Musica Electronica Nova. 17–25.05.2019 \ Wrocław

 

Inauguracja MEN mogła zaskakiwać. Rzadko festiwale muzyki współczesnej otwierają tak spektakularne wydarzenia jak projekcja filmu z orkiestrą na żywo. Wybór też nie był oczywisty: w słynnym dziele Stanleya Kubricka 2001: Odyseja kosmiczna elektroniki nie słychać, są za to kompozycje Györgya Ligetiego, Richarda Straussa, Arama Chaczaturiana i Johanna Straussa syna (brzmiący cokolwiek ironicznie walc Nad pięknym modrym Dunajem). W wielkiej sali NFM, ze świetnie przygotowanymi orkiestrą i chórem pod dyrekcją precyzyjnego Adriana Prabavy Odyseja mogła robić wrażenie synkretycznego dzieła sztuki sygnalizującego wątki festiwalu. Jego hasło brzmiało w tym roku „Znaki”. Jak podkreślał dyrektor artystyczny MEN Pierre Jodlowski, ważny był dla niego znany z filmu i powieści Clarke’a czarny monolit – symbol postępu, przekraczania granic, definiowania siebie na nowo. W Odysei dzieła muzyczne wybrzmiewają w obszernych fragmentach, bez dialogów, za to w zderzeniu z sugestywnym obrazem. Wschód słońca i fanfary Zaratustry Richarda Straussa wzajemnie podbijają swoją potęgę i niesamowitość. W Kyrie z Requiem Ligetiego Kubrick odnajduje lęk towarzyszący przekraczaniu granicy niepojętego, zetknięciu z wytworem nieznanej cywilizacji, a może dziełem Boga? Interpretacje mogą być rozmaite.

Część publiczności podeszła do sprawy zgoła inaczej. Uznała, że przede wszystkim uczestniczy w koncercie, oklaskiwała więc z osobna każde z wejść orkiestry i chóru, mimo że film trwał dalej. Szczególnie ciepłe emocje zdawał się wzbudzać w niej powracający wiedeński walc. I cóż, jak mawiał Franc Fiszer, „cały pogrzeb na nic”: muzyka odkleiła się od obrazu, Kubrickowskie znaczenia – od niej samej. Takie rozpoczęcie festiwalu, w którego programie ważną rolę odegrać miała wizualność, jej wzajemne relacje z muzyką… Jodlowski używa terminu „interdyscyplinarność”. Ukryte jest w nim przekonanie o pierwotnej rozdzielności muzyki, obrazu, tekstu, o konieczności owej rozdzielności przełamywania. Dziś jednak te granice po prostu przestają istnieć – wiele utworów nie ma sensu bez wymiaru wizualnego, performatywnego, bez kontekstu i konceptu. Myślenie w kategoriach dyscyplin rozmija się z dziełami takich artystów jak Alexander Schubert, gość specjalny MEN, który w ramach nowego cyklu Private Room miał do dyspozycji cały koncert finałowy. Jego prezentacja złożona została z utworów starszych, dobrze znanych z internetu i nie tak spektakularnych jak słynne f1, w którym artysta tworzy jednolitą przestrzeń filmu, koncertu i performansu teatralnego. Do prezentowanego we Wrocławiu zabawnego Star Me Kitten, będącego rodzajem wykładu neurotycznej prelegentki, kompozytor wprowadził elementy lokalne (odniesienia do trwającego równolegle Biennale Sztuki Mediów WRO), a wykonanie Sensate Focus zachwycało precyzją i wrażliwością muzyczną Nadar Ensemble oraz fantastyczną giętkością, głębią, barwnością Schubertowskiej elektroniki. Ten ostatni utwór, po którym przecież wiedziałem, czego się spodziewać, na żywo mógł oszałamiać i potwierdził przekonanie o potężnym talencie niemieckiego kompozytora.

 

Między

 

Czego doświadczyliśmy w ramach zakreślonych przez inaugurację i finał? Kilku zachwytów i licznych konfuzji. Świetnym przykładem na wspomnianą interdyscyplinarność był spektakl taneczny Ply, New Edit w choreografii Yuvala Picka, z elektroniczną, totalnie abstrakcyjną, pełną ciszy i niepłynnych brzmień, pozbawioną wyrazistych rytmów muzyką Ashley Fure. Powstał z tego zdumiewająco spójny spektakl, złożony przez Picka z „pośrednich”, wyrwanych z kontekstu płynnego ruchu póz, wypreparowanych fragmentów, ułożonych na nowo przez wykonawców w fascynujące konstrukcje. Artyści Centre Choréographique National de Rillieux-la-Pape fascynowali zaangażowaniem i niezwykłą geometrią tych dziwnych sekwencji ruchów, w bardzo wymagającej fizycznie akcji, toczonej w pustym prostokącie sceny. Towarzyszyła im muzyka zrozumiała w skali makro i mikro, ale całkowicie bezużyteczna wobec pokusy tworzenia historii. Doświadczenie niełatwe, ale wypełniające, na spotkaniu z artystami pozostała więc całkiem duża grupa słuchaczy. Jeden z nich zadał pytanie: a gdzie tu piękno? W odbiorze – odpowiedział Yuval Pick.

A więc wzruszenie? Przyznam, że najmocniej ogarnęło mnie podczas wizyty w Pawilonie Czterech Kopuł, gdzie w ramach zaprzyjaźnionego z Musica Electronica Nova Biennale WRO przypomniano legendarną konstrukcję Senster Edwarda Ihnatowicza. Ogromne „zwierzę” zbudowane z metalowych kratownic reaguje na dźwięki i ruchy otoczenia dzięki systemowi mikrofonów i czujników dopplerowskich. Jego żyrafia szyja podąża za zwiedzającymi, jest przyjazna i czuła mimo surowej powierzchowności. To spotkanie jak na safari – Senster nie jest przecież zamknięty jak zwierzęta w zoo, ale stoi w tej samej przestrzeni, co zwiedzający, jego szyja porusza się płynnie, a głowa zdaje się patrzeć na ludzi z ciekawością. Czy z technologią można żyć jak z przyrodą? Czy stała się częścią naszego środowiska naturalnego?

Kompozytorzy odpowiadają na to pytanie rozmaicie. Sławomir Kupczak, posługujący się przecież elektroniką sprawnie na co dzień, od lat zdaje się utrzymywać ją w pewnym dystansie od dźwięków akustycznych. Podkreśla go przez syntetyczną genezę lub głębokie przetworzenie części materiału. Słychać to w interesującym i przystępnym dla słuchacza Koncercie na fortepian i komputer, którego premierę dał na festiwalu Adam Kośmieja. Kompozytor dyskretnie wykorzystał w nim zarówno mikrotonowe przestrajanie, jak i preparację fortepianu, a zarazem nie robił fetyszy z tych technologicznych zabiegów. Powtarzanie, nabrzmiewanie, zatrzymanie i kontemplacja zdominowały mój odbiór jego zgrabnego utworu, który być może nie dorównuje tak świetnym kompozycjom Kupczaka jak wyróżniony niedawno przez Międzynarodową Trybunę Kompozytorów Halny, ale w rękach Kośmiei, świetnego pianisty, może liczyć na pomyślną estradową przyszłość.

 

Razem

 

Wykonawcy w większości nie zawiedli podczas festiwalu – muszę wspomnieć Rafała Łuca, który wzbogacił swoją kolekcję utworów na akordeon z elektroniką o interesującą 96bit music Matthiasa Kranebittera. Instrument akustyczny zrasta się tutaj z komputerem nierozerwalnie, a Łuc porywa zaangażowaniem i brzmieniową wrażliwością. Przed jego mikrorecitalem swoją „instalację performatywną” zaprezentowali Giulio Colangelo i Valerio De Bonis. [re]BO[u]NDS to utwór na „poszerzone środki”, w którym wykonawcy sterują spadaniem kropel wody z trzech umieszczonych pod sufitem zbiorników. Ich dźwięk, kiedy wpadają do rozstawionych na podłodze naczyń, wyzwala impuls świetlny, jest też transmitowany, rejestrowany, przetwarzany i miksowany w czasie rzeczywistym z brzmieniami elektronicznymi. Całość, otaczająca słuchacza ze wszystkich stron, a zarazem wręcz hipnotycznie skupiająca jego wzrok na tańcu spadających kropel, wydała mi się tyleż efektowna, co pusta; nie odnalazłem w niej wartości dodanej, poza zmysłową satysfakcją podbitą przez niewątpliwą wirtuozerię technologiczną autorów.

Colangelo, dyrektor festiwalu sztuki cyfrowej w Materze na południu Włoch, był też kuratorem prezentacji włoskiej muzyki elektroakustycznej w ramach cyklu Acousma Forum. Konstruktywistyczne upodobania artysty wzięły chyba górę w doborze utworów, były one bowiem niemal wszystkie dość chłodne w swoich abstrakcyjnych przebiegach. Na plus wyróżniała się praca samego Colangela, Organismo Aperto No. 3, w której udało mu się wytworzyć rodzaj żyjącej własnym życiem elektronicznej bio-audiosfery.

Muzyka jako rodzaj samoreprodukującej się struktury – na myśl przychodzi mi od razu rytmiczny oddech ostatnich utworów Pawła Mykietyna. Na festiwalu przedstawiono jego kompozycję Herr Thaddäus w wersji zubożonej niestety o świetlną instalację Mirosława Bałki. Bez niej utwór Mykietyna wiele stracił, dodatkowo osłabiony przez wykonawcę partii wokalnej Rafała Pikałę, który miał widoczne kłopoty z sięganiem najniższych dźwięków; tak się na tym skupił, że zapomniał o wyraźnej dykcji.

Wracamy tym samym do znaków, przywołanych w tytule festiwalu. Herr Thaddäus podkreśla opresyjność szkolno-patriotycznej narracji, w którą wtłoczono dzieło Mickiewicza. Rozdawane publiczności przed koncertem połyskliwe i szeleszczące koce termiczne mają chyba pomóc schronić się przed presją muzyki i tekstu. To jeden z nielicznych politycznych wątków w programie MEN. Próbowała je podchwycić Monika Szpyrka w swoim utworze are there hidden figures?, jednak jako próba „scenicznej interpretacji wpływu ukrytych praktyk dyskryminacyjnych na zbiorowość” pozostał on niespełniony.

Odkryciem festiwalu okazał się za to przegląd utworów z Meksyku, których związku z lokalnym kontekstem nie jestem w stanie ocenić. Zaplanował go sam Pierre Jodlowski, odkrywając przed wrocławską publicznością siedem nieznanych tu nazwisk. Wszystkie utwory okazały się interesujące, tchnęły jakąś niesamowitością, nieskrywaną metafizyką, śmiałością w ekspresyjnym wykorzystywaniu materiału konkretnego. Do tego koncertu jeszcze tu wrócę. Całą projekcję utworów czysto elektroakustycznych, odbywającą się w znakomicie przystosowanej sali czarnej NFM, przyćmiła bowiem Elżbieta Sikora. W jej jubileuszowym koncercie nie zabrakło wątków politycznych (Janek Wiśniewski, grudzień, Polska), jednak moje serce podbiła jej najnowsza kompozycja elektroakustyczna Paris. Gare du Nord. Dźwięki konkretne stanowiły główny materiał tej niesentymentalnej opowieści o mieście, o jego podszewce. O mechanice, która czasem zagłusza skumulowane lęki i problemy. Opracowane z wielką pieczołowitością i fantazją nagrania oddały wieczny bieg i podskórne napięcie tego szczególnego miejsca na ziemi, z którym kompozytorka pozostaje na stałe związana.

 

Poza

 

Elżbieta Sikora w wieku siedemdziesięciu pięciu lat komponuje z niezwykłym wdziękiem i finezją, uważnie i świeżo zarazem. Jak to się stało, że świeżości zabrakło młodym twórcom muzyki elektroakustycznej? Koncert polski w cyklu Acousma Forum należał do najsłabszych. W utworach z rzadka pojawiały się interesujące pomysły, nie do końca dopracowane, jakby dopiero zalążki. Ten program był jednym z powodów zasadniczych wątpliwości, które nasuwały mi się podczas wrocławskiego tygodnia. Musica Electronica Nova ma charakter kuratorskiego festiwalu muzyki współczesnej. Jest ich w Polsce niewiele – z większych można wymienić przede wszystkim Sacrum Profanum i Kody. W przypadku imprez (współ)organizowanych przez Związek Kompozytorów Polskich dyrektor artystyczny ma mniej swobody, jednak podczas tegorocznego MEN część twórców wrocławskich mogła spełnić się w programie towarzyszącym. Pierre Jodlowski zdawał się zatem mieć wolną rękę. Tym bardziej widać było jego kuratorskie zaniechania.

Zaskoczyło mnie, że dobór polskich debiutów kompozytorskich scedował na wykładowców dwóch uczelni muzycznych. Powstała z tego podobnie reprezentatywna „panorama”, co w przypadku koncertu meksykańskiego. Ten świetny skądinąd koncert był kuratorskim kuriozum: odtworzono nam w wersji ośmiokanałowej jedną płytę wydaną przez Centro Mexicano para la Música y las Artes Sonoras w 2012 roku, w całości dostępną w serwisach streamingowych. Dyrektor deklarował w wywiadzie, że przywiózł z Meksyku wiele nagrań, czemu więc wybrał siedem powstałych w ciągu kilku miesięcy, nie zmieniając nawet ich kolejności płytowej? Dlaczego nie znalazł się tam choćby jeden nowszy utwór?

Szczytem kuratorskiej bezradności był koncert Piano, Video & Electronics, ten z udziałem Adama Kośmiei. Poważną propozycję, jaką stanowił Koncert Sławomira Kupczaka, zestawiono z dwoma bardzo słabymi i nic niewnoszącymi utworami na fortepian i wideo; między nimi zaprezentowano nagranie zaproponowane przez Biennale WRO – filmik z popisującą się sprawnością i koordynacją grupą perkusistów grających na włącznikach światła. Dziesiątki takich ciekawostek znaleźć można w sieci. Muzyczna wartość? Zero. Wszystko to Adam Kośmieja uzupełnił całkowicie nieelektronicznymi kompozycjami Serockiego i Lachenmanna. Zabrakło tylko tancerki i połykacza ognia z fortepianowym akompaniamentem. Kto układa takie programy i po co?

Mimo wszystko trzymam kciuki za Pierre’a Jodlowskiego, by w następnych latach temat nie gubił się w niedowarzonych pomysłach. Jeszcze mocniej – za Narodowe Forum Muzyki. Tegoroczna MEN odbywała się bowiem w cieniu wulkanu: urząd marszałkowski wciąż nie porzucił pomysłu wycofania się z dotacji. Jeśli jej zabraknie – NFM zapowiada rezygnację z festiwali. Wtedy wszyscy będziemy się mieli z pyszna.

 

Nr 06/2019