Recital Piotra Anderszewskiego. 11.01.2015, Warszawa.

 

Otacza go nimb tajemniczości, który można by zignorować i słuchać jego gry wyłącznie analitycznym uchem. A jednak, kiedy zjawia się na estradzie, by natychmiast zacząć swój występ, pękają nawet najtwardsze pancerze muzykologicznego, krytycznego dystansu. Początkowo można się jeszcze bronić, tłumacząc sobie, że to po prostu kolejny recital, koncert, jakich słyszy się wiele (tylko nieco droższy). Ale po kilku, czasem kilkudziesięciu pierwszych taktach to, co wydobywa się spod jego palców, zaczyna wdzierać się do tych pilnie strzeżonych zakamarków duszy, wzbudzając niezbywalne poczucie, że oto rozgrywa się przed nami rzadkie misterium, w trakcie którego wchodzimy w realny – by nie powiedzieć materialny – kontakt z muzyką.

Rozpoczął od Ouvertüre nach Französischer Art (znanej też jako Partita h-moll). Konstrukcja utworu, którego pierwsze ogniwo – Uwertura, będąca de facto dwukrotnym powtórzeniem pary preludium i fugi, zwieńczonym jeszcze jednym, trzecim, powrotem do preludium – pozwoliła Piotrowi Anderszewskiemu przedstawić dwie kontrastujące interpretacje tego samego ogniwa. Już na wstępie pianista dał więc wyraz swej niezwykłej wyobraźni muzycznej, którą obejmuje każdą linię melodyczną, każdy najdrobniejszy motyw i ornament. To nadzwyczaj skrupulatne wniknięcie w materię muzyczną pozwala mu z drobnych elementów budować wielkie narracje, w których pozornie nieznaczące zmiany wpływają na ostateczny kształt utworu. Tak było właśnie w Uwerturze: za pierwszym razem pianista skoncentrował się na górnych rejestrach, operując właściwą sobie selektywną, a jednocześnie perlistą barwą, w powtórzeniu zaś przedstawił jakby lustrzane odbicie pierwszej interpretacji, główny nacisk kładąc na barwę głosów niższych. Na koniec cyklu rozbrzmiała rozkołysana Gigue, zaraz po niej urzekające Echo, w którym każdy mocniej uderzony akord równoważony był przez zwiewne pochody, umykające gdzieś w przestrzeń niczym ich zwiewne reminiscencje.

Po długich owacjach, które pozwoliły nieco ochłonąć i przygotować się na zmianę nastroju i idiomu kompozytorskiego, Anderszewski rozpoczął Metopy op. 29 Karola Szymanowskiego. W tym wykonaniu impresjonistyczny charakter muzyki nabierał rysu osobistego: to nie była czysta kontemplacja nieruchomych obrazów – mitów zastygłych w płaskorzeźbach, lecz całkowite zanurzenie w historię opowiedzianą za jej pośrednictwem.

W nieśpiesznie rozwijającej się narracji Wyspy Syren pianiście udało się odtworzyć aurę spotkania, w którym muzyka jawi się jednocześnie jako piękna i złowroga, odurza swym urokiem, by ostatecznie – w głośnej kaskadzie akordów – opleść słuchacza tajemniczym śpiewem i nie pozwolić mu już ani na chwilę wynurzyć się z mrocznego świata ujmujących dziwów.

Czarująca barwa Anderszewskiego, wydobywającego z instrumentu odcienie, których obecności w fakturze fortepianowej nie spodziewałby się sam Szymanowski, a także jego niesłychane wyczucie dramaturgii każdej z części, zaowocowało wykonaniem przykuwającym uwagę od pierwszego do ostatniego dźwięku. Szczególne wrażenie wywarło na mnie zakończenie części drugiej, Kalipso, której cztery ostatnie akordy zabrzmiały niczym głos z zaświatów: niepokojący, choć powabny. Całości dopełniła nieco pogodniejsza Nauzykaa, w której pianista wyeksponował grę kontrastów, do samego końca pozostawiając słuchaczy w stanie eterycznego odurzenia.

Całkowicie zaciemniona sala na powrót wypełnia się światłem. Przerwa. Więc jednak – poza nim – istnieje jakiś świat, do którego trzeba wrócić, rozmawiać ze współsłuchaczami, próbować opisać te intymne doświadczenia. Na szczęście to jeszcze nie ostateczne rozstanie. Znów powraca mrok, z którego wyłaniają się Geistervariationen Schumanna. Zastanawiające, że właśnie ten utwór Anderszewski w ostatniej chwili umieścił w programie, zastępując nim przewidziane przedtem Novelletten. Ostatnie dzieło kompozytora znajdującego się na granicy zmysłów, zapis anielskich głosów, dokończony po spotkaniu oko w oko ze śmiercią (Schumann wrócił do tej kompozycji po próbie samobójczej), mimo ciemnej legendy, która go spowija, brzmi jednak łagodnie, promiennie. To melancholia przekuta w nadzieję, nie tyle pożegnanie z życiem, ile tęsknota za transcendencją.

Ten łagodny, wyciszający utwór Anderszewski uczynił pendant do następującej po nim VI Suity angielskiej d-moll BWV 811 Jana Sebastiana Bacha. Bez odrywania się od fortepianu płynnie przeszedł do Preludium, które stało się logicznym następstwem Wariacji Schumanna. Wkraczając w świat Bachowskiego bezkresu, nikt nie miał jednak świadomości, jak bardzo ponadczasowy i absolutny okaże się geniusz lipskiego kantora. Trzy pierwsze ogniwa rozbrzmiały w niemal całkowitej ciszy. Po spokojnym Courante zjawiła się jednak ona, Sarabanda. W każdej ze suit lub partit Bacha traktowana najczulej. Rachityczna, chyląca czoła kruchości ludzkiego istnienia, jak gdyby kompozytor chciał zilustrować myśl Pascala o zawieszeniu między dwoma otchłaniami: nieskończoności i nicości.

I kiedy wydawało się, że Anderszewski dotyka najsubtelniejszych kwestii metafizycznych, kiedy czas i przestrzeń na chwile zapomniały o swej aprioryczności, rozległy się… wybuchy. Donośne, mocno rezonujące w wyczulonej akustyce Filharmonii Narodowej. Choć wiedzieliśmy, że to tylko „Światełko do nieba”, mało wyrafinowany symbol ogólnopolskiej dobroczynności, w tak wysublimowanym kontekście Sarabandy, a potem równie cichego Double, warszawskie fajerwerki z Placu Defilad stały się pełnoprawnym elementem tego niezwykłego doświadczenia estetycznego.

Nie sposób było powstrzymać skojarzeń wojennych, nawet jeśli dziś miało by to oznaczać inną próbę sił – między tym, co masowe, a tym, co staje się coraz bardziej elitarne i niszowe. Najbardziej dojmująca okazała się jednak niezłomność pianisty, który ani na chwilę nie speszył się tym wzniosłym akompaniamentem i ze stoickim spokojem kontynuował swą zniewalającą grę.

Przerwać? Dać się zastraszyć? Zagłuszyć? To byłoby jak uśmiercenie Sarabandy, złamanie wątłej trzciny, która niezmiennie odnawia się w spotkaniach ze słuchaczami już od prawie trzystu lat. Bo przecież nie chodziło o to, by wygrać z żywiołem, siłą odpowiedzieć na siłę.

Anderszewski, chcąc nie chcąc, w trakcie tego wieczoru wystąpił w roli apologety ludzkiej twórczości, pokazując, że to, co stanowi o człowieczeństwie – mądra świadomość własnego istnienia (także ta zawarta w muzyce) – zawsze zwycięża.

 

 

Nr 02/2015