72. Festiwal Chopinowski. 04–12.08.2017 \ Duszniki Zdrój.

 

Na program tegorocznego Festiwalu Chopinowskiego w Dusznikach Zdroju złożyły się występy pianistów w większości polskiej publiczności dobrze znanych. Dzięki temu można było zweryfikować artystyczną formę słyszanych niejednokrotnie muzyków. Mając w pamięci ubiegłoroczny fenomenalny koncert Federica Colliego, na jego występ oczekiwałem najbardziej. Kolejny raz utwierdziłem się w przekonaniu, że ten dwudziestodziewięcioletni włoski muzyk nie ma konkurencji wśród pianistów swojej generacji. Nie będę ukrywał, że w tym roku Włoch zaimponował mi bardziej niż choćby grający kilka dni wcześniej Nelson Freire.

Colli to pianista, którego zaangażowanie w poszukiwanie nowych muzycznych jakości budzi mój najwyższy podziw. Dopasowanie do granego repertuaru pedalizacji, artykulacji i innych środków nie stanowi dla niego najmniejszej trudności. Co więcej, Colli zawsze bardzo przemyślnie układa programy swoich recitali. Tym razem w pierwszej części koncertu zestawił sześć wybranych Sonat Domienica Scarlattiego z jedną z ostatnich Sonat Beethovena. Kto by pomyślał, że to Scarlatti – a nie Beethoven – zabrzmi jak zapowiedź estetyki romantyzmu. Niewielu artystów wykonujących Sonaty Scarlattiego traktuje je jako miniatury czysto pianistyczne. Colli, zamiast w sztuczny sposób imitować brzmienie klawesynu, postanowił zawrzeć w Sonatach cały wachlarz kontrastujących ze sobą środków interpretacyjnych.

W Sonatach f-moll K 19 i d-moll K 32 poprzez świadomie spowolnioną narrację połączoną z gęstą pedalizacją i eterycznym dźwiękiem pokazał, jak niewiele dzieli wybrane drobiazgi Scarlattiego od XIX-wiecznych miniatur. Z kolei w Sonatach g-moll K 450 i A-dur K 39 nie bał się ekstremalnie szybkich temp, co zbliżyło te utwory do literatury wirtuozowskiej. Wszystkie pomysły artysty, mimo nowatorstwa, brzmiały bardzo naturalnie – do tego stopnia, że odnosiłem wrażenie, że Scarlatti pisał swoje Sonaty z myślą o współczesnym steinwayu. Tak zdumiewającego efektu w przeszłości nie osiągnęli nawet Ivo Pogorelić czy Marcelle Meyer. Zamykająca pierwszą część koncertu Sonata E-dur op. 109 Beethovena wypadła równie imponująco. Colli ukazał ją jako dzieło czysto klasyczne, a zarazem pełne emocjonalnych uniesień. Utrzymana w wolnym tempie część pierwsza została przeciwstawiona żywiołowo odczytanej części drugiej Prestissimo. Zabieg ten przypominał nieco wykonanie Sonaty G-dur KV 283 Mozarta z dusznickiego festiwalu sprzed czterech lat. Część trzecią (Temat z wariacjami) odebrałem jako połączenie klasycznego cyklu wariacji i późnoromantycznej liryki instrumentalnej. Ta frapująca wizja była niemal równorzędna wobec tej, którą 26 listopada 1991 roku w Warszawie wykreował Swiatosław Richter.

Znając studyjne nagranie Obrazków z wystawy Musorgskiego zarejestrowane przez Colliego w wytwórni Champs Hill Records, jak również wcześniejsze koncertowe wykonania pianisty, nie podejrzewałbym, że zdecyduje się na tak odważne eksperymenty wyrazowe. Okazuje się, że Colli forte fortissimo traktuje dosłownie. Na dodatek jego ekspresyjna wizja nie miała nic wspólnego z cenionymi koncepcjami rosyjskich mistrzów, takich jak Richter lub Horowitz. Dla Włocha potężny dźwięk służy do wyrażenia programowych idei cyklu. Wielka Brama Kijowska wykonana majestatycznie i żywiołowo stanowiła idealną pointę dzieła rosyjskiego kompozytora. Colli każdą Promenadę interpretował w inny sposób, tak aby była łącznikiem między poszczególnymi epizodami kompozycji. Stawiając ją jako tło, w kolejnych częściach pianista podkreślał te elementy, które świadczą o polifonicznym charakterze. Była to jedna z najdoskonalszych koncepcji Obrazków z wystawy, z jakimi się spotkałem. Na bis artysta wykonał jedną z Sonat Scarlattiego. Początkowo, planując dusznicki występ, Colli zamierzał zaprezentować aż szesnaście Sonat włoskiego kompozytora. To byłoby mistrzowskie przedsięwzięcie! Z niecierpliwością czekam na płytową rejestrację tych kompozycji.

Dużą nadzieję wiązałem z występem Nelsona Freire. Artysta w pełni sprostał moim oczekiwaniom. Fantazję C-dur op. 17 Schumana ukazał jako dzieło pełne romantycznych uniesień. Część pierwszą wykonał z wielką werwą i mimo to fragmenty poetyckie przynosiły nieodzowne w tym dziele odprężenie. W drugiej części Brazylijczyk celowo skontrastował fragmenty nacechowane patosem z kojąco brzmiącym epizodem środkowym, a część trzecia okazała się wyjątkowo trafnym rozładowaniem skumulowanych wcześniej napięć. Zamykająca koncert Sonata h-moll Chopina była przejawem wyjątkowo bujnej wyobraźni artysty. Mimo wyboru bardzo szybkich temp i ogromnej ekspresji, Freire ani na moment nie stracił kontroli nad Chopinowską narracją. A to wielka sztuka – temu w swoich równie żywiołowych wykonaniach nie podołali nawet Martha Argerich czy Krystian Zimerman. Na koniec warto wspomnieć, że Freire zachwycił publiczność interpretacjami miniatur Villi-Lobosa (swojego rodaka). Było to wykonanie na miarę legendarnej Guiomar Novaes.

Moją ogromną aprobatę wzbudził amerykański wirtuoz George Li, posiadający wyjątkową artystyczną wrażliwość sprzężoną z niezwykle swobodną techniką. Ma dopiero dwadzieścia dwa lata, a swoją sprawnością palcową mógłby wpędzić w kompleksy Aleksandra Gawryluka i Yuję Wang. Sonata f-moll „Appassionata” Beethovena prowokuje nawet najwybitniejszych artystów do eksponowania techniki (Richter, Gilels, Rubinstein). George Li znakomicie sprawdził się w tym utworze jako rasowy wirtuoz. Wieńczące drugą część recitalu Reminiscencje na temat Don Juana Liszta okazały się fenomenalną syntezą muzykalności i pianistycznej biegłości. Odmienne uczucia wywołał recital Szymona Nehringa – triumfatora ostatniego Konkursu im. Artura Rubinsteina. Mając w pamięci rozczarowujące interpretacje Polaka z Tel Awiwu, nie spodziewałem się rewelacji.

Jego gra jest zmanierowana; choć Nehring dysponuje niezłą techniką (bez problemu zagrał na bis dokonaną przez Arkadija Wołodosa transkrypcję Polki Rachmaninowa), co rusz udowadnia, że nie jest w stanie umiejętnie jej wykorzystać. Pianista z niezrozumiałych dla mnie względów często zaburzał logikę muzycznej narracji. W Sonacie F-dur KV 280 Mozarta nieustannie odczuwało się nielogiczne zmiany frazowania, sztuczne podkreślanie głównych motywów i akcentowanie przypadkowych dźwięków w akordach. Sonata G-dur op. 31 nr 1 Beethovena została zagrana dość mechanicznie, przy tym pianista wprowadzał przesadne kontrasty dynamiczne i niepotrzebne, niemal Rachmaninowowskie forte. Te wszystkie mankamenty nie raziłyby tak bardzo, gdyby grał dyplomant akademii muzycznej. Nehring ma jednak na swoim koncie znaczącą nagrodę na prestiżowym konkursie (jurorzy jego grę ocenili wyżej niż interpretacje między innymi Erica Lu, Sary Daneshpour czy fenomenalnej Nathalii Milstein). 

Miłym zaskoczeniem okazał się za to recital profesor Katarzyny Popowej-Zydroń. Od lat wiadomo, że to wrażliwa artystka, nie sądziłem jednak, że przedstawi aż tak głęboką interpretację Bagatel op. 126 Beethovena i dwóch Klavierstücke D 946 Schuberta. Szczególnie to drugie zapadło mi głęboko w pamięć. Popowa-Zydroń wykreowała niespotykanie pastelową koncepcję, pełną różnego rodzaju subtelności i smaczków. To powinno zostać utrwalone na płycie.

 

Dusznickie konfrontacje (II)

 

 

Nr 09/2017