Projekt 4 for Beckett. 30.11.2014, TR Warszawa.

 

Projekt 4 for Beckett cykl koncertów (pod kuratorską opieką Pawła Krzaczkowskiego), na których wykonywane są współczesne utwory młodych polskich kompozytorów, zainspirowane twórczością Irlandczyka. Cel szalenie ambitny, bo przecież pisarstwo autora Końcówki jest absolutne – zorganizowane do ostatniego scenicznego ruchu i dźwięku. Dlatego można było obawiać się, że efekty tych poszukiwań będą potknięciami. Niestety, obawy te nie okazały się bezpodstawne.

Pierwszy z wykonanych utworów – Happy Days Joanny Woźny – to sprawnie napisana muzyka, nienarzucająca się, neosonorystyczna; dźwięki wyłaniają się z ciszy jak pojedyncze plamy, obrazujące rozmontowaną składnię i język, niezdolny by cokolwiek wyrazić. Zamysł ten został dodatkowo wzmocniony przez partię śpiewaczki (Barbary Kingi Majewskiej), w której dominował szept i recytacja pojedynczych słów. Całość, momentami jednostajna, była przekonująca. Jaki jednak był związek tego utworu z pierwowzorem – Szczęśliwymi dniami Becketta? Poza jednym zdaniem, wymawianym przez wokalistkę – właściwie żaden.

Potem zabrzmiała improwizacja zespołu Kwartludium (wykonawców całego koncertu, którzy zresztą spisali się znakomicie!) na temat grafik Moniki Zawadzki – błyskotliwych, prostych prac, komentujących stan współczesnego społeczeństwa. Po niezwykle ponurym otwarciu koncertu, ten przerywnik zabrzmiał doskonale, świeżo. Instrumenty dysonansowo krzyczały, rozmawiały ze sobą, imitowały śmiech i melodię mowy – jak na free jazzowym jam session. Nie miałem wielu uwag, poza jedną: po co ta zgrabna improwizacja na Beckettowskim koncercie?

To pytanie powracało w drugiej części wieczoru, kiedy usłyszeliśmy utwór Pokój 404 Sławomira Wojciechowskiego z librettem Pawła Krzaczkowskiego (nawiązujący do Kwadratu Becketta). Dziwna to rzecz: ani opera, ani film, ani pełnoprawne dzieło muzyczne. Tematem jest entropia. Na scenie monitor z wyświetlanymi projekcjami, przypominającymi szeregowe prace z Zachęty z nurtu sztuki krytycznej o antykapitalistycznym wydźwięku. Głos z offu, jednostajnym tonem i pseudofilozoficznym, pseudobiblijnym językiem, toczy opowieść o stopniowym rozkładzie. Tekst, który najpierw jest błyskotliwą parodią teoretycznego dyskursu, z czasem, niestety, przeradza się w mało sensowny ciąg stylizowanych zdań.

Muzyka Sławomira Wojciechowskiego – także ulegająca rozpadowi, pełna ciekawych brzmieniowych eksperymentów i błyskotliwych rozwiązań (jak na przykład gra na kubeczkach) – rozbrzmiewa zdecydowanie zbyt rzadko. Jest jakby na doczepkę. Cały utwór niby ma cztery części, ale razi brakiem jakiegokolwiek dramaturgicznego rozwoju – trudno też mówić o jego deklarowanej teatralności.

Oczywiście nie można przesadzać: projekt Krzaczkowskiego/Wojciechowskiego ma ideowy potencjał, ważny i przekonujący komunikat o współczesnym świecie, formalną spójność – ale wszystko wyczerpuje się już po kilku minutach. Ciężko zresztą podsumować cały wieczór: trzy utwory, różne, z rozmaitymi potknięciami i szczelinami, nie zawsze przekonujące. Ale to, niezależnie od efektu, ambitne próby nowego muzycznego i performatywnego języka. Tylko – gdzie ten Beckett?

 

Program MKiDN „Zamówienia kompozytorskie” realizowany przez IMIT.

 

 

Nr 01/2015