Festiwal Prawykonań. 29–31.03.2019 \ Katowice

 

 

 

Na festiwalu, na którym brakowało wyraźnych kompozytorskich zwycięzców (choć niewielu było też przegranych), triumfowali wykonawcy

 

 

 

Ostatni weekend marca przynosi zmianę czasu z zimowego na letni. Tymczasem podczas odbywającego się w ten sam weekend Festiwalu Prawykonań w Katowicach miałem wrażenie, że czas nie tyle przesunął się do przodu, ile stanął w miejscu. Po poprzednich festiwalach można było mieć déjà vu. Te same zespoły z tymi samymi dyrygentami grały koncerty o tych samych godzinach. Nawet zestaw kompozytorskich nazwisk był łudząco podobny. Dobrze jednak, że istnieje festiwal muzyki współczesnej hołdujący tradycji. I to właśnie w Katowicach, gdzie niedzielny obiad wciąż pachnie rosołem, roladą z kluskami i modrą kapustą. Mam wrażenie, że ideologia Nowej Muzyki, z jej ciągłym parciem na nowość, młodość i zmianę, podszyta jest ageizmem. Twórcy starszego pokolenia są bezwzględnie usuwani na margines. Festiwal Prawykonań ma podtytuł „Polska Muzyka Najnowsza”, nie „Polska Muzyka Nowa” (i może właśnie dlatego Orkiestra Muzyki Nowej gra na nim tylko pół koncertu). Prezentując szerokie spektrum muzycznej współczesności, pozwala usłyszeć, co mają dziś do powiedzenia bardziej dojrzali twórcy.

 

Lekcje mistrzowskie

 

Starsi mistrzowie wciąż mogą nas uczyć kompozytorskiego rzemiosła, logiki formy, instrumentacji. W Miroirs au Carré Krzysztof Meyer deklarował konstruktywistyczne podejście do materiału muzycznego. To jednak tylko pozór, krzywe odbicie, bowiem istotę utworu stanowi dramaturgia, uruchomiona przez inicjalny motyw kotłów i rozwijana w ciągu kulminacyjnych zagęszczeń i odprężeń. A Linea Zbigniewa Bagińskiego wciągała w motoryczną, zegarkową narrację, ciekawiła instrumentacją (orkiestra symfoniczna bez kwartetu, acz z kontrabasami), urzekała neo-neoklasycznym segmentem walcowym.

Koncert skrzypcowy Elżbiety Sikory, napisany dla Linusa Rotha i jego Stradivariusa, grał na mocne strony solisty: wirtuozowską technikę i piękny dźwięk eksponowany w rozległych melodiach. Orkiestra wzmacniała partię solową, podkreślała jej charakter i emocje. Masy brzmieniowe ścierały się ze sobą i przetaczały ponad linią skrzypiec, czasem je przykrywając. Nawet jeśli nagromadzenie różnych pomysłów w trzeciej części wiodło mnie na manowce, wyprowadzało z nich poprzedzone efektowną kadencją zakończenie. Ao-Tea-Roa Grażyny Pstrokońskiej-Nawratil fascynowała barwą: migotliwą partią solowego klawesynu, który koloryzowały i uziemiały schowane na dalszym planie smyczki. Gdy drobne i skupione figuracje stawały się nużące, kompozytorka szybkim przejściem z niskiego w wysoki rejestr rozświetliła finał utworu. Zachwycające muszą być widoki w Nowej Zelandii.

W natłoku przegadanych utworów precyzji wypowiedzi uczyli Zbigniew Bargielski i Tadeusz Wielecki. Pierwszy, w Histe(O)ryjkach na fortepian w mozaikowej formie porządkowanej przez powracającą preparację rozprawiał się z tradycją fortepianową, dowcipnie wplatając cytaty z Debussy’ego czy Poloneza A-dur op. 40 nr 1 Chopina. Drugi, w Drgnieniach bawił się barwą akordeonu, w serii uderzeń i oddźwięków, w orkiestrze szukając kontrastów i analogii (tremola na rantach metalofonów!) do brzmienia solowego instrumentu.

 

Poematy krytyczne i metafizyczne

 

Okazało się też, że odniesienia do problemów współczesności nie są wyłącznie domeną młodych. Prélude et Grande Fugue „La Catastrophe” Joanny Wnuk-Nazarowej z początku wydawało się czysto warsztatowym, acz misternym ćwiczeniem z kontrapunktu. Pojawienie się w zakończeniu wycia syren i głosu chłopięcego wyśpiewującego z towarzyszeniem harfy haczykowej psalm Claude’a Goudimela – hugenoty zamordowanego w Noc św. Bartłomieja – sprawił, że utwór stał się przestrogą przed błędami przeszłości. Frapował Ryszard Gabryś w Exaudi antico e moderno – utworze-zagadce, w którym wokaliści wśród dziwnych jęków i zawodzeń, pełni estradowej egzaltacji dekonstruują arię Purcella, chór śpiewa fragment utworu Gorczyckiego lub niemo gestykuluje, trio smyczkowe i klawesyn eklektycznie interweniują, a w węzłowym momencie wokalistka odpina z włosów biały kwiat i wpina zielony. Miałem wrażenie, że kompozytor w rozgorączkowaniu próbuje mi przekazać coś ważnego, ale znaczenie gdzieś umykało. „Przekaz utworu jest bardzo jasny” – pisał w komentarzu do swojej V Symfonii Piotr Moss. Dla mnie jedynym czytelnym desygnatem było wykorzystanie w tym utworze ministranckich dzwonków i bałbym się pójść dalej tym tropem interpretacyjnym.

Wkurzenie na rzeczywistość emanowało z Pieśni konstruktywistycznych Artura Zagajewskiego. Prosty pomysł: powierzyć Agacie Zubel partię wokalną i jednocześnie skorzystać z jej perkusyjnej przeszłości – a chyba nikt wcześniej na to nie wpadł. Wokalistka skandowała, rytmicznie nawalając w bębny, aż do zapamiętania we wściekłym szale, w którym słowa przestawały być czytelne. Było w tym utworze coś z ekspresji utworów Kazika z lat dziewięćdziesiątych czy, z nowszych przykładów, z debiutanckiej płyty R.U.T.Y. Dobrze że w sytuacji, gdy społeczne zaangażowanie wyparowało z anten radiowych, rękawicę podejmują współcześni kompozytorzy. Na tym tle Diva Sławomira Kupczaka do tekstów Pawła Krzaczkowskiego raziła klasycznością środków i modernistycznie kształtowaną partią wokalną. W tym cyklu pieśni na sopran i kwartet smyczkowy fragmenty śpiewane były przeplatane (melo)recytacją. Nie najszczęśliwszy pomysł – Agata Zubel jest wspaniałą śpiewaczką, ale już niekoniecznie aktorką. W momentach tych uwydatniał się tekst tematyzujący kobiecość z pozycji feministycznych. Przedziwne, że zamówiono go u męskiego autora: nie mamy w Polsce pisarek? Może ta naiwność i przewrotność były wpisane w utwór. Nie wiem.

Koncert Kwartetu Śląskiego dopełnił WELOVELIVE Cezarego Duchnowskiego. Niesamowite brzmieniowe (i wizualne!) tło tworzyły konstrukcje dźwiękowe Pawła Romańczuka. Koncentryczny układ muzyków na scenie, wymienność pozycji członków kwartetu, mantryczna powtarzalność motywów, rytmiczna regularność i cykliczny ruch wspomnianych konstrukcji budziły skojarzenia z młynkami modlitewnymi i wschodnią duchowością. Wrażenie to potęgowała egzotycznie pobrzmiewająca partia wokalna. Potrzeba duchowości (choć już katolickiej) wyzierała także z konwencjonalnych chóralnych Pieśni o miłości Adriana Konarskiego czy Septem verba… Soni Brauhoff – połączenia rozbuchanej, choć sprawnie napisanej hollywoodzkiej symfoniki z pärtowskim tintinnabuli.

Już sam tytuł To the Other Side Grzegorza Pieńka sugerował transcendencję. Sensualny utwór rozpoczęły air notes instrumentów dętych i deszcz. Nawet w pełnej symfonicznej krasie kompozytor stronił od masywnych brzmień, a utwór przypominał raczej delikatną akwarelę. Ku górze wzlatywała Dziewczynka z zapałkami Przemysława Schellera dzięki umieszczonym na balkonie instrumentalistom. Topofonia często bywa pustym i nieogranym gestem, lecz tu dialogi muzyków były tak zakomponowane, że można było pomyśleć, że to przestrzenna projekcja dźwięku. W górę – skali – ulatywała partia saksofonu sopranowego w Colusie Aleksandra Nowaka. Choć tytuł (wirowanie, los) nie narzuca transcendentnej treści, utwór w swojej procesualności i dramatycznym napięciu wciągał i choć na moment odrywał od spraw przyziemnych.

Do tych powracał utwór-instalacja Gdzieniegdzie Pawła Hendricha za sprawą artysty wizualnego Tomasza Strojeckiego i przygotowanych przez niego ekranów, na których wyświetlały się strzępy festiwalowych spotów. Choć instalacja zakładała swobodny odbiór dzieła i przemieszczanie się słuchaczy, większość zgromadziła się przed największym ekranem jak przed ołtarzem w oczekiwaniu na jakiś cud. Intrygujący rozdźwięk z galeryjnym charakterem instalacji tworzyła muzyka Pawła Hendricha – o trzyfazowej formie i starannie zakomponowanej harmonii, choć pozostawiająca przestrzeń na improwizację.

 

Formy kwadransowe

 

W komentarzu do swojego utworu Ryszard Gabryś wprowadził pojęcie „formy kwadransowej”. To bardzo trafne określenie, bowiem wiele festiwalowych koncertów było męcząco długich – nawet dwie godziny bez przerwy. Wśród utworów niemiłosiernie przegadanych prym wiodła Entropia Klaudii Pasternak na trio perkusyjne: utwór boleśnie przewidywalny przez swoją symetryczną konstrukcję i blokowe zmiany instrumentacji. V Concerto Grosso Macieja Jabłońskiego nużyło trylami i gubiło się w natłoku myśli, mimo porządkującego je podskórnego pulsu. W kompozycji Justyny Kowalskiej-Lasoń Z nich wynika wszystko inne pianistka początkowo podśpiewuje tajemnicze sylaby. Z motywu niewiele wynikało, ale na koniec okazał się on konieczną klamrą. Półskrzenie-półśnienie Wojciecha Ziemowita Zycha stanowiło kontynuację jego poszukiwań barwowych, jednak zestaw mikrotonowo strojonych rurek nie przyniósł szczególnie ciekawych efektów brzmieniowych. Lilt of the Garden Nikolet Burzyńskiej okazało się przyjemnym w odbiorze, sensualnym utworem w eleganckiej, nieco francuskiej szacie brzmieniowej i partii wokalnej opartej na fonemach. Było to jednak kraszankowe piękno; pod atrakcyjną powłoką niewiele się kryło.

 

Gebrauchsmusik

 

Wyjątkowo dużo było na festiwalu utworów koncertowych zaspokajających repertuarowe zapotrzebowanie solistów. Mistrzynią formy koncertowej na festiwalu od lat jest Hanna Kulenty, której Koncert fletowy, z solową partią rozszerzoną poprzez pogłos i delay, oscylował pomiędzy gwarnym wirtuozowskim popisem a liryczną powtarzalnością, biorącą górę w wydłużonym finale. Koncert na tubę i orkiestrę Adriana Robaka wypełniał braki w repertuarze solowym na ten instrument, lecz nieporadny neoklasycyzm utworu sprawiał, że nawet orkiestra zdawała się grać bez przekonania. Black Rainbows na saksofon i orkiestrę kameralną Tomasza Jakuba Opałki zdradzały sprawność instrumentacyjną i aranżerską autora, tym razem powściągniętą w stosunku do jego innych, bombastycznie postmodernistycznych utworów. Dariusz Przybylski zaś skomponował Rigaudon z myślą o sobie. W rytmiczności utworu było faktycznie coś tanecznego. Niestety, ćwierćtonowe organy Hammonda były tylko elektroniczną atrapą legendarnego instrumentu, a gamy, tryle i sterowana pedałem dynamika nie przekonały mnie o brzmieniowej atrakcyjności tego instrumentu. Zaćmienie czasu Mikołaja Góreckiego na wiolonczelę i orkiestrę wywoływało zgrane tropy, a tytułowe zaćmienie raziło banałem, gdy w środkowej wolnej części przygaszono światła na sali koncertowej. Entuzjazm orkiestry po V Symfonii „La Bizarre” Piotra Mossa zdradzał, że muzycy dobrze czuli się w tym utworze, od strony formalnej będącym zlepkiem różnych faktur i konwencji, przypominającym o teatralnym doświadczeniu kompozytora. Do chóralnego repertuaru z powodzeniem mogłyby wejść Pieśni miłosne Konarskiego, a motoryczny Riff Mikołaja Majkusiaka stanowił popisowy fajerwerk orkiestry Aukso.

Praktyczna była również instalacja mYear 2019 Michała Moca. Kompozytor specjalizuje się w pedagogice kształcenia słuchu i pod hasłem mYear od lat organizuje Festiwal Wyobraźni Muzycznej. W żywopłotowym labiryncie wśród stu głośników i wykonawców należało odnaleźć osiem motywów zanotowanych na arkuszu, który otrzymywało się przy wejściu. Każdy motyw rozbrzmiewał tylko raz na trzy minuty, więc zadanie było karkołomne i momentami frustrujące. Po bezskutecznych poszukiwaniach udało mi się wreszcie zidentyfikować jeden z wzorców. Radość, którą poczułem, pozwala mi wyobrazić sobie, jak wielką frajdę muszą mieć w takim labiryncie uczniowie.

 

Festiwal wykonawców

 

Na festiwalu, na którym brakowało wyraźnych kompozytorskich zwycięzców (choć niewielu było też przegranych), triumfowali wykonawcy. Trudno nie docenić znakomitej dykcji i intonacji Cameraty Silesii w Pieśniach Konarskiego. Można się krzywić na kolejny neostylistyczny utwór symfoniczny, ale jak nie podziwiać NOSPR, która w trzy dni gra trzy koncerty prawykonań. Riff Majkusiaka, choć banalny, pokazał jak fantastycznym zespołem jest Aukso pod batutą Marka Mosia. Linus Roth od początkowego tremola w wysokim rejestrze imponował w Koncercie Elżbiety Sikory krystaliczną intonacją i kulturą dźwięku. Wiolonczela w rękach Tomasza Strahla potrafiła pięknie zaśpiewać w Zaćmieniu czasu Góreckiego. Klasa, z jaką Bartłomiej Duś wykonał oba solowe utwory saksofonowe, daje pewność, że na dwóch się nie skończy, a występ Joanny Freszel stanowił dla mnie największą wartość Lilt of the Garden Burzyńskiej. Nie sposób odmówić uroku grze (a tym razem także śpiewowi!) Gabrieli Szendzielorz-Jungiewicz. A przede wszystkim chylę czoła przed Gośką Isphording. Solowa partia w Ao-Tea-Roa była niezwykle trudna – repetytywna, wąskozakresowa, w niewygodnych układach. Realizacja utworu stanowiła fizyczne wyzwanie, a mimo to dźwiękowy mechanizm kompozycji nie zaciął się ani razu i przez cały utwór lśnił jednakowym blaskiem.

• •

„Mikołaj Górecki pozdrawia z USA” – tymi słowami Marka Mosia zakończył się festiwal. Wyszedłem z budynku NOSPR. Na ulicy 3 Maja uliczni muzykanci grali Take Me Home, Country Roads. Skręciłem do baru utrzymanego w stylu amerykańskiego Południa. Polska AD 2019.

 

Nr 04/2019