1. Biennale Dźwięków Niskich. 07–28.06.2015, Warszawa.

 

Muzyczne bogactwo i różnorodność – tak najprościej można opisać to, co działo się na pierwszym Międzynarodowym Biennale Dźwięków Niskich „Basso”. W kolejne niedziele czerwca warszawska publiczność miała okazję poznać możliwości, które kryją w sobie instrumenty basowe wszelkiego typu – od realizacji basso continuo (stąd pochodzi nazwa festiwalu) i barokowego wirtuozostwa po charakterystyczne dla współczesnej muzyki eksperymenty dźwiękowe.

Punkt ciężkości padł na instrumenty strunowe – szczególnie na wiolonczelę i wszelkie spokrewnione z nią narzędzia muzyczne (to chyba właściwe określenie, biorąc pod uwagę, w jaki sposób je wykorzystywano), choć na imprezach towarzyszących usłyszeć można było także gitarę basową czy suzafon – basowego reprezentanta dętych blaszanych. O programie zdecydowały przede wszystkim zainteresowania muzyczne organizatorki wydarzenia – Justyny Rekść-Raubo, wiolonczelistki, a od pewnego czasu także wielkiej miłośniczki violi da gamba. Sama przyznała, że inspiracją dla stworzenia „Basso” była chęć podniesienia statusu tych instrumentów na mapie stołecznych wydarzeń kulturalnych. Wydaje się, że udało się to osiągnąć.

Muzyką sprzed ery wiolonczeli oczarował duet klawesynisty Władysława Kłosiewicza i gambisty Petera Wegnera. Podróż, w jaką zabrali publiczność w Studiu PR im. Witolda Lutosławskiego (przestrzeni nieco może za dużej na taką muzykę), wiodła od barokowej Francji do postmodernistycznie barokującego Ursynowa. Stamtąd bowiem pochodzi Paweł Szymański, którego Suite de Pièces Sentimentales znalazła się w programie. Nie zabrakło w nim miejsca zarówno dla utworów na duet (Antoine’a Forqueraya, Marina Marais’go), jak i solowych popisów, w których można było poznać kunszt artystyczny każdego z muzyków – one zresztą wypadły zdecydowanie najlepiej. W Allegro i Arpeggio Carla Friedricha Abla czeski muzyk pokazał, że gamba to nie tylko wyrafinowana muzyka dworska o intymnym wyrazie, lecz także dzieła pełne ognia i namiętności, najeżone technicznymi trudnościami.

W opozycji do nich zabrzmiały łagodne i szlachetne miniatury z V Ordre François Couperina, które pokazały jak dobrze Kłosiewicz czuje się w repertuarze francuskich klawesynistów, ze wszystkimi rytmicznymi i artykulacyjnymi niuansami. Ciekawie zatem zapowiadało się wykonanie wzorowanej na tym stylu suity Szymańskiego – Les Poiriers en Pologne – muzycznej pamiątki wizyty zaprzyjaźnionej z kompozytorem francuskiej rodziny. Talent Pawła Szymańskiego do naśladowania, szczególnie muzyki dawnej, znany jest nie od dziś. Chwilami więc można było dać się zwieść, że wciąż podróżujemy po XVIII-wiecznej Francji. Oczywiście, pewne rozwiązania harmoniczne czy powtarzające się, na wskroś postmodernistyczne aluzje do znanych barokowych melodii i żartobliwa forma suity (na przykład część Piwo zwierzynieckie lub Polski menuet) nie pozwalały zapomnieć, że jest to utwór z naszego stulecia. Koncert okazał się wielkim sukcesem, a to, co najbardziej mogło się spodobać, to spokój i opanowanie, jakim obaj mistrzowie emanowali, zarażając publiczność.

Zupełnie inny charakter miał koncert Warszawskiej Grupy CELLONET w Zamku Ujazdowskim, choć nie obyło się także bez muzyki dawnej. Madrygały Gesualda da Venosy (w opracowaniu na pięć wiolonczel) z ich bardzo zagęszczoną harmonią były jednak tylko wstępem do szalonych pomysłów współczesnych kompozytorów. Pomysłów, w których wiolonczela staje się instrumentem perkusyjnym, a miejsce smyczka zajmuje grzebień – na przykład w napisanym specjalnie dla zespołu Andrzeja Bauera utworze Fingertrips Sławomira Wojciechowskiego. Właśnie to wykonanie spotkało się z największym uznaniem publiczności, choć, jak przyznał dyrygent, największym wyzwaniem dla muzyków był Cello Counterpoint Steve'a Reicha – minimalistyczny utwór, który wymaga niezwykłej precyzji rytmicznej w ośmioosobowym składzie wykonawczym.

Podczas tego dość długiego wieczoru muzycy CELLONET po tych często bardzo intensywnych, a czasem drażniących uszy utworach, zapewnili publiczności również chwile odprężenia. Przejmująco zabrzmiało Agnus Dei Pendereckiego, niezwykłe było też wykonanie fragmentów Bachowskiego Kunst der Fuge w opracowaniu Annunzia Paola Mantovaniego – doskonała sztuka kontrapunktu połączona z XX-wiecznym brudem muzycznym, a na koniec, w formie kojącego bisu, jazzowa Kołysanka Krzysztofa Komedy. Koncert był kolejnym dowodem, że dzięki CELLONET moda na wiolonczelę staje się w Warszawie coraz silniejsza.

Najbardziej nietypowym wydarzeniem był finał festiwalu z udziałem czeskiego rodzeństwa Ireny i Vojtěcha Havlovych. Porzuciwszy linearny sposób myślenia o muzyce, artyści starają się wprowadzać słuchaczy w stan „narkotyzacji bez narkotyków”, inspirując się kulturami Dalekiego Wschodu. Repetytywność, burdony, improwizacja i struktura dźwiękowa, która donikąd nie zmierza – to najważniejsze cechy tej muzyki. Mistyczność performansu pogłębiają towarzyszące wiolonczeli i violi da gamba hipnotyczny śpiew i wschodnie instrumentarium: dzwonki i misy tybetańskie. I coś z tej atmosfery na pewno zagościło na dziedzińcu Zamku Ujazdowskiego. Okazało się jednak, że przestrzeń nie była tak przyjazna, jak się spodziewano – czy z powodu odgłosów nawiewu, czy narastającej duchoty…

Dodatkową atrakcją wieczoru była prezentacja całej kolekcji wspaków (dalekich ludowych krewnych wiolonczeli) skonstruowanych przez Andrzeja Króla. Jeden z nich czescy artyści włączyli do swojego występu, resztę kolekcji można było swobodnie oglądać po koncercie, a nawet porozmawiać z ich twórcą.

Festiwal „Basso” był więc bardzo udanym przedsięwzięciem. Projekt, który pokazał, że są w Warszawie ludzie spragnieni takich właśnie wydarzeń. Temat niskich dźwięków okazał się świetnym pretekstem dla serii interesujących wykonań bardzo dobrej muzyki. Plany dalszego rozwoju biennale są ambitne, bo pojawiają się w nich takie postaci, jak Jordi Savall czy młodzi, bałkańscy wiolonczeliści z 2Cello. Jeśli zatem kolejne festiwale będą okazją do podobnych estetycznych przeżyć, to nie pozostaje nic innego, jak tylko życzyć – oby tak dalej.

 

 

Nr 07/2015