Szanowni Państwo,

 

List Jarosława Siwińskiego, dyrektora artystycznego Warszawskich Spotkań Muzycznych, domaga się
komentarza. Organizatorów festiwalu oburzył tytuł recenzji, a uczucie to przeniosło się chyba na całą jej
treść. Po lekturze listu niezaznajomiony z moim tekstem czytelnik mógłby sądzić, że zamieszczonych jest
tam parę kuriozalnych uwag płynących z ignorancji i buty. Mam więc nadzieję, że chociaż część
kontrowersji zostanie tutaj wyjaśnionych.

1. Gdy mówię o „małej reprezentacji młodego pokolenia”, nie twierdzę, że na festiwalu nie było
nowych nazwisk. Słowa takie jak mało – dużo oraz młode – stare należą do pojęć nieostrych, dlatego
nie ma sensu kłócić się o to, ilu młodych artystów to już dużo, a ilu – mało. Zainteresowanych jak
rzecz wygląda, odsyłam jednak do programu festiwalu.

2. Idea prezentowania muzyki kompozytorów tworzących współcześnie nie była kwestionowana w
recenzji. Nie ma również sporu w fakcie, że w ofercie WSM nie znajdziemy twórczości określonej
przez dyrektora Siwińskiego mianem mainstreamu. Żadnym słowem nie sugeruję też, że jazz jest
muzyką „niepoważną” lub nieodpowiednią dla tego wydarzenia i nie wiem, jak w uwagach na temat
koncertu zespołu EMOTIVO można było się tego dopatrzeć.

3. W liście czytamy natomiast, że festiwal chce przedstawiać muzykę kompozytorów warszawskich
„taką, jaka jest”, nie stawiając postulatów co do tego, jaka być powinna. W takim wypadku trzeba
jednakże liczyć się z tym, że niejednokrotnie (przy czym – jak podkreśliłam w recenzji – wcale nie
zawsze) dla niektórych słuchaczy może się ona okazać pozbawiona świeżości i twórczego fermentu.
Zarazem z listu dyrektora Siwińskiego wynika, że muzyka na WSM choć nierzadko zachowawcza –
jest różnorodna, bo przecież nigdy nie jest zawieszona w historycznej próżni. Czasami trudno jednak
dostrzec nici łączące dzieła dawne i nowe. Przypadkowe zestawianie nowości czy premier z „białymi
plamami” nie wystarczy, nie rzuca bowiem na nie nowego światła, nie oferuje nowych kontekstów.

4. Tytuł recenzji nawiązuje do jej ostatniego akapitu. Próbuję dać w nim do zrozumienia, że
chaotyczność i hermetyczność, które wynikają z otwarcia zbyt wielu drzwi i odnoszeniem się do
przeszłości, sprawiają, że oferta tego wydarzenia nie interesuje np. niebezpośrednio związanego z
nim środowiska muzycznego, a także nie wywiera na nie znaczącego wpływu. Tymczasem muzyka,
która jest żywa, powinna – bez względu na to czy należy do mainstreamu czy nie – pozostawić w
odbiorcach istotny ślad.

Rozumiem, że ponad trzydziestoletnia tradycja festiwalu uświęca jego założenia na tyle, że postawienie
pytań o ich aktualność i atrakcyjność może wzbudzać silne emocje. Wszelako ani recenzja, ani jej tytuł
nie stanowiły podsumowania dorobku trzech dekad festiwalu, którego – choćby dlatego, że jestem od
niego młodsza – oceniać bym nie śmiała. Tytuł odnosił się tylko do tego, co usłyszałam w tym roku.
Spisane uwagi nie wymagały ode mnie „intelektualnej odwagi”, ponieważ nie zamierzałam wywołać nimi
rewolucji. Moją intencją była jednak zachęta do przemyślenia ewolucji programu festiwalu, by
rzeczywiście oddawał bogactwo warszawskiego życia muzycznego, o którym wspomniał jego dyrektor.

 

Barbara Rogala