6. Festiwal Prawykonań. 17–19.04.2015, Katowice.

 

Domem polskich kompozytorów nazwała swoje królestwo Joanna Wnuk-Nazarowa, wygłaszając słowo wstępne w pierwszym dniu szóstego Festiwalu Prawykonań „Polska Muzyka Najnowsza” zorganizowanym przez NOSPR. Na trzy dni (17-19 kwietnia) rozsiedli się w owym eleganckim domu polscy kompozytorzy przybyli z kraju i zagranicy, a rolę gości pełniła bardzo liczna, jak na tradycję tej imprezy, publiczność oraz – oczywiście – krytycy.

Inauguracyjny koncert z udziałem Zespołu Śpiewaków Miasta Katowice „Camerata Silesia” z Anną Szostak i Orkiestry Muzyki Nowej pod dyrekcją Szymona Bywalca wypełniała muzyka dość konwencjonalna. Piotr Moss przedstawił kompozycję go where never before do tekstów Samuela Becketta na chór mieszany i cztery instrumenty, wykorzystującą stare postaci polifonii, robiącą wrażenie zimnej, wręcz odpychającej. white over red Sławomira Kupczaka z udziałem chóru podzielonego na dwie grupy męczyło zastosowaniem skrajnych rejestrów głosów. … play them back… Sławomira Wojciechowskiego na ansambl i elektronikę miało ciekawy początek i koniec, środek zaś wypełniła niekończąca się gra efektów sonorystycznych. W Elegii Jacka Domagały na głos i instrumenty podziwialiśmy niezwykle czysty alt Lidii Jovanović. Justyna Kowalska-Lasoń przedstawiła utwór pod tytułem również zaczynającym się od wielokropka: ... która wszystko tworzy, wszystko ochrania na chór solistów, orkiestrę kameralną i dźwięki elektroniczne. Sugerując się tym tytułem, spodziewałam się usłyszeć modlitwę do jakiegoś macierzyńskiego bóstwa żeńskiego, jednak utwór, pełen bombastycznych, chyba niezupełnie przemyślanych efektów instrumentacyjnych, skojarzył mi się raczej z jakąś ponurą ceremonią. Nie pomogło przeczytanie autorskiego komentarza, z którego dowiedzieliśmy się, że użyte w kompozycji słowa – w języku hebrajskim – nic nie znaczą.

Piątkowy wieczorny koncert w wykonaniu NOSPR pod dyrekcją Alexandra Humali otworzyła kompozycja niezawodnego Prasquala – Muqarnyas na akordeon (grał Maciej Frąckiewicz) i podwójną orkiestrę rozmieszczoną w przestrzeni w sześciu grupach. Autor obdarzył nas kolejnym fajerwerkiem pełnym przewrotnego humoru, świetnie brzmiącym i dającym nadzieję na to, że nie wyginęło jeszcze naturalne, zdrowe muzykowanie. W całkiem inny świat zaprowadziła nas Hanna Kulenty. Jej III Koncert na trąbkę i orkiestrę (partię solową wykonał wyśmienicie Marco Blaauw) okazał się rodzajem przesmutnej kołysanki, zbudowanej według modelu chopinowskiego nokturnu. Części skrajne wypełniła kilkakrotnie powracająca melodia trąbki, nadpisana nad fortepianowym akompaniamentem skomponowanym ze zdekonstruowanych strzępów Beethovenowskiej Sonaty księżycowej, a kontrastująca część środkowa miała charakter wirtuozowski. Utwór zrobił na mnie wielkie wrażenie, ale na przekór intencjom autorki nie dałam się wprowadzić w trans: zbyt wiele pięknych i subtelnych rzeczy było bowiem do wysłuchania.

Drugą część wieczoru wypełniło czterdziestominutowe orkiestrowe monstrum Macieja Jabłońskiego – V Symfonia „Oneirophrenia”, wręcz irytujące absurdalnym zagęszczeniem materii muzycznej: muzycy grali dużo, głośno i bez przerwy, ale miało się wrażenie, że nie ma znaczenia co grają: fis czy cis (uwaga nie dotyczy instrumentów o nieokreślonej wysokości brzmienia). Po dwóch identycznych porcjach hałasu otrzymaliśmy lekcję – cykl obrazów wideo na temat, co się śniło kompozytorowi („… odziewam się w geniusz”), a potem jeszcze raz zaatakowała orkiestra.

Sobotni poranek został zagospodarowany utworami na składy kameralne. Wystąpili: zespół Kwartludium, Dorota Szczepańska, Mirosław Feldgebel, Szymon Krzeszowiec, Piotr Sałajczyk, Maciej Frąckiewicz i Magdalena Bojanowicz. Na początku zabrzmiała żywiołowa Mechanofaktura Artura Zagajewskiego, rodzaj etiudy rytmicznej, różniącej się od dawniejszych rytmicznych etiud tym, że składała się z rytmów najprostszych, co było świadomym założeniem. Objaśnił je kompozytor, odwołując się do międzywojennej koncepcji Neue Sachlichkeit – jak widać, jeszcze mogącej inspirować. Kompozytor syryjskiego pochodzenia, Zaid Jabri, przedstawił ładną pieśń-modlitwę Beati Pacifici na sopran i fortepian. Również drugi utwór pieśniowy – W malinowym chruśniaku Grzegorza Duchnowskiego, był porządną robotą w nieprzedawnionym modernistycznym stylu, łączącym czystą ekspresję z elementami ilustracyjności.

Trudno natomiast pisać o stylu sonaty skrzypcowej Visions Marcina Błażewicza. Obecne w kompozycji ostentacyjne zapożyczenia prowokują do nazwania utworu „sonatą Szymanowskiego z motywem Chopina”. Z intensywnymi Wizjami Błażewicza zestawiono cichutki Sfex na akordeon i wiolonczelę Jana Duszyńskiego, utwór przebiegający w całości na granicy między muzyką a ciszą, statyczny, lecz nie usypiający uwagi słuchacza – słuchając tego rodzaju utworów martwimy się bowiem nieustannie, czy kompozytor nie zepsuje efektu nagłym fortissimo… – Nie zepsuł.

Na kolejnym koncercie (sobota po południu) zagrał Kwartet Śląski. O dwóch pierwszych utworach: Marcina Bortnowskiego ku dźwiękom nocy na kwartet smyczkowy i akordeon (Marek Andrysek) oraz Zbigniewa Bagińskiego V Kwartet smyczkowy – da się powiedzieć, że są okazami solidnej roboty kwartetowej, która pokazuje duże doświadczenie kompozytorów w tym gatunku. III Kwartet smyczkowy „Monadologia” Rafała Augustyna jest cyklem miniatur, które można zestawiać w dowolnej liczbie i kolejności. W wersji zaproponowanej przez Kwartet Śląski powstał tradycyjny, wewnętrznie skontrastowany układ suitowy; z suitą łączy Monadologię również zachowanie, w gustownej formie szczątkowej, zasady odmienności charakterów muzycznych. Pojawiło się nawet coś w rodzaju fragmentu tanecznego. Gromkie brawa otrzymała debiutująca na katowickim festiwalu Joanna Szymala za swój Kwintet na klarnet i kwartet smyczkowy (klarnet solo – Bartosz Pacan), pełen czytelnych kontrastów, sprawnie zinstrumentowany, z mocnym, efektownym finałem.

W sobotę wieczorem słuchaliśmy ponownie utworów orkiestrowych, w wykonaniu NOSPR pod dyrekcją José Marii Florência. Otwierająca go Symfonia zbiorów na grupy instrumentów i elektronikę Cezarego Duchnowskiego okazała się zawiłym elaboratem, męczącym zarówno dla słuchaczy, jak i dla muzyków (koncertmistrze musieli się podjąć roli pomocniczych dyrygentów, by orkiestra mogła równo zagrać to, co należało). Koncert fortepianowy „Kraftfelder” op. 11 (solo – Marcin Koziak) Romana Czury rozczarował suchą, elementarną, mało atrakcyjną materią dźwiękową, a przede wszystkim sposobem zagospodarowania partii solowej. Pisząc ją, kompozytor zapomniał chyba, że na fortepianie można grać nie tylko jednym, lecz także dziesięcioma palcami na raz, i że do dyspozycji są zarówno białe, jak i czarne klawisze.

Zaniepokoiło mnie również beztroskie podchodzenie do kwestii proporcji brzmienia fortepianu i orkiestry. Bezpośrednie trącanie struny fortepianu na tle grzmiącego tutti orkiestry – to po prostu śmieszne! Zbigniew Bargielski załagodził powstały niepokój swą barwną, bogatą, ale logicznie skonstruowaną Hierofanią 2, stanowiącą popis sonorystyczny z perkusją w roli głównej. Zofii Dowgiałło Kompozycja z ruchomym tłem to – jak sugeruje komentarz – jeszcze jedno potwierdzenie atrakcyjności zasad Kurthowsko-Mersmannowskiej tektoniki binarnej („opozycja zmienności i statyczności” pojęta jako prawo muzyczne – prawo natury). Dotąd wszystko jasne, ale dopowiadając, że „niełatwo ustalić […], co właściwie znajduje się w ruchu”, autorka odebrała mi narzędzie do zrozumienia jej muzyki. Rysuje się więc ogólne pytanie: jak się mają napisane przez kompozytorów komentarze (a także tytuły utworów) do partytur (w przypadku Augenmusik, która w naszej kulturze jest jak najbardziej do pomyślenia) i samej muzyki? To temat na doktorat, niekoniecznie z muzykologii.

Kolejną kolekcję utworów orkiestrowych zaproponował publiczności Szymon Bywalec, prowadząc NOSPR w niedzielne południe. Erschallen Andrzeja Kwiecińskiego na kontrabas i orkiestrę (w roli solisty – Dario Calderone) okazał się kolejnym utworem eksplorującym graniczne możliwości muzyki-prawie-ciszy, autor podszedł jednak do problemu zupełnie inaczej niż Jan Duszyński, bowiem w jakiś znajomy tylko sobie, cudowny sposób, nie pozbawił muzyki życia. Narracja, przebiegająca jako seria epizodów wypełnionych dialogiem kontrabasowych i orkiestrowych szmerów, była szalenie wymowna, same szmery miały zaś w sobie mnóstwo muzyki. Pozostałe dwie pozycje programu: Zefiro torna na sopran i orkiestrę Emila Bernarda Wojtackiego (solo – Joanna Freszel) i The Motor Poem (Quo vadis, homine) Zbigniewa Słowika zbliżyły się do poziomu solidnie pisanej muzyki amatorskiej (w znaczeniu: bezproblemowej).

Na finałowym koncercie, który odbył się w niedzielę wieczór, wystąpiła Orkiestra Kameralna Miasta Tychy Aukso pod dyrekcją Marka Mosia. Wykonała Air Stanisława Bromboszcza (tytuł oznacza powietrze, nie zaś arię), przebiegającą jako projekcja elektroniczno-instrumentalnych brzmień, skonceptualizowanych pod koniec w postaci wyłaniającej się z chaosu fonemów frazy z wiersza Cummingsa, wyświetlonej na ekranie (świetny projekt graficzny Ewy Sataleckiej). Następnie słuchaliśmy utworu Retaeh na fortepian, smyczki i perkusję Marka Grucki, jeszcze jednego dowodu na to, że niestety w narodzie ginie umiejętność gry na fortepianie. Solista Piotr Sałajczyk nie miał tu doprawdy wiele do roboty. Elegia na wiolonczelę i orkiestrę smyczkową Mikołaja Góreckiego (partię solową zagrał Tomasz Strahl), napisana w formie cyklu wariacji, potwierdziła predylekcję kompozytora do brzmień tradycyjnych, niekiedy niebezpiecznie uczuciowych, ocierających się o filmową ckliwość. Jak na wariacje z udziałem instrumentu solowego, partia wiolonczelowa uległa skrajnemu uproszczeniu, ograniczała się do prowadzenia jednogłosowej melodii. Festiwal zakończyło wykonanie Muzyki światła i półcienia op. 118 Krzysztofa Meyera. Stronę półcienia stanowił tu niezwykle frapujący pomysł brzmieniowy realizowany przez perkusję, stronę światła – rozmaicie dawkowane frazy instrumentów dętych. Publiczność doceniła mistrzostwo kompozytora w rozkładaniu barw i kształtowaniu całości formalnej. W końcu jednak światła zgasły i trzeba było opuścić gościnny dom kompozytorów. Następny Festiwal Prawykonań za dwa lata – nowe partytury już się piszą…

 

 

Nr 05/2015