Zubel za Not I, utwór doceniony już wcześniej na trybunie UNESCO w Paryżu. Przypadkowo (a może wcale nie?) złożyło się, że na zamknięcie festiwalu zabrzmiało inne dzieło kompozytorki, mianowicie  IN na wielką orkiestrę symfoniczną. Utwór ukształtowany został w makroformalne crescendo-diminuendo, konstruowane łańcuchowo z brzmieniowych motywów, w których długie płaszczyzny instrumentów smyczkowych i dętych kontrapunktowane są przez aforystyczne zdarzenia w instrumentach perkusyjnych. Wyrafinowana konstrukcja zdradza mistrzowski warsztat, a wysmakowana kolorystyka przyciąga uwagę słuchacza. Przyjmując nagrodę laureat zobowiązuje się skomponować utwór, który zostanie wykonany na kolejnym festiwalu. Po tym, co usłyszeliśmy w IN, to jeszcze jeden powód by na trzydziestą już „Polonicę” czekać z niecierpliwością.

 

 

Nr 05/2014